11 września nie jest tylko chilijską datą

3 godzin temu

Temat Augusta Pinocheta wraca, ponieważ nigdy tak naprawdę nie odszedł. Wystarczy jeden wpis, jedna rocznica, jedno zdanie z trybuny — i Chile znowu dzieli się na dwa obozy, które dzielą ten sam kraj, ale nie mówią tym samym językiem. 11 września 2022 roku José Antonio Kast napisał na X: „11 września 1973 roku Chile wybrało wolność, a kraj, który mamy dzisiaj, zawdzięczamy mężczyznom i kobietom, którzy powstali, by powstrzymać rewolucję marksistowską na naszej ziemi”.

Komentarze były dokładnie takie, jak zawsze: jedni klaskali, drudzy wyklinali. Dla jednych to początek dyktatury. Dla innych — moment, w którym wojsko, wezwane przez Izbę Deputowanych i zgodnie z wolą dużej części społeczeństwa, przerwało projekt budowy komunistycznej dyktatury. Daty tej nie da się zredukować do jednego hasła. I właśnie dlatego wraca.

Na początku września w Santiago, na Foro Madrid, Javier Milei powiedział w istocie to samo. Chile nazwał miejscem symbolicznym. Po obaleniu „komunisty Allendego” kraj — mówił — wszedł w ponad czterdzieści lat stabilności i wzrostu i stał się gospodarczą zazdrością regionu. Potem, jego zdaniem, padł ofiarą farsy socjalizmu XXI wieku. Zwycięstwo Kasta odczytał jako powrót do idei wolności. Walka kulturowa, dodał, jest walką globalną.

W Chile jest tylko obserwatorem. Czy Allende chciał drugiej Kuby, czy nie — oceniam sam marksizm. Chilijski libertarianin Axel Kaiser, autor wydanego po polsku „Ulicznego ekonomisty”, od lat powtarza, iż Salvador Allende nie chciał „lepszego socjalizmu”, tylko drugiej Kuby, a wojsko miało temu zapobiec. Historycy będą się o to spierać. Ideologia nie potrzebuje sporu.

To nie była abstrakcja. Allende i jego koalicja dążyli do budowania komunizmu. Łamano Konstytucję, niszczono gospodarkę hiperinflacją i niedoborami, tworzono grupy zbrojne i zmierzano do modelu totalitarnego. 22 sierpnia 1973 roku Izba Deputowanych uchwaliła porozumienie o „poważnym złamaniu ładu konstytucyjnego i prawnego Republiki” i wezwała prezydenta oraz ministrów ze składu Sił Zbrojnych, by zakończyli sytuacje łamiące prawo. Allende uznał uchwałę za nieważną. Trzy tygodnie później wojsko przerwało ten proces.

Każdy komunizm kończy się w tym samym miejscu, bo opiera się na dwóch fundamentalnych błędach.

Pierwszy to błąd antropologiczny. Jan Paweł II w „Centesimus annus” (nr 13) pisał, iż socjalizm traktuje człowieka jako zwykły element i cząstkę organizmu społecznego. Dobro jednostki zostaje całkowicie podporządkowane mechanizmowi ekonomiczno-społecznemu. Człowiek nie jest podmiotem decyzji moralnych, które tworzą ład społeczny — jest produktem relacji społecznych. W takim systemie zanika osoba. Góruje kolektyw. Źródłem tego błędu, pisze papież, jest ateizm. Gdy nie ma Boga, nie ma też niezbywalnej godności osoby, która nie pochodzi od państwa ani od klasy. Kto sprzeciwia się „mechanizmowi”, sprzeciwia się historii. Droga do totalitaryzmu jest wtedy krótka.

Drugi błąd jest ekonomiczny i równie zgubny. Laborystyczna teoria wartości głosi, iż wartość towaru pochodzi wyłącznie z ilości społecznie niezbędnej pracy włożonej w jego wytworzenie. Na tej podstawie Marks buduje teorię wartości dodatkowej i wyzysku, a z niej — walkę klas jako motor dziejów. Problem w tym, iż ta teoria nie potrafi wyjaśnić rzeczywistych cen ani decyzji produkcyjnych. Krytyka szkoły austriackiej pokazała, iż jest wewnętrznie sprzeczna i empirycznie fałszywa. Ceny wynikają z subiektywnych wycen, rzadkości i krańcowej użyteczności, nie z przepracowanych godzin. Gdy sypie się fundament ekonomiczny, sypie się też ideologia, która na nim stoi.

Te dwa błędy nie są akademicką ciekawostką. W Chile w latach 1970–1973 stały się programem władzy. Skutkowały niszczeniem własności i biedą. Dlatego 11 września nie jest tylko chilijską datą. To przypomnienie, dokąd prowadzi marksizm, gdy dostaje władzę.

Co stało się później — pozostawiam Chilijczykom.

Nie da się pisać o 11 września tak, jakby od tego dnia nie trzeba już było słuchać głosu sumienia. Kardynał Raúl Silva Henríquez, gdy junta zamknęła Comité Pro Paz, utworzył w 1976 roku Vicaría de la Solidaridad. Kościół udzielał pomocy prawnej, medycznej i materialnej pokrzywdzonym. Archiwum Vicaría stało się później pamięcią kraju. To była realna obrona osób — i trzeba to powiedzieć bez ogródek.

Z drugiej strony ten sam kardynał zostawił zdanie, które zdradza, gdzie biło mu serce: „W socjalizmie jest więcej wartości Ewangelii niż w kapitalizmie”. Brzmi szlachetnie. Jest jednak kontrą do tego, co Jan Paweł II nazwał błędem antropologicznym, a szkoła austriacka — błędem ekonomicznym. Socjalizm nie „zawiera więcej wartości”. Rozpuszcza osobę w kolektywie i niszczy mechanizm cen, od którego zależy chleb. Silva bronił ofiar Pinocheta — i dobrze. Ale to zdanie pokazuje, iż moralny instynkt miał po lewej stronie. Miłosierdzie wobec prześladowanych to jedno. Sentyment do ideologii, która zawsze produkuje te same prześladowania, tylko w innym mundurze — to drugie. Jedno nie skreśla drugiego. Nie wolno ich też mylić.

Pamięć bywa też instrumentalnie wykorzystywana. Na oficjalnej liście zatrzymanych-zaginionych (detenidos desaparecidos) przez pół wieku figurowała Bernarda Rosalba Vera Contardo, nauczycielka, w 1973 roku 27-letnia matka pięcioletniej córki. Raport Rettiga (Informe Rettig) zapisał, iż została zatrzymana 10 października i „przypuszczalnie rozstrzelana” przy moście w Villarrica, w masakrze w Liquiñe. W 2025 roku media podały, iż żyje w argentyńskim Miramar. W lipcu 2026 roku test DNA dał niemal stuprocentową pewność identyfikacji. Sąd stwierdził, iż nie została porwana ani zabita. Rząd Kasta skreślił ją z listy. Rodzina przez lata pobierała rentę z ustawy o naprawieniu krzywd. Minister sprawiedliwości powiedział wprost: ta pensja nie powinna była być wypłacana.

Johannes Kaiser, lider partii Partido Nacional Libertario i zeszłoroczny kandydat na prezydenta Chile, mówił o „fałszywych exonerados” — osobach niesłusznie pobierających renty za zwolnienia polityczne z czasów Pinocheta — oraz o rentach i interesie wokół pamięci już w kampanii prezydenckiej rok temu. Sprawa Bernardy Very nie zamyka rachunku ofiar dyktatury. Pokazuje coś innego: iż choćby nietykalne listy warto sprawdzać, bo marksizm lubi żyć nie tylko w programach, ale i w mitach.

Na tym samym Foro Madrid, na którym Milei mówił o Allendem, Kast przypomniał Jaimego Guzmána. Guzmán, senator i ideolog konstytucji z 1980 roku, został zastrzelony 1 kwietnia 1991 roku — już w demokracji — przez tych, którzy idee uciszają kulami. Kast powtórzył jego zdanie: nie mamy się troszczyć o głosowania, ale o serca ludzi. Więcej niż wygrać wybory — wygrać serca. I utrzymać je.

To zdanie jest dziś ważniejsze niż spór o dawne podziały, ponieważ socjalizm rzadko wraca w tej samej formie. Na tym samym forum Barbara Kolm z Instytutu Hayeka w Wiedniu mówiła o regulacji jako współczesnej szacie kolektywizmu. Państwo nie musi już wywłaszczać fabryk. Wystarczy oplatać gospodarkę przepisami, aż wolność zostanie legalna już tylko na papierze. Milei w Argentynie skreślił — według własnego rządu — ponad siedemnaście tysięcy regulacji. To nie jest szczegół administracyjny. To ta sama wojna, tylko prowadzona innym orężem.

Walka kulturowa trwa. Marksizm klasyczny przegrywa wprost, ale wchodzi tylnymi drzwiami: poprzez język, uczelnie, regulację i „socjalizm XXI wieku”. Serce, które w socjalizmie wciąż widzi „więcej Ewangelii”, łatwo przeocza ten manewr. Dlatego trzeba być czujnym, zwłaszcza wtedy, gdy data wraca i znowu obiecuje proste hasło.

To, co stało się po 11 września, pozostawiam Chilijczykom do rozstrzygnięcia między sobą. Nie zmienia to faktu, iż marksizm opiera się na dwóch fundamentalnych błędach, których nie da się później niczym skorygować w polityce. Zawsze prowadzą do zubożenia i wszystkich problemów z tego wynikających.

Idź do oryginalnego materiału