185 mld zł na armię ze złota NBP? Nawrocki i Glapiński zaskoczyli

3 godzin temu

Prezydent Karol Nawrocki ogłosił „Polski SAFE 0 proc.” – alternatywę dla unijnych pożyczek na zbrojenia. Pieniądze ma dać NBP. Szczegółów brak, ale wiele wskazuje na to, iż chodzi o sprzedaż części rezerw złota. jeżeli tak, konsekwencje dla złotego, rynku obligacji i reputacji Polski mogą być poważne.

Konferencja, która zaskoczyła rząd

W środę 4 marca prezydent Karol Nawrocki wspólnie z prezesem NBP Adamem Glapińskim stanęli przed kamerami i ogłosili coś, czego nie spodziewał się chyba nikt – w tym sam rząd. Po „tygodniach spotkań ekspertów” w Kancelarii Prezydenta obaj panowie zaprezentowali program „Polski SAFE 0 proc.” – 185 mld zł na dozbrojenie polskiej armii w ciągu pięciu lat. Bez odsetek. Bez unijnej warunkowości. Bez – jak mówił prezydent – „więzów europejskiego SAFE”.

To odpowiedź na unijny program Security Action for Europe, z którego Polska mogłaby pozyskać ok. 43,7 mld euro (blisko 200 mld zł) na modernizację sił zbrojnych. Ustawa wdrażająca SAFE przeszła już przez Sejm i Senat, czeka na podpis prezydenta. Nawrocki podpisu wprost nie odmówił, ale nie potwierdził go – za to wysłał jeszcze tego samego dnia pismo do premiera Donalda Tuska i szefa MON Władysława Kosiniaka-Kamysza z zaproszeniem na rozmowy o „polskiej alternatywie”.

„Mamy dla programu SAFE konkretną, polską, suwerenną alternatywę, która nie będzie wiązała się z żadnymi odsetkami” – przekonywał Nawrocki.

Skąd te pieniądze? NBP od lat jest na minusie

I tu zaczyna się problem, który powinien zainteresować każdego inwestora. Bo ani Nawrocki, ani Glapiński nie powiedzieli wprost, skąd wezmą 185 mld zł.

Prezes NBP wykluczył bezpośredni transfer rezerw walutowych.

„Z żadnej części rezerw nie możemy skorzystać w tym sensie, iż część rezerw zostanie przekazana, bo to jest wbrew prawu” – powiedział.

Wskazał za to na zysk banku centralnego, z którego 95 proc. trafia do budżetu.

„Spodziewamy się, iż w celu właśnie wzmacniania polskiej obronności” – dodał.

Tyle iż z zyskiem NBP jest kłopot. Konkretnie: nie ma go od lat. Strata za 2023 r. wyniosła rekordowe 20,8 mld zł. Za 2024 r. – 13,3 mld zł. Prognozy na 2025 r. mówią choćby o 30 mld zł straty, a skumulowane straty bilansowe banku centralnego zbliżają się do 100 mld zł. Żadnej wpłaty z zysku NBP do budżetu nie było od kilku lat – i w horyzoncie najbliższych kwartałów nic nie wskazuje na zmianę.

Broń zamiast złota? Trop prowadzi do rezerw kruszcu

Skoro zysku nie ma, a rezerw walutowych wprost oddać nie wolno, to skąd te 185 mld zł? Odpowiedź, do której niezależnie dochodzi większość ekonomistów, jest jedna: sprzedaż części złota.

Mechanizm byłby taki: NBP kupował złoto przez lata po cenach znacznie niższych niż obecne. Uncja kosztuje dziś ok. 5 150 dol. (ok. 19 000 zł). Sprzedaż części rezerw po rynkowej cenie wygenerowałaby potężny zysk księgowy – różnicę między ceną nabycia a ceną sprzedaży – który następnie mógłby trafić do budżetu jako standardowa wpłata z zysku NBP.

Polska posiada w tej chwili ok. 550 ton złota. To 12. wynik na świecie – więcej niż ma Europejski Bank Centralny. Wartość rynkowa tych rezerw to ok. 89 mld dol. na koniec stycznia 2026 r., czyli ponad 330 mld zł. Stanowią one ok. 30 proc. wszystkich rezerw walutowych kraju, które wynoszą 231 mld euro.

Sam Nawrocki podrzucił zresztą trop, mówiąc, iż „dzięki pracy pana prezesa, efektywności działań Adama Glapińskiego i całego zarządu NBP, można powiedzieć, iż w ostatnich 30 miesiącach za sprawą tej pracy Polacy zarobili znacznie więcej niż 185 mld zł”. Trudno interpretować to inaczej niż jako odwołanie do przyrostu wartości rezerw złota – kruszec podrożał od połowy 2023 r. o ponad 100 proc.

Sprzeczny sygnał: NBP dopiero co zapowiedział zakupy do 700 ton

Jest jednak coś, co sprawia, iż ta łamigłówka pozostało bardziej zagmatwana. Zaledwie w styczniu 2026 r. sam Glapiński ogłosił plan zwiększenia rezerw złota do 700 ton. NBP był w ubiegłym roku największym nabywcą złota wśród banków centralnych na świecie – dokupił 102 tony w samym 2025 r. Ewentualna sprzedaż byłaby więc zwrotem o 180 stopni w stosunku do wieloletniej strategii, o której prezes mówił z dumą.

Co więcej, trwający konflikt zbrojny USA i Izraela z Iranem – piąty dzień blokady Cieśniny Ormuz, skokowy wzrost cen ropy i gazu – właśnie teraz udowadnia, do czego służą rezerwy złota. Kruszec pełni rolę safe haven, aktywa ostatniej instancji. Jego sprzedaż w szczycie kryzysu geopolitycznego to sprzedaż polisy ubezpieczeniowej w momencie, gdy dom stoi w ogniu. Tyle iż po najwyższej cenie w historii – co paradoksalnie maksymalizuje zysk księgowy.

Co to znaczy dla rynku?

Inwestorzy powinni zwrócić uwagę na kilka wątków.

Po pierwsze – złoty. Zmniejszenie rezerw walutowych osłabia „poduszkę bezpieczeństwa” polskiej waluty. W sytuacji, gdy RPP właśnie obniżyła stopy procentowe o 25 pb do 3,75 proc. (decyzja z 4 marca), a PLN i tak jest pod presją wzrostu cen energii, dodatkowy sygnał o naruszeniu rezerw mógłby wywołać falę sprzedaży złotego na rynku walutowym.

Po drugie – obligacje skarbowe. Zaangażowanie banku centralnego w quasi-fiskalne finansowanie zbrojeń mogłoby zaniepokoić zagranicznych inwestorów trzymających polskie papiery dłużne. Przy ogólnych rezerwach walutowych wynoszących 231 mld euro, każdy sygnał o ich upolitycznieniu to ryzyko dla spreadu kredytowego i ratingu.

Po trzecie – rynek złota. Polska jest wystarczająco dużym graczem, żeby jej decyzje zakupowe – lub sprzedażowe – były zauważane globalnie. Odwrócenie trendu akumulacji kruszcu przez jeden z najaktywniejszych banków centralnych wysłałoby niejednoznaczny sygnał na światowy rynek surowców, choć przy obecnym popycie ze strony Chin, Indii i państw Bliskiego Wschodu wpływ cenowy byłby prawdopodobnie krótkotrwały.

Rząd nie odrzuca, ale apeluje o podpis pod SAFE

Szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz zareagował pragmatycznie. „Program SAFE daje najszybsze i konkretne środki na modernizację polskiej armii, dlatego wojskowi, przemysł zbrojeniowy oraz wszyscy, którym na sercu leży wzmocnienie siły naszej armii, apelują i liczą na podpis pod ustawą” – napisał na portalu X. Jednocześnie nie zamknął drzwi:

„Jeśli jednak pojawią się kolejne instrumenty finansowania armii, Wojsko Polskie tylko na tym zyska”.

Pełnomocniczka rządu ds. SAFE Magdalena Sobkowiak-Czarnecka poszła dalej – zaproponowała, by traktować oba programy nie jako alternatywę, ale uzupełnienie.

„Rząd mówi o wydatkach w polskim przemyśle zbrojeniowym. Pan prezydent mówi o wydatkach za oceanem – to są dwa kompatybilne systemy” – przekonywała w Polsat News.

Połączenie obu mechanizmów dałoby Polsce choćby ok. 400 mld zł na zbrojenia.

Na razie polityka, nie ekonomia

Rynki traktują „Polski SAFE 0 proc.” jako deklarację polityczną, nie gotowy projekt. Nie ma podstawy prawnej, nie ma szczegółów mechanizmu, nie ma zgody rządu. Glapiński sam przyznał, iż „jeśli będziemy chcieli stworzyć nowe okoliczności, potrzebna jest ustawa”, i iż wszystko wymaga „dobrej współpracy z rządem, w szczególności z Ministerstwem Finansów”.

Ale jeżeli prezydent rzeczywiście zawetuje ustawę o SAFE – a sygnały polityczne wskazują na to coraz wyraźniej – dyskusja o rezerwach NBP przejdzie z poziomu konferencji prasowych na poziom rynkowy. I wtedy złoty, obligacje i reputacja polskiego banku centralnego mogą stać się zakładnikiem sporu, z którego – przynajmniej w najbliższych miesiącach – nie wyniknie ani jeden czołg.

Idź do oryginalnego materiału