“Monarch to traktor lepszy niż Tesla, bo jest i elektryczny i będzie pracować sam” – pisał nieco ponad rok temu mój redakcyjny kolega. Pomylił się; autonomiczny ciągnik elektryczny Monarch nie będzie pracował ani sam, ani z operatorem. Nie będzie pracował w ogóle, bowiem projekt został skasowany. Czy fakt ten popchnie pozostałe klocki domina?
Według informacji podanych przez Future Farming, Monarch Tractor zmienia swój model biznesowy, a produkcję i sprzedaż elektrycznych, mogących pracować autonomicznie ciągników porzuca na rzecz opracowywania oprogramowania, autonomii i modeli sztucznej inteligencji dla innych producentów maszyn rolniczych, a w przyszłości także budowlanych. Zmiana, czy może raczej rezygnacja z pewnego profilu działalności firmy, oznacza także zmianę jej nazwy; wszak przede wszystkim komponent “Tractor” przestaje tutaj pasować. od dzisiaj więc będzie nazywała się Zimeno Inc.
Dlaczego Monarch zrezygnował z ciągników?
O marce Monarch Tractor zrobiło się głośno w 2018 roku, kiedy to firma zaprezentowała swój pierwszy elektryczny, w pełni autonomiczny ciągnik. Było to sensacyjne wydarzenie, bo oto nie żaden koncern dysponujący ogromnym budżetem na badania, a relatywnie niewielki start-up (choć z federalnym dofinansowaniem) zaprezentował rewolucyjne wręcz 8 lat temu rozwiązanie. Rzeczywistość okazała się jednak trudna; choroby wieku dziecięcego pierwszych maszyn, wysokie ceny, budowanie od podstaw sieci dealerskiej, szkolenie serwisantów czy problemy logistyczne doprowadziły zarząd do trudnej, ale zdaje się jedynej słusznej decyzji – rezygnacji z ciągników na rzecz udoskonalania swoich możliwości we wspomnianych wcześniej obszarach.
Monarch Tractor powstał w 2018 roku. Po ośmiu latach kończy z produkcją ciągników, fot. MonarchA przecież te są naprawdę imponujące i co najważniejsze, bardzo perspektywiczne; zeszłoroczna Agritechnica pokazała, iż producenci ciągników wyposażają coraz szerszą gamę swych modeli w możliwość pracy autonomicznej. Co więcej, oprogramowanie umożliwiające to kompaktowym modelom z grupy CNH miałoby pochodzić właśnie od Zimenco, wcześniej Monarcha. O chłonności rynku na oprogramowanie nowoczesnego rolnictwa i modele AI, które Zimenco również dostarcza, nie wspominając; na tym bez dwóch zdań można dziś dobrze zarobić.
Koniec z elektrycznymi ciągnikami?
Czy jednak przypadek Monarcha zapoczątkuje efekt kuli śniegowej w kontekście ciągników elektrycznych? Zacznijmy od tego, iż firma stanowiła awangardę w tej kategorii produktów. Bywa tak, iż to właśnie takie firmy ponoszą najwyższą cenę wprowadzania nowej technologii na rynek; zdarza się bowiem, iż zanim klienci przekonają się do nowego rozwiązania, kończy się finansowanie projektu i trzeba zwijać biznes, a z przetartego już szlaku korzystają inni.
John Deere to przykłąd potężnego koncernu, który dopiero raczkuje z ciągnikiem na baterie:
Kolejna rzecz to rozpoznawalność marki dywersyfikacja produkcji; Monarch Tractor był mało znanym start-upem (jak to w przypadku start-upów bywa), stawiającym swój biznes na jednej nodze – elektrycznych ciągników autonomicznych. Bez sieci dealerskiej, bez wyszkolonych serwisantów, bez dodatkowych dochodów pozwalających “pociągnąć” projekt dłużej, zanim zacznie dobrze na siebie zarabiać. Wszystkie te czynniki nie dotyczą koncernów, które przecież z powodzeniem wprowadzają elektryki do swoich ofert. Te jednak stanowią zwykle promile w łącznej produkcji lub są dopiero w powijakach. Jednak czy wiążą z nimi jakieś wielkie nadzieje biznesowe, czy na razie tylko wizerunkowe?
Czy świat potrzebuje elektrycznych ciągników?
Doskonale widzimy, jak zmienia się na świecie klimat polityczny. Za oceanem w branży moto downsizing znów zaczyna ustępować V-ósemkom. Ba, w nowoczesnej, proekologicznej Unii Europejskiej sprzedaż samochodów z napędem czysto elektrycznym spada zamiast rosnąć, a przecież coraz bardziej do zmian zachowań konsumentów metoda marchewki ustępuje metodzie kija.
Napęd elektryczny może mieć sens w przypadku pracujących w budynkach łądowarek. Tam, gdzie dymu po prostu nie chcemy:
O dużych ciągnikach elektrycznych mowy nie ma, te musiałyby być choćby dwukrotnie cięższe (i droższe) od swoich spalinowych odpowiedników, o pozostałych ograniczeniach nie wspominając. Małe mogą być za to z powodzeniem stosowane tam gdzie nie chcemy spalin lub gdzie tych spalin ze względów prawnych być nie może, dlatego też takie ciągniki pojawiają się coraz częściej.
Lovol też chciał mieć w ofercie elektryka. I ma:
To nie koniec elektryków
Coraz częściej, jednak w ofertach dużych graczy choćby ze względu na wspomniane już aspekty wizerunkowe czy to aby stworzyć obraz marki przyjaznej środowisku, czy to aby pokazać, iż nie pozostaje się w tyle w wyścigu zbrojeń. Tymczasem o ile śruba w przypadku ciągników nie będzie dociskana tak jak w przypadku samochodów na Starym Kontynencie, Diesel w ciągniku będzie miał się dobrze, a ciągnik elektryczny przez cały czas będzie dość egzotyczną ciekawostką.

1 miesiąc temu
















