Eksport USA bije kolejne rekordy. Europa i Azja desperacko szukają alternatywy dla Zatoki Perskiej.
Stany Zjednoczone wysyłają za granicę rekordowe ilości ropy i paliw. Według najnowszych danych amerykańskiej Agencji Informacji Energetycznej (EIA) łączny eksport surowca i produktów ropopochodnych sięgnął w ostatnim tygodniu 12,88 mln baryłek dziennie – to absolutny rekord w historii. Nic dziwnego. Od niemal ośmiu tygodni przez Cieśninę Ormuz nie przechodzi praktycznie nic, a świat potrzebuje ropy jak powietrza. Problem polega na tym, iż choćby przy pełnej parze Ameryka nie jest w stanie zasypać dziury, którą w globalnych dostawach wybiła wojna z Iranem.
Armada tankowców zmierza do Azji
Żeby zrozumieć skalę tego, co się właśnie dzieje, trzeba cofnąć się do stycznia – ostatniego „normalnego” miesiąca. Wtedy eksport samej ropy z USA wynosił niespełna 4 mln baryłek dziennie. W kwietniu, według danych firmy analitycznej Kpler, ma to być już 5,44 mln, a w maju choćby 5,48 mln bpd. Wzrost o blisko 40 proc. w ciągu zaledwie trzech miesięcy.
Lwia część dodatkowych baryłek płynie do Azji – regionu, który przed wojną sprowadzał gros ropy właśnie przez Ormuz. Japońscy nabywcy ruszyli po amerykański surowiec jako jedni z pierwszych, tuż za nimi ustawili się Koreańczycy, Singapurczycy i Tajowie. W maju do azjatyckich rafinerii ma trafić 3,29 mln bpd amerykańskiej ropy – trzy razy tyle, co w styczniu. Co najmniej 60 mln baryłek zakontraktowano do załadunku z Zatoki Meksykańskiej, to najwyższy poziom od trzech lat.
Ale choćby te liczby to za mało. Przed wojną do Azji drogą morską trafiało ponad 24 mln bpd ropy. W kwietniu, jak szacuje Kpler, będzie to ledwie 14,8 mln. Różnica to prawie 10 mln baryłek dziennie – i żadne rekordy eksportowe z Teksasu tej luki nie domkną.
Europa też się podłącza
Nie tylko Azja przesiadła się na amerykański surowiec. Blisko połowa amerykańskiego eksportu ropy z ostatniego tygodnia popłynęła do Europy – z Holandią, Francją i Niemcami na czele. choćby Grecja, która wcześniej nigdy nie kupowała ropy z USA, zaczęła to robić. Do Turcji wyruszyła jednostka z 500 tys. baryłek – pierwszy taki transport od ponad roku.
To zresztą szerszy trend. Komisja Europejska przypomina, iż aż 67 proc. unijnego importu energii to przez cały czas produkty ropopochodne. Udział amerykańskiego LNG w europejskim miksie gazowym urósł z 20 proc. w 2021 r. do 45 proc. w 2025 r. Zamknięcie Ormuz tylko przyspiesza tę zmianę – Europa aktywnie dywersyfikuje dostawy, bo pamięta lekcję z rosyjskim gazem i nie zamierza powtarzać tego błędu.
Rezerwy strategiczne pod presją
Trzeba powiedzieć wprost: tak wysoki eksport z USA byłby niemożliwy bez sięgnięcia po rezerwy strategiczne. W marcu 32 kraje Międzynarodowej Agencji Energetycznej skoordynowały największe w historii uwolnienie zapasów – łącznie 400 mln baryłek, z czego 172 mln przypadło na Stany Zjednoczone. Amerykański program działa na zasadzie pożyczki: firmy mogą brać ropę z rezerw od marca do lipca, ale potem muszą ją zwrócić – z nawiązką.
I tu pojawia się najważniejsze pytanie: co będzie po lipcu? Jeśli program się skończy, a Ormuz przez cały czas będzie zamknięty, świat – a zwłaszcza Azja – stanie przed poważnym problemem. Eksport z USA może się wtedy wyraźnie cofnąć, a rafinerie w Tokio, Seulu czy Singapurze zostaną z jeszcze mniejszą pulą dostępnego surowca.
Infrastruktura nie jest z gumy
Jest jeszcze jedna twarda bariera. Analitycy i traderzy zgodnie oceniają, iż maksymalne moce eksportowe USA to ok. 6 mln bpd samej ropy – ograniczeniem jest przepustowość rurociągów prowadzących do terminali nad Zatoką Meksykańską i dostępność tankowców. Historyczny rekord tygodniowy to 5,6 mln bpd z 2023 r. Obecne 5,2 mln bpd jest więc już bardzo blisko sufitu.
Matt Smith z Kplera zwraca uwagę, iż „eksport pcha się pod granicę przepustowości”, a każda kolejna baryłka kosztuje więcej w logistyce i frachcie niż poprzednia. Widać to w danych: do Zatoki Meksykańskiej zmierza ok. 80 pustych supertankowców po załadunek na kwiecień i maj. Takich kolejek świat nie widział od lat.
Cena sukcesu – widać ją na stacjach
Rekordowy eksport to miecz obosieczny. Amerykańscy konsumenci muszą teraz konkurować o surowiec z nabywcami z Azji i Europy, co podbija ceny paliw na rodzimych stacjach. Spread między Brentem a WTI – kluczowa miara napięć na rynku – rozszerzył się w marcu do ponad 20 dolarów, czyniąc każdą baryłkę wyeksportowaną z USA niezwykle opłacalną dla sprzedającego, ale bolesną dla krajowego kierowcy. Ceny fizycznych ładunków z natychmiastową dostawą do Europy ocierały się w poniedziałek o 150 dolarów za baryłkę.
W czwartek rano Brent kontynuował czwartą z rzędu sesję wzrostową, notując 103,46 USD – ponad 55 proc. więcej niż rok temu. WTI wspinało się do 94,16 USD. Analitycy ING pisali wprost, iż „rynek fizyczny staje się coraz bardziej napięty z każdym dniem bez wznowienia przepływu ropy przez Ormuz”.
Dostatek, który ma swoje granice
Prezydent Trump zachęcał świat hasłem „kupujcie ropę od nas, mamy jej pod dostatkiem”. Dostatek jest, trzeba przyznać – ale ma wyraźne granice. Fizyczne, wyznaczone przez rurociągi i terminale. Czasowe, dyktowane harmonogramem zwrotu rezerw strategicznych. I przede wszystkim arytmetyczne: choćby największy producent świata nie zastąpi jednej piątej globalnej podaży, która od niemal dwóch miesięcy tkwi za zamkniętymi drzwiami Ormuz.
W środę Iran po raz kolejny pokazał, kto kontroluje cieśninę – Gwardia Rewolucyjna przejęła dwa kontenerowce, a marynarka USA przechwyciła z kolei trzy irańskie tankowce na wodach azjatyckich. Rozmowy pokojowe stoją w miejscu. Impas trwa. A na światowym rynku ropy każdy kolejny dzień bez postępu dyplomatycznego oznacza kolejne rekordy – ale nie te, na które liczyliby konsumenci.
Źródła: Kpler, Reuters

3 godzin temu






