Ceny energii. Bruksela zawiniła, za naprawę zapłacą… narodowe budżety

2 godzin temu

Komisja Europejska chce ratować konkurencyjność przemysłu poprzez obniżki cen energii. Brawo, nareszcie. Problem w tym, iż na tej obniżce stracą głównie budżety narodowe.

Unia Europejska od ponad dekady buduje politykę energetyczną na trzech filarach: dekarbonizacji, subsydiowaniu odnawialnych źródeł i karaniu za emisje. Efekt? Rekordowo wysokie ceny energii elektrycznej osiągające poziomy dwukrotnie wyższe niż w Stanach Zjednoczonych i niemal trzykrotnie wyższe niż w Chinach. To nie przypadek, tylko naturalny efekt unijnej nadregulacji.

ETS windował ceny uprawnień do emisji CO₂ do 70–90 euro za tonę. Polityka wygaszania węgla i promowania OZE wymusiła gigantyczne koszty systemowe: wsparcie dla wiatru i fotowoltaiki, bilansowanie niestabilnych źródeł, rozbudowa sieci, opłaty za efektywność energetyczną – wszystko to lądowało na rachunkach końcowych dla przedsiębiorstw i konsumentów. Do tego dochodziły krajowe obciążenia: akcyza, VAT i różnego rodzaju parapodatki, które w niektórych państwach stanowiły 30–50 proc. ceny prądu. Przykładem mogą być polskie „składniki rachunku”, choćby takie jak opłata za OZE. Pozornie niewielkie, statystyczna rodzina płaci co najwyżej kilkanaście złotych opłaty na OZE rocznie, w sumie budowały wysokie rachunki za energię.

Efekt był przewidywalny, choć przez biurokratów lekceważony. Europa stała się najdroższym miejscem do prowadzenia energochłonnej produkcji na świecie. Deindustrializacja postępuje, a inwestorzy i przedsiębiorcy uciekają tam, gdzie łączne rachunki za energię są po prostu niższe.

I nagle, w lutym 2026 roku, Komisja Europejska odkrywa – uwaga – iż energia elektryczna jest „kluczowym nośnikiem czystej energii”, a nie produktem zanieczyszczającym. Wyciek projektu zalecenia (Affordable Energy Action Plan / Clean Industrial Deal) brzmi jak przyznanie się do błędu bez mówienia tego wprost. Co więcej, projekt dokumentu proponuje się radykalne obniżenie podatków i opłat dodatkowych obciążających energię. Obniżka VAT do minimum unijnego, redukcja lub zerowanie akcyzy (zwłaszcza dla przemysłu), przeniesienie większości opłat systemowych (OZE, sieci, efektywność) z rachunków za prąd na… ogólny budżet państwa.

Czyli co? Przez lata Bruksela narzucała drogie zielone cele, opłaty za emisje i subsydia dla wiatraków – a koszty przerzucała na rachunki obywateli i firm. Teraz, gdy konkurencyjność wisi na włosku, a odpływ produkcji stał się faktem, proponuje się obniżki podatków i opłat… tyle iż tym razem koszty mają wziąć na siebie narodowe budżety.

To klasyczny mechanizm polityki unijnej, najpierw narzucić kosztowne reguły i cele, potem – gdy zrobi się naprawdę gorąco – pozwolić krajom, by same gasiły pożar, najlepiej z własnej kieszeni. Niższy VAT i akcyza? Mniej wpływów do budżetu. Przeniesienie opłat OZE i sieciowych na budżet centralny? Kolejne setki milionów lub miliardy euro rocznie do dokładania z podatków PIT, CIT, akcyzy od paliw czy czegokolwiek innego.

Obniżony VAT i akcyza uderzą nie w budżet UE, ale w budżety narodowe. A trudno przypuszczać, żeby w Polsce, w obliczu zapaści finansów publicznych, ktokolwiek spieszył się do obniżania podatków i przejmowania na budżet opłat wspierających rozwój OZE.

Europejski podatnik i tak zapłaci za sugerowane obniżki cen energii elektrycznej – tylko droga będzie inna: nie przez rachunek za energię, ale przez deficyt i podatki pośrednie. To nie jest korekta polityki. To jest PR-owa łatka na strukturalny problem, który sama Unia sobie stworzyła. Najpierw podnieść ceny energii o kilkadziesiąt procent w imię klimatu, potem – w imię konkurencyjności – powiedzieć „no dobrze, obniżcie sobie ceny, ale z własnej kieszeni”. I jeszcze przedstawić to jako odważną, pro-przemysłową inicjatywę.

Ktoś w Brukseli najwyraźniej zdał sobie sprawę, iż zielona transformacja bez konkurencyjnej ceny energii po prostu się nie uda. Tyle iż zamiast przyznać, iż cały model cenotwórczy i kosztowy został źle zaprojektowany, woli przerzucić ciężar z jednego worka (rachunki za prąd) do drugiego (budżety narodowe). A rachunek i tak przyjdzie – tylko z innej kieszeni.

Europa płaci za ideologiczną politykę energetyczną dwa razy. Najpierw wysokimi rachunkami. Potem wysokimi deficytami i podatkami, żeby te rachunki obniżyć. Brawo. Eleganckie. Ale w gruncie rzeczy – tak samo szkodliwe.

Idź do oryginalnego materiału