Opór przeciw umowie z Mercosurem w Polsce dziwi. Dotąd przecież za każdym razem, gdy otwieraliśmy rynek na import, per saldo się bogaciliśmy. Tak stało się, gdy weszliśmy do Unii Europejskiej, i za każdym razem, gdy UE podpisywała kolejną umowę handlową.
W oczach polskich rolników Ursula von der Leyen nie ma już szans na rehabilitację. Umowa handlowa między UE a krajami Mercosuru zaczyna obowiązywać, co oznacza wprowadzenie na rynek nowych, tanich produktów z zagranicy. Na razie warunkowo i częściowo, bo nie zatwierdził jej jeszcze Parlament Europejski. Szefowa KE przekonuje, iż „umowa tworzy rynek liczący 720 mln ludzi, otwierając niezliczone możliwości. Pozwoli zaoszczędzić miliardy dolarów na cłach i umożliwi rozwój europejskim małym i średnim przedsiębiorstwom, które zyskają dostęp do nowych rynków”. Czy ma rację?
Tak. Per saldo jako podatnicy i konsumenci zyskiwaliśmy za każdym razem, gdy otwieraliśmy nasz rynek na dodatkowy import, także w rolnictwie. Zyskamy i teraz. Ponadpartyjny sprzeciw wobec umowy z Mercosurem, który uformował się pod wpływem głośnego rolniczego lobby, jest sprzeczny z doświadczeniami Polski z ostatnich 36 lat.
W 2004 r. w Polsce nie skończyło się rolnictwo
Opór przeciw umowie z Mercosurem nie jest u nas tylko ponadpartyjny. Jest też przedmiotem licytacji, kto jest w nim bardziej szczery. Polska co prawda głosowała przeciwko paktowi, ale to nie wystarczyło, by do niego nie dopuścić, wobec czego opozycja zażądała odwołania ministra rolnictwa, zarzucając mu fałszywe intencje. Bezskutecznie. Sejm odrzucił wniosek o wotum nieufności, a Donald Tusk przy okazji wypominał opozycji, iż gdy PiS był u władzy, nie tylko przeciw umowie nie protestował, ale wręcz ją popierał.
W Polsce ponadpartyjny upór przydałby się w takich kwestiach jak reforma oświaty, ochrony zdrowia czy sądownictwa albo emerytur – tu jednak szans nań nie ma. W zamian otrzymujemy ten pokaz walki w całkowicie niesłusznej sprawie.
Tak, niesłusznej. Oto dowód. 1 maja 2004 r. Polska weszła do Unii Europejskiej i zgodnie z logiką, według której przez zalew tanim mięsem zbankrutują polscy hodowcy, już wtedy powinno było dojść do bankructwa jeszcze poważniejszego, bo obejmującego cały sektor rolny. Rok 2004 był przecież ukoronowaniem procesu odchodzenia od ceł i innych barier w handlu wewnętrznym z UE. Stawka na towary rolne z państw UE spadła – zależnie od kategorii – z poziomu 20–70 proc. do zera. Cła na towary rolne ogółem, czyli także na te pochodzące spoza UE, zmniejszyły się z ponad 30 proc. do ok. 16 proc. Czy polskie rolnictwo w rezultacie upadło?
Owszem, poduszką neutralizującą szok były transfery w ramach Wspólnej Polityki Rolnej, ale nie należy przeceniać ich znaczenia dla tego sektora. Faktem jest, iż – wg opracowania Biura Analiz i Strategii Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa – w 2004 r. polski import rolno-spożywczy był wart 4,4 mld euro, a eksport 5,2 mld euro. Rok później import wzrósł do 5,4 mld euro, a eksport do 7,1 mld euro. W 2006 r. eksport wynosił już 8,5 mld euro, a import 6,4 mld euro. Na tej ścieżce – wzrostu zarówno importu, jak i eksportu – znajdujemy się od tamtego czasu nieustannie. W 2025 r. padł kolejny rekord: 58,4 mld euro w eksporcie i 38,6 mld euro w imporcie. W produkcji rolno-spożywczej zajmujemy w tej chwili piąte miejsce w UE, odpowiadając za ok. 8 proc. rynku. Jak podaje portal foodfakty.pl, Polska jest „największym producentem jabłek i drobiu w Unii, zajmuje czołowe pozycje w produkcji nabiału, serów i mleka, a także plasuje się wysoko w kategorii wieprzowiny, słodyczy i wyrobów piekarniczych. Silną pozycję zajmuje również w eksporcie warzyw – zwłaszcza kapusty, marchwi, cebuli i pieczarek – oraz owoców miękkich, takich jak borówki, maliny i truskawki”. Wyraźnie widać, iż otwarcie polskiego rynku w ramach wspólnej strefy celnej branży spożywczej nie tylko nie zabiło, ale wręcz doprowadziło do jej rozkwitu. Ta sama historia – tj. wzrostu produkcji oraz eksportu pomimo otwarcia rynku – dotyczy zresztą każdego produkcyjnego sektora gospodarki. Redukcja ceł wewnętrznych w UE do zera dotyczyła przecież wszystkich produktów.
Magia wolnego rynku
Otwierając rynek na świat – najpierw w 1989 r., a potem w 2004 r. – wzbogaciliśmy się. Zwiększenie wymiany handlowej nie było jedynym czynnikiem bogacenia się, ale było jednym z najważniejszych. Według szacunków Międzynarodowego Funduszu Walutowego PKB per capita ważone siłą nabywczą jest już w Polsce wyższe niż w Japonii czy w Izraelu.
Pamiętajmy jednak, iż po przystąpieniu do UE Polska otwierała swój rynek jeszcze szerzej za każdym razem, gdy Wspólnota podpisywała kolejną umowę handlową – i również na tym nie byliśmy stratni. A było ich sporo. W 2011 r. weszła w życie umowa handlowa z Koreą Południową, w 2017 r. – z Kanadą, w 2019 r. – z Japonią, w 2020 r. – z Wietnamem, a w 2024 r. – z Nową Zelandią. Umowy te objęły bardzo szeroki zakres towarów, np. przetwory, wino i nabiał z Korei, mleko z Kanady czy drób z Wietnamu. Przede wszystkim jednak dotyczyły bardziej istotnych z punktu widzenia współczesnej gospodarki przemysłów: chemicznego, maszynowego, tekstylnego czy elektronicznego. I tak, gdy do UE napływało z rozmaitych kierunków coraz więcej tanich towarów, produkcja przemysłowa w Polsce cały czas rosła, a wzrost obejmował także te sektory gospodarki, które w ramach umów otwierano. Udział eksportu w PKB Polski wzrósł z ok. 30 proc. w 2004 r. do dzisiejszych 55–60 proc. Staliśmy się dla globalnej gospodarki ważni.
Cały artykuł dostępny jest TUTAJ.

6 godzin temu














