Jeśli myślimy o wczesnej emeryturze, warto popatrzeć na powody, które nas do tego skłaniają. Ja mogę opisać swoje:
- Rodzina.
- Świadomość prawdopodobnego okresu życia w zdrowiu.
- Obserwacje tych, którzy pracowali długo.
Rodzina. Dzisiaj moje dzieci mają max. 24 lata. Wchodzą (poza najmłodszym) w czas, który oznacza zakładanie własnych rodzin. Za 5-10 lat pewnie zostanę dziadkiem. I czy chcę nim być na pół gwizdka, czy na 100%? Czy wnukom będę mógł poświęcić 2 dni w miesiącu, czy całe tygodnie? Jako wnuk rozpieszczany przez babcię, oraz ojciec dzieci, w których wychowaniu spory udział mają dziadkowie, planuję oddać ten czas młodemu pokoleniu.
A starsze? „Żonie po wielu latach pracy należy się rewanż. Może na stare lata zacznę gotować, regularnie sprzątać? Z udziałem maszyn, co oczywiste. Praca to utrudni, jeżeli nie uniemożliwi.
No cóż, moi rodzice już nie żyją, do kresu drogi zbliżają się teściowie. Wiem, iż i pod koniec życia potrzeba im obecności najbliższych. Z teściem mam doskonałe relacje, więc nie wyobrażam sobie, iż podobnie jak swojemu tacie, nie będę towarzyszył w procesie przejścia na drugą stronę. Kilka lat temu było to możliwe z powodu pandemii, teraz, pracując takiej szansy nie dostanę.
Świadomość prawdopodobnego okresu życia w zdrowiu. Biorąc pod uwagę statystyki, powinienem dociągnąć do 77 r.ż. Ale rozejrzenie się dookoła, nie pozwala być takim optymistą. Prawdopodobnie, w zdrowiu dotrwam do 72-75 r.ż. Jaki ma zatem sens pracowanie do 65-tki (finansowo zbędne), żeby pożyć jak człowiek (tzn. może z bólem, ale bez głębokich deficytów) 7 lat? Nie ma go wcale. Na emeryturę (jeszcze w latach 70-tych XXw. , zwaną powszechnie „starczą rentą”) pójść, gdy zostanie kilka lat, aby pożyć? Nie piszę się. Dlatego kroję dla siebie przyszłość z najbliższej mi miary. Tato i jego rodzeństwo żyli: 13, 80 i 82 lata z czego ostatnie dwa u najstarszych nie można uznać za zdrowe. Mama i jej siostra miały szanse na 55 i 80 lat. Moi dziadkowie dożyli (wyłączam śmierci tragiczne w czasie wojny): 80, 87, 89 lat i byli długowieczni (aczkolwiek z tych 87 trzeba odjąć 5 lat choroby). Ale już ich rodzeństwo, żyło krótko: 40-60 lat, z jednym wyjątkiem 95-letniej siostry mojej babci. Dlatego statystyka 72-75 lat zdrowia może okazać się choćby przesadzona.
Obserwacja tych, którzy pracowali długo. Wiem, iż dla niektórych ta prawda o 7 latach (od 65 do 72) boli. Ale tak jest. Jeszcze raz przypomnę wiek odejścia moich kolegów z pracy, którzy wybrali inaczej (czyli przeciągnęli wiek przejścia na świadczenia):
- koleżanka – 64 lata – na emeryturze ani dnia (a mogła przejść jako 55-latka),
- koleżanka 2 – 70 lat – na emeryturze 3 lata,
- koleżanka 3 – 74 lata – na emeryturze 7 lat (a miała możliwość odejścia 12 lat wcześniej),
- kolega – 75 lat – na emeryturze 4 lata (mógł jako 65-latek),
- kolega 2 – 72 lata – na emeryturze 4 lata (w tym dwa leżał),
- kolega 3 – 61 lat (zmarł na COVID, nie doczekawszy emerytury),
- kolega 4 – 61 lat (pęknięcie tętniaka).
Czy widząc te liczby (a nie ma tu kilku osób, które zmarły wcześniej, w tym mojej koleżanki z roku, żyjącej 30 lat), mogę zakładać, iż pożyję jak gen. Stanisław Maczek 102 lata, w tym setkę w przytomności ciała i umysłu? Przecież nie.
Każda z tych osób wymienionych na liście albo nie liznęła życia emeryta, albo znacznie krócej niżby mogła. Nie warto iść tą drogą.
Te trzy powody skłoniły mnie do zaplanowania życia w inny sposób. Zwolnienie przed 50-tką (co już udało się), całkowite rozstanie się z biurem (pomijam jakieś dorywcze fuchy), gdy pierwsze wnuczę zacznie potrzebować opieki, a najpóźniej do 60-tki.









