5 najlepszych książek o długach, zadłużeniu i walce z nimi

2 dni temu

Słońce powoli zaczyna wreszcie mocniej świecić, zbliża się wyczekiwana majówka, a my witamy w najnowszym odcinku książkowego „Skanera” WEI. Majówka majówką, ale jak tu opłacić wyjazd, grilla i wypoczynek w gronie rodzinnym, skoro inflacja znów daje o sobie znać, a zadłużenie państwa rośnie? Dlatego ten odcinek poświęcamy na 5 książek o długach, zadłużeniu i walce z nimi. Miłej lektury!

  1. Eric Toussaint – „System zadłużania. Historia długów państwowych i ich nieuznawania”

Wyobraź sobie, iż budzisz się pewnego ranka i dowiadujesz się, iż poprzedni rząd przez lata pożyczał miliardy na pałace, łapówki, represje i wojenki, a teraz rachunek za to wszystko masz spłacać ty, twoje dzieci i wnuki. Brzmi jak kiepski żart? Eric Toussaint w „Systemie zadłużania” przekonuje, iż to nie żart, tylko od dawna działający mechanizm globalnej władzy. Ta cienka, ale konkretna książka to prawdziwa petarda dla wszystkich, kto kiedykolwiek zastanawiał się, dlaczego biedne kraje toną w długach, a bogaci wierzyciele zawsze wychodzą na swoje. Toussaint, belgijski ekonomista i aktywista walczący o anulowanie niesprawiedliwych długów, zabiera nas w podróż przez historię – od młodych Stanów Zjednoczonych, przez Amerykę Łacińską, aż po rewolucyjną Rosję. Pokazuje, jak nowe władze czasem śmiało mówiły „nie” długom poprzedników i co z tego wynikało.

Najmocniejsza część to rozbiór doktryny „odrażającego długu” (odious debt). Teoretycznie brzmi pięknie – dług zaciągnięty przez tyrana przeciwko własnemu narodowi nie powinien obciążać tego narodu. W praktyce jednak okazuje się, iż prawo międzynarodowe jest elastyczne dokładnie tak, jak potrzebują tego silniejsi gracze. Toussaint rozkłada tę hipokryzję na czynniki pierwsze i robi to z przyjemną, chłodną złością.

Czytając, co chwilę łapiesz się za głowę: „kurde, to się nigdy nie zmienia”. Długi służą nie tylko do finansowania, ale do uzależniania całych społeczeństw. Nowe rządy, które próbują się wyłamać, dostają po łapach sankcjami, blokadą kredytową i często wspieraną z zewnątrz kontrrewolucją. Szczególnie mocny jest rozdział o Rosji radzieckiej – nieuznanie carskich długów to była bomba, która wstrząsnęła całym ówczesnym światem finansowym. Toussaint pisze jak ktoś, kto nie tylko czytał o tym w bibliotekach, ale też doradzał rządom, jak audytować i renegocjować długi. Po lekturze patrzysz na kolejne pakiety „pomocy” dla zadłużonych państw zupełnie inaczej.

  1. David Graeber – „Dług. Pierwsze pięć tysięcy lat”

Kontrowersyjna, acz ciekawie i z rozmachem napisana rozprawa. Autor przekonuje, iż dług istniał na tysiące lat przed monetami, a adekwatnie to właśnie kredyt i dług były pierwotną formą stosunków ekonomicznych między ludźmi. David Graeber, antropolog z ogromną wiedzą i jeszcze większym tupetem, bierze klasyczną opowieść o ekonomii i rozbija ją na kawałki jak młotem. Ta książka to prawdziwy intelektualny rollercoaster. Graeber zabiera nas w podróż przez pięć tysięcy lat historii – od starożytnego Sumeru, przez Indie, Chiny, świat islamu, średniowieczną Europę, aż po współczesny kryzys finansowy 2008 roku. Pokazuje, jak dług nie jest neutralnym narzędziem, ale czymś głęboko moralnym, politycznym i bardzo często… przemocowym.

Autor pokazuje, iż w małych społecznościach ludzie żyli w „gospodarkach ludzkich” opartych na wzajemnych zobowiązaniach i zaufaniu, a nie na ciągłym liczeniu. I iż monety pojawiały się najczęściej wtedy, gdy państwo potrzebowało płacić armii – czyli gdy trzeba było gwałtownie i anonimowo rozliczać się z obcymi (i potencjalnymi wrogami). Graeber ma świetny styl – łączy erudycję z ironią i anarchistycznym pazurem. Nie ukrywa swoich poglądów: dla niego dług to często narzędzie władzy i kontroli, a okresowe kasowanie długów (jak interwencje królów) było konieczne, żeby społeczeństwo nie eksplodowało.

„Dług. Pierwsze pięć tysięcy lat” to nie jest lekka lektura na plażę, ale jedna z tych książek, które zachęcają do myślenia. jeżeli lubisz wielką, prowokacyjną antropologię, która wali w fundamenty tego, co uważaliśmy za oczywiste – bierz w ciemno. choćby jeżeli nie zgadzasz się z tezami Graebera, wyjdziesz z niej bogatszy o masę przemyśleń i chęci skontrowania tego sposobu patrzenia na długi.

  1. Robert T. Kiyosaki „Bogaty ojciec, biedny ojciec”

Masz dwóch ojców. Jeden jest wykształcony, ciężko pracuje, ma stabilną posadę i… całe życie ledwo wiąże koniec z końcem. Drugi nie skończył choćby liceum, ale myśli zupełnie inaczej o pieniądzach – i w efekcie staje się bogaty. Którego rady byś słuchał? Robert Kiyosaki opowiada historię swoich dwóch „ojców” i w prosty, niemal dziecięcy sposób rozbija na kawałki wszystko, czego uczy nas szkoła i rodzice na temat pieniędzy, pracy i kariery.

Ta książka to taki finansowy „kop w dupę” dla średniej klasy. Kiyosaki wali prosto z mostu: szkoła przygotowuje cię do bycia dobrym pracownikiem, a nie do bycia wolnym finansowo. Biedny ojciec powtarza „ucz się dobrze, znajdź bezpieczną pracę, oszczędzaj”. Bogaty ojciec mówi coś zupełnie odwrotnego: „nie pracuj dla pieniędzy – spraw, żeby pieniądze pracowały dla ciebie”. I tu pojawia się kluczowa lekcja całej książki: różnica między aktywami a pasywami.

Autor tłumaczy to tak prosto, iż aż boli. Dom, w którym mieszkasz? Dla większości ludzi to pasywo, bo generuje koszty. Coś, co wkłada ci pieniądze do kieszeni (nieruchomości na wynajem, akcje, biznesy, prawa autorskie) – to aktywo. Brzmi banalnie? Dla wielu osób, które pierwszy raz o tym słyszą, to prawdziwa rewolucja myślowa.

Kiyosaki operuje historiami z dzieciństwa, prostymi przykładami i powtarza swoje główne tezy tak często, iż wbijają się do głowy na amen Niektórzy zarzucają autorowi, iż historie o „bogatego ojcu” są mocno podkolorowane lub zmyślone, ale jako książka otwierająca oczy i zmieniająca sposób myślenia o pieniądzach – wciąż działa rewelacyjnie. Godne polecenia zwłaszcza młodym ludziom i wszystkim, którzy czują, iż harują coraz więcej, a i tak stoją w miejscu. Po tej lekturze wiele rzeczy już nigdy nie wygląda tak samo.

  1. Daniel Susskind – „Wzrost”

Przez ostatnie dwieście lat wzrost gospodarczy był jak święty Graal – wyciągnął miliardy ludzi z nędzy, wydłużył życie, poprawił zdrowie i dał nam telefony oraz wygodne kanapy. Ale teraz ten sam wzrost zaczął nas dusić: rosnące nierówności, klimat się wali, technologie wywracają rynek pracy do góry nogami, a garstka firm technologicznych zbiera całą pulę. I nagle wszyscy stoją przed wyborem: dalej gaz do dechy czy może „degrowth”, czyli świadome hamowanie gospodarki?

Daniel Susskind, brytyjski ekonomista i wielokrotnie nagradzany autor, wchodzi w tę debatę z chłodną głową i mówi: ani jedno, ani drugie. Porzucić wzrost to szaleństwo – bo tylko on pozwala nam rozwiązywać problemy, które sam stworzył. Ale ślepa, bezrefleksyjna pogoń za każdym kolejnym procentem PKB też jest drogą donikąd. „Wzrost” to książka, która świetnie trafia w sedno naszych czasów. Susskind nie rzuca się w ideologiczne okopy „zielonych” czy „neoliberalnych”. Zamiast tego zadaje bardzo konkretne, niewygodne pytania: Jaki wzrost adekwatnie chcemy? Ile go potrzebujemy? Dla kogo ma być ten wzrost i kto na nim naprawdę korzysta? Pokazuje, jak dzisiejszy model wzrostu coraz bardziej faworyzuje kapitał, technologie i supermocne firmy, jednocześnie zostawiając dużą część społeczeństwa z tyłu.

Autor z werwą i jasnym stylem przechodzi przez historię idei wzrostu, analizuje jego koszty środowiskowe i społeczne, a potem proponuje, żebyśmy przestali traktować wzrost jak cel sam w sobie. Zamiast tego powinniśmy go świadomie przekierować – tak, by lepiej oddawał to, co naprawdę cenimy: stabilność, sprawiedliwość, sensowną pracę i przetrwanie planety.

Jego książka to mądra, wyważona i niepokojąco aktualna diagnoza: wzrost nam jest potrzebny, ale musi wyglądać zupełnie inaczej niż dotychczas. jeżeli interesuje Cię przyszłość gospodarki, klimat, nierówności i to, w którą stronę zmierza świat – „Wzrost” Daniela Susskinda to jedna z tych książek, które warto przeczytać właśnie teraz.

  1. Jacek Chołoniewski, Paweł Górnik, Mateusz Siekierski – „Banki, pieniądze, długi. Nieznana prawda o współczesnym systemie finansowym”

Trzech autorów – fizyk, matematyk finansowy i ekonomista – spokojnie, z faktami i liczbami udowadniają, iż to nie teoria spiskowa, tylko codzienna praktyka współczesnego systemu bankowego. Krótka, konkretna i napisana zaskakująco przystępnym językiem lektura. Autorzy rozbierają na czynniki pierwsze mechanizm kreacji pieniądza przez banki Pokazują, jak bardzo zmieniło się to w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat i dlaczego większość z nas (w tym wielu ekonomistów) wciąż ma w głowie obraz z XIX wieku. Najmocniejsze fragmenty to te, w których obalają popularne mity: iż banki są tylko „pośrednikami” między oszczędzającymi a kredytobiorcami, iż nasze oszczędności przekładają się bezpośrednio na inwestycje, iż bank centralny ma pełną kontrolę nad ilością pieniądza.

Książka jest świetna właśnie dlatego, iż jest krótka i treściwa. Nie ma tu lania wody ani akademickiego bełkotu. Czyta się ją jednym tchem, a po lekturze czujesz się, jakby ktoś zdjął ci klapki z oczu. Nagle rozumiesz, dlaczego w gospodarce ciągle brakuje „pieniędzy”, choć banki drukują je na potęgę, i dlaczego dług publiczny oraz prywatny rośnie tak szybko.

Jeśli przeczytałeś już „Bogaty ojciec, biedny ojciec” Kiyosakiego i „Dług” Graebera, to „Banki, pieniądze, długi” to idealny następny krok – bardziej techniczny, polski kontekst i bardzo aktualny. Pokazuje mechanikę systemu od środka, z perspektywy ludzi, którzy naprawdę znają się na bankowości i matematyce finansowej.To jedna z najlepszych polskich książek popularnonaukowych o finansach ostatnich lat. Nominowana do Economicusa – i słusznie. Godna polecenia każdemu, kto chce zrozumieć, jak naprawdę działa współczesny system finansowy, zamiast powtarzać podręcznikowe bajki.

Idź do oryginalnego materiału