Bitcoinowym skrytohandlarzom mówimy stanowcze: TAK!

10 godzin temu

Wojna, jaką przy okazji afery Zondakrypto wytoczono kryptowalutom, przypominać zaczyna tę prowadzoną przez PRL przeciwko spekulantom i cinkciarzom. Trwa licytacja kto bardziej, czy to zakazami, czy regulacjami zniszczy w Polsce nowy rynek finansowy. By sparafrazować klasyka: Po co nam jakaś giełda kryptowalutowa skoro jest w Berlinie. Tak się w najlepszym razie skończy beznadziejna i szkodliwa wojna z nową erą finansową. Oczywiście zorganizują się tez kryptowalutowi cinkciarze. Przez jakiś czas można w Polsce żerować na obawach i na tym, iż nikt nie rozumie, jak to działa, ale ustalmy jedno – nikt (prawie) nie ma pojęcia, jaka fizyka stoi za działaniem telefonów komórkowych, a wszyscy ich używają.

Za sukcesem tego wartego już ponad 2 biliony dolarów rynku stoją głównie władcy i właściciele świata. Bitcoin powstał w czasie gigantycznego kryzysu finansowego i z przekonania, iż nikt cię tak nie okradnie z pieniędzy jak własne państwo i banki. Władza sposoby ma różne: odpali drukarki, wywoła inflację i zdewaluuje wartość pieniędzy, które masz. Albo każe je bankom zablokować, jeżeli jesteś nieposłuszny czy podejrzany i nie będziesz miał dostępu do swej krwawicy. Dokładnie tak jak w Kanadzie zrobił to socjalistyczny rząd Trudeau kierowcom, którzy protestowali przeciwko covidowemu reżimowi. Albo jak w Grecji w 2015 roku, kiedy dekretem rządu zarządzono, iż banki mogą wypłacać 60 euro dziennie. Można też zwyczajnie zrabować, jak to się stało w Argentynie, Nigerii, czy na Cyprze w 2013 roku, kiedy to państwo, by ratować system finansowy, ukradło/unicestwiło/unieważniło klientom dwóch banków wszystko powyżej 100 tys. euro zdeponowanych oszczędności. Przypominam, iż ten ostatni kraj osiągnął najwyższe stadium rozwoju praworządności i demokracji, bo przecież inaczej nie byłby w Unii Europejskiej.

Ostatnio do inwestowania w kryptowaluty czy też wymienienia na nie normalnych pieniędzy zachęciła władczyni Unii Ursula von der Leyen. Pod koniec sierpnia w Paryżu na corocznej, bardzo prestiżowej konferencji dla biznesu La Ref mówiła o leniwych pieniądzach – 10 bilionach euro oszczędności Europejczyków, które zamiast pracować, a więc finansować inwestycje, leżą sobie jak te lenie. Bankierzy, wielkie korporacje zapiały z zachwytu, a lud od razu pomyślał, iż Unia chce te pieniądze ukraść albo przymusowo sobie pożyczyć. Przewodnicząca Komisji Europejskiej snuje marzenia o unii europejskich rynków kapitałowych, ale lud swoje wie i jak słyszy o nowych pomysłach eurokracji, to łapie się za portfele i rozmyśla czy nie lepiej przerzucić się na pieniądz, nad którym ani państwo, ani żaden bank czy instytucja jak sąd prokurator, komornik, policja, ani choćby żona kontroli nie mają. Nie to jest jednak największą zaletą kryptowalut, ale to, iż obrót nimi napędza rozwój nowej, dającej fantastyczne możliwości technologii, jaką jest blockchain. Ona łamie monopol państwa na emisję pieniądza, bo każdy adekwatnie może wykreować własną walutę i określić jej podaż. Z pomocą sztucznego inteligenta AI zajmie to kilkadziesiąt sekund. Ja być może stworzę własną – MoKoPi, co będzie wdzięcznym skrótem od Moje Kochane Pieniążki. Problemem jest jednak dystrybucja i zaufanie. Musieliby się znaleźć ludzie, którzy za MoKoPi zapłaciliby prawdziwymi kochanymi pieniędzmi albo chociaż wydali jakiś towar.

Blochchain to łańcuch danych i kryptograficznych kodów, które służą do przechowania i potwierdzania wartości oraz praw własności. Stablecoiny (cyfrowe dolary) rozliczają już biliony dolarów rocznie – w niektórych miesiącach wolumeny biją tradycyjne systemy płatności. Największy fundusz świata BlackRock tokenizuje amerykańskie bony skarbowe: inwestorzy kupują tokeny reprezentujące realne obligacje i dostają odsetki automatycznie. JPMorgan i inni banki przeprowadzają płatności wewnętrzne na blockchainie za setki miliardów dolarów – rozliczenie trwa sekundy zamiast dni. PKO Bank Polski przechowuje na blockchainie dokumenty klientów. Walmart śledzi dostawy towarów od farmy do półki w kilka sekund. De Beers i firmy jubilerskie zapisują każdy diament na blockchainie – klient skanuje kod i widzi historię kamienia od kopalni i nie potrzebuje eksperta, by zweryfikować czy jest prawdziwy. Politechnika Świętokrzyska tak przechowuje dyplomy i potwierdza ich prawdziwość. To samo z prawami intelektualnymi. Koniec z kupowaniem papierów na bazarze – choćby ukraińskich praw jazdy. Agenci ubezpieczeniowi w sekundę po podpisaniu umowy dostaną za nią prowizję. Tak działa też wypłata tantiem: piosenka zagrana – złotówka zapłacona.

Tokeny na blockchainie umożliwiają transakcje, które wcześniej były niemożliwe – np. budynek wart 10 mln zł dzieli się na 10 000 tokenów. Każdy token = 0,01 procent udziału. Możesz kupić choćby jeden token i mieć ułamkową własność. Księgi wieczyste, w których zapisane są prawa do nieruchomości, znikną. Prędzej czy później na blockchainie znajdą się wszystkie dokumenty i nikt ich nie spali, tak jak w pożarze Archiwum Urzędu Miasta Krakowa, kiedy to spłonęło 20 km akt. Polskie firmy – np. Billon pracują już w tej technologii dla światowych korporacji. Blockchainu nie da się zhakować, nie da się sfałszować. Raz zapisanego kodu nie da się już nigdy zmienić. Ta technologia obsługuje już rynki i branże warte dziesiątki bilionów dolarów. I tak się składa, iż póki co, jej rozwój najbardziej napędza handel kryptowalutami. Banki, fundusze etc. inwestują w nią dziesiątki miliardów dolarów choćby po to, by system nie zatkał się, kiedy miliony ludzi w jednym czasie handlują kryptowalutami.

I na koniec jeszcze jedno. Oczywiście da się zablokować legalny handel kryptowalutami i jednocześnie pozwolić na wielkie inwestycje w blockchain. Jak w Chinach. Tylko wcześniej jeszcze trzeba sobie zbudować taki system policyjny i kontroli społeczeństwa jak w Państwie Środka.

Felietony publikowane na naszej stronie przedstawiają poglądy autora, a nie oficjalne stanowisko Warsaw Enterprise Institute.

Idź do oryginalnego materiału