Budżet, wybory, obietnice

15 godzin temu

Znamy projekt budżetu państwa na 2027 rok. Premier Donald Tusk nazwał go odpowiedzialnym. Można mieć co do tego wątpliwości, ale przyznać trzeba, iż na stole nie pojawił się typowy budżet wyborczy, którego celem jest zaspokojenie potrzeb i zachcianek kolejnych grup wyborców z nadzieją na ich głosy. Problem w tym, iż zarazem jest to budżet, który nie rozwiązuje potężnych i narastających problemów finansowych państwa, co jest prawdą obiektywną. Jednak o budżecie ostatecznie decydują nie eksperci, ale politycy, więc w tych okolicznościach trudno było o finansową wstrzemięźliwość. Mamy więc budżet złej kontynuacji i obawę, iż kolejny będzie jeszcze gorszy.

W budżecie mamy deficyt na poziomie ponad 282 mld zł, co przekłada się na 7,2 proc. PKB, a więc tyle samo, co w bieżącym roku, i trzeci rok z rzędu powyżej 7 proc. Zgodnie z unijnymi regułami fiskalnymi dopuszczalny deficyt to 3 proc. PKB, przy czym wiele państw przekracza ten wskaźnik. Polska, obok Rumunii, to europejski lider. Ktoś powie – nie szkodzi, przecież nasz dług publiczny nie jest aż tak duży na tle innych państw Wspólnoty. Można go więc śmiało powiększać, kumulując deficyty kolejnych budżetów. Później niech martwią się nasi następcy, kolejne pokolenie niech spłaca.

Z jednej strony to prawda. Granicę 100 proc. PKB przekraczają, w kolejności rosnącej: Hiszpania, Belgia, Francja, Włochy i Grecja. Nie są to wzory do naśladowania. Wskazywanie na te państwa można jednak porównać do sytuacji, gdy falę kradzieży usprawiedliwia się wysoką przestępczością w innych częściach Europy czy świata. Prawda, iż to nonsens i głupie pocieszanie.

Po drugie, w naszej Konstytucji zapisano próg 60 proc. dopuszczalnego zadłużenia państwa. Według metodologii unijnej właśnie go przekraczamy, a zdaniem wielu ekspertów dawno już przekroczyliśmy, biorąc pod uwagę niezwykłą zdolność kolejnych ekip do ukrywania zobowiązań w różnych instytucjach typu PFR czy BGK. Ten obyczaj połączył odwiecznych politycznych rywali. Tak czy inaczej, zgodnie z Konstytucją kolejne budżety nie mogą już bardziej zadłużać państwa, ale kogo to obchodzi? Zawsze znajdzie się sposób.

Jeśli kogoś nie przekonuje wysokość długu, to może weźmie chociaż pod uwagę tempo jego przyrostu. Po Finlandii i Bułgarii jesteśmy na podium europejskiego rankingu. Nie są to więc jakieś historyczne zaszłości, nadmiarowe wydatki, których już nie będzie lub z których łatwo jest zrezygnować. Bo jeżeli tak, to dlaczego tak właśnie się nie dzieje, a jest kula śnieżna o coraz większej masie?

I jeszcze mocno ciążące wydatki na zbrojenia w łącznej wysokości 198,1 mld zł, czyli 4,51 proc. PKB. Powszechna jest zgoda, iż to wydatki niezbędne. Z drugiej jednak strony to wygodne usprawiedliwienie deficytu. Zawsze można powiedzieć, iż gdyby na obronność szło, jak dawniej, 2 proc., to budżet wyglądałby lepiej i finansowi fundamentaliści nie podnosiliby larum. Ale tak nie jest, a społeczne zrozumienie dla dozbrajania armii mogłoby dać przyzwolenie na nowy podatek. Wzorem II RP, gdy obowiązywał od 1930 r. podatek wojskowy jako danina płacona przez osoby nieuczestniczące w zasadniczej służbie wojskowej.

Przy okazji, czy rodzina ma nie spłacać kredytu na samochód jako powód podając konieczność zabezpieczenia posesji poprzez wzmocnienie płotu i instalację systemu alarmowego?

Na obronę przyszłorocznego budżetu można powiedzieć, iż nie ma tam kolejnych wielkich transferów socjalnych i już wiadomo, iż stare obietnice, jak wyższa kwota wolna od podatku, nie będą zrealizowane w tej kadencji Sejmu i za tego rządu. Jak na rok wyborczy, to i tak niespodzianka. W tym sensie, biorąc pod uwagę poprzednie doświadczenia z budżetami wyborczymi, ten jawi się jako odpowiedzialny.

Jednak powstaje pytanie, czy urok demokracji polega na tym, iż państwo musi się zadłużać, by spełniać oczekiwania wyborców. Niekoniecznie. W Szwajcarii 25 lat temu wpisano do konstytucji „hamulec zadłużenia”. Nakazuje on władzom federalnym utrzymanie równowagi pomiędzy dochodami a wydatkami. Nie jest to sztywny zakaz generowania deficytu w każdym roku, ale w cyklu koniunkturalnym. Dług narosły w przypadku spowolnienia czy recesji musi być obligatoryjnie spłacony w kolejnych latach. Podobnie jest z ponadnormatywnymi wydatkami, jak to miało miejsce w pandemii. W normalnych warunkach nie ma tu miejsca na deficyt budżetowy.

I co może najważniejsze, taki model nie został Szwajcarii narzucony. Mieszkańcy sami w referendum zagłosowali za „hamulcem zadłużenia”, za tym, aby politycy dla doraźnej korzyści nie wdrażali rozwiązań, za które płacić będą kolejne pokolenia. Tak chciało 85 proc. Szwajcarów! W ślad za szwajcarskim patentem poszły inne kraje. Działa to jakoś w Niemczech, gdzie indziej to czysta teoria. Polska idzie tą złą drogą.

Budżet na 2027 r. jest taki, iż jedni się cieszą, iż brak tam nowego rozdawnictwa, inni martwią, iż nie będą tego rozdawnictwa beneficjentami. Ale na tym nie koniec. Za rok o tej właśnie porze będzie kumulacja kampanii wyborczej i prac nad kolejnym budżetem. Wtedy pęknąć mogą wszelkie hamulce, a odpowiedzialność zejdzie na daleki plan. Partie rządzące będą musiały coś naobiecywać, tym bardziej iż wielu obietnic z poprzednich wyborów nie udało się spełnić.

By się uwiarygodnić, obietnice przyjmą formę zapisów w ustawie budżetowej na 2028 rok. Prawicowa opozycja, w jej nurcie socjalnym, też naobiecuje, bo taka jest logika polskich wyborów, gdzie znaczna część idących do urn kieruje się własną, krótkoterminową korzyścią, a politycy to dobrze wiedzą i skrzętnie wykorzystują.

A więc w przyszłym roku jakoś to będzie, a dalej – obawiam się – tylko już gorzej. Rozwiązania takie jak zrównanie i podniesienie wieku emerytalnego czy kryterium dochodowe przy świadczeniach socjalnych poczekają na górę lodową, w kierunku której niechybnie płyniemy.

Idź do oryginalnego materiału