24 czerwca 2026 roku niemieckie Ministerstwo Obrony zrobiło coś, na co przez lata nie było odwagi w Berlinie. Ostatecznie zamknęło program fregat F126, czyli największy powojenny projekt okrętowy Bundesmarine. Zamiast sześciu wyspecjalizowanych jednostek do zwalczania okrętów podwodnych, niemiecka marynarka kupi osiem mniejszych, gotowych fregat typu MEKO A-200 od koncernu ThyssenKrupp Marine Systems (TKMS). To zwrot o 180 stopni i jednocześnie przyznanie się do porażki, która kosztowała niemieckiego podatnika już około 2,3 miliarda euro.
Decyzja uderzyła w rynki natychmiast. Akcje Rheinmetalla, niemieckiego czempiona zbrojeniowego, spadły w środę choćby o ponad 16 procent, by zamknąć dzień kilkanaście procent pod kreską. Dla spółki, która przez ostatnie lata była symbolem giełdowej hossy napędzanej europejskim wyścigiem zbrojeń, była to jedna z najgorszych sesji w historii. Inwestorzy w jeden dzień wymazali z wyceny Rheinmetalla miliardy euro. Po drugiej stronie barykady stanął TKMS, którego notowania wystrzeliły w górę o blisko 10 procent.
Jak dziesięć miliardów zmieniło się w osiemnaście
Żeby zrozumieć skalę problemu, trzeba cofnąć się do 2020 roku. Wtedy Niemcy zamówiły sześć fregat F126 (klasy Niedersachsen) o wyporności ponad 10 tysięcy ton każda. Generalnym wykonawcą został holenderski Damen Schelde Naval Shipbuilding, a budowa odbywała się w niemieckich stoczniach, między innymi w Wolgaście i Kilonii. Pierwotny budżet opiewał na około 10 miliardów euro, a pierwszy okręt miał osiągnąć wstępną gotowość operacyjną do połowy 2028 roku. Cała szóstka miała trafić do służby do 2033 roku.
Plan rozsypał się pod ciężarem opóźnień. Damen poinformował, iż nie jest w stanie dostarczyć okrętów ani w uzgodnionym terminie, ani w ramach budżetu. Według niemieckich parlamentarzystów pierwsza jednostka byłaby gotowa dopiero około 2032 roku, czyli z czteroletnim poślizgiem. To czas, którego NATO nie ma, bo zobowiązania wobec Sojuszu dotyczące zwalczania rosyjskich okrętów podwodnych mają twarde terminy. Szczegóły terminów i kosztów potwierdza branżowy serwis Naval News opisujący kulisy decyzji.
Berlin próbował ratować program inaczej. Od 2025 roku ministerstwo intensywnie badało możliwość zmiany generalnego wykonawcy i przekazania roli głównego kontraktora spółce Naval Vessels Lürssen (NVL), która od 1 marca 2026 roku należy do Rheinmetalla. I tu pojawia się najważniejszy moment dla giełdowej dramy. Negocjacje wyceniły kontynuację programu F126 pod kierownictwem NVL na około 15,2 miliarda euro za sześć okrętów. Po doliczeniu prac już wykonanych przez Damena oraz niezbędnych umów wsparcia całkowite zapotrzebowanie finansowe przekroczyłoby 18 miliardów euro, czyli niemal dwukrotność pierwotnego budżetu.
Był jeszcze haczyk, który ostatecznie przeważył. Zmiana wykonawcy wymagałaby od rządu federalnego zrzeczenia się ewentualnych roszczeń odszkodowawczych wobec Damena. Berlin uznał to za sprzeczne z odpowiedzialnym gospodarowaniem publicznymi pieniędzmi i odmówił. Trwa prawna analiza możliwych roszczeń wobec holenderskiej stoczni. Minister obrony Boris Pistorius wybrał, jak ujął to jeden z niemieckich polityków, lepszy koniec z przerażeniem niż przerażenie bez końca.
SPRAWDŹ: Jak inwestować w spółki zbrojeniowe? [Poradnik]
Dlaczego Rheinmetall stracił najwięcej
Rheinmetall był głównym przegranym tej decyzji nie dlatego, iż tracił już podpisany kontrakt, ale dlatego, iż tracił marzenie. Koncern z Düsseldorfu, kojarzony dotąd z amunicją, pojazdami i systemami lądowymi, przejął NVL 1 marca 2026 roku, budując na tym swoje wejście w przemysł okrętowy. Oficjalnej ceny transakcji nie ujawniono, ale analitycy szacowali wartość NVL na 1,5 do 2 miliardów euro. Szczegóły samego przejęcia opisał wcześniej komunikat Rheinmetalla o finalizacji zakupu NVL.
Przez miesiące zarząd Rheinmetalla przekonywał inwestorów, iż przejęcie roli generalnego wykonawcy F126 jest w zasięgu ręki, a wielomiliardowy kontrakt na okręty wojenne tylko kwestią czasu. Rynek wpisał ten scenariusz w wycenę akcji. Gdy Berlin zamiast tego skierował zamówienie do konkurencyjnego TKMS, narracja runęła. Inwestorzy zobaczyli, iż nowa morska noga koncernu nie dostanie zastrzyku, na który liczyła, a stocznie przejęte za grube miliardy nagle straciły swój sztandarowy program. Stąd reakcja rynku, którą szczegółowo opisała agencja Reuters relacjonująca spadek notowań.
Warto jednak zachować proporcje. Choć spadek o kilkanaście procent w jeden dzień jest spektakularny, fundamenty Rheinmetalla pozostają mocne. Koncern ma ogromny portfel zamówień napędzany europejskim programem zbrojeniowym, a utrata jednego, choć prestiżowego, kontraktu nie zmienia jego pozycji lidera. Najświeższa reakcja giełdy odzwierciedlała raczej rozczarowanie zawyżonymi oczekiwaniami niż realne załamanie biznesu. Faktem jest jednak, iż trend ten trwa już od jakiegoś czasu, a wartość akcji od szczytu notowań spadła już o ponad 50 procent.
Wykres akcji Rheinmetall, interwał D1. Źródło: xStation XTBNiemcy wybierają to, co proste i dostępne od ręki
Zamiast projektować nowy, uniwersalny okręt, Niemcy sięgają po gotowy produkt z półki, z jedynie drobnymi modyfikacjami. Osiem fregat MEKO A-200 (oznaczonych jako F128) ma kosztować łącznie około 11,6 miliarda euro. Pierwsze cztery jednostki to wydatek rzędu 6,3 miliarda euro, a opcja na kolejne cztery, możliwa do uruchomienia do końca 2026 roku, to dodatkowe 5,3 miliarda euro.
Priorytetem jest jedna rzecz: zdolność do zwalczania okrętów podwodnych, i to szybko. MEKO A-200 mają zostać wyposażone w ten sam holowany system sonarowy firmy Atlas Elektronik, który przewidziano dla F126, więc kluczowa zdolność bojowa zostaje zachowana. Pierwszy okręt ma trafić do służby pod koniec 2029 roku, a kolejne mają być dostarczane co dziewięć miesięcy. Co istotne, żeby przyspieszyć dostawy, Niemcy zamierzają w dużej mierze skorzystać z pakietu sensorów i uzbrojenia opracowanego przez TKMS dla Australii. Oznacza to mniejszy udział niemieckiego przemysłu, niż zakładano przy F126. Kierunek tej zmiany potwierdza relacja serwisu Defense News o zwrocie w stronę MEKO.
W Wolgaście pozostał tymczasem fizyczny ślad porzuconych ambicji. Kadłub, czy raczej sekcje budowanej fregaty, stoi jako kosztowna pamiątka po programie, który pochłonął miliardy i nie wypłynie. Duży, drogi, na razie bezużyteczny i czekający na decyzję, co dalej. To dosłowna metafora tego, jak rozjechały się niemieckie deklaracje obronne z możliwościami ich realizacji.

1 godzina temu






