Rynek w ostatnim czasie robi coś, co na pierwszy rzut oka kompletnie się nie klei. Z jednej strony inflacja znowu przyspiesza i to choćby zanim ropa wybiła powyżej 100 dolarów za baryłkę. Wygląda to więc tak, jakby banki centralne miały coraz większy problem z powrotem do obniżek stóp procentowych.
Z drugiej strony spółki technologiczne pokazują wyniki tak dobre, iż jeszcze kilka kwartałów temu byłyby traktowane jako absolutnie absurdalne, a mimo to rynek reaguje na nie spadkami.
Do tego dochodzi geopolityka, sztuczna inteligencja, konflikty gigantów i coraz większy chaos w globalnym systemie finansowym.
Czy to wszystko to po prostu szum po trzech latach hossy, czy jednak rynek zaczyna wysyłać sygnał, iż coś naprawdę się zmienia? Jest sporo niedomówień, ale właśnie po to jest ten Finweek. Zapraszam!
Chaos na rynkach. Inflacja rośnie, a giełda ignoruje dobre wyniki spółek!
Inflacja producentów w USA znowu przyspiesza
Inflacja mierzona wśród amerykańskich producentów niespodziewanie przyspieszyła i stało się to jeszcze zanim świat odczuł skutki wojny w Iranie oraz gwałtownego skoku cen ropy. Najnowsze dane o wskaźniku PPI za luty pokazują, iż presja cenowa w łańcuchach dostaw była silna już wcześniej, co stawia bankierów centralnych w dość trudnej sytuacji.

PPI to taki miernik inflacji „blisko fabryk”. Pokazuje on, o ile drożej producenci muszą płacić za surowce, półprodukty i usługi potrzebne do prowadzenia biznesu. PPI często jest uznawany za wskaźnik wyprzedzający dla CPI, bo producenci są szybciej w łańcuchu wartości. jeżeli te koszty rosną, to zwykle po jakimś czasie trafiają one do kieszeni zwykłych konsumentów w postaci wyższych cen na sklepowych półkach.
Z najnowszych danych w USA wynika, iż ceny producentów wzrosły w lutym o 0,7% w porównaniu do poprzedniego miesiąca. To wynik wyższy niż styczniowe 0,5% i jednocześnie wyższy, niż spodziewali się analitycy. choćby jeżeli wyłączymy z tego zestawienia najbardziej zmienne kategorie, czyli żywność i energię, otrzymując tzw. inflację bazową, wzrost wyniósł 0,5%, czyli też powyżej prognoz.
Co dokładnie podbiło ten wynik? Za ponad połowę wzrostu odpowiadały drożejące usługi. Więcej musieliśmy zapłacić za noclegi w hotelach, usługi inwestycyjne czy hurtową sprzedaż żywności. Same ceny żywności zaliczyły największy skok od połowy 2021 roku, głównie przez niemal 49-procentowy wystrzał cen warzyw.

Najważniejszy wniosek płynący z tego raportu jest jednak inny. Jak zauważają ekonomiści, te „gorące” dane pochodzą z okresu sprzed wybuchu wojny w Iranie. Oznacza to, iż nasilająca się presja inflacyjna wśród producentów już „siedziała” w systemie, zanim ropa naftowa przebiła poziom 100 dolarów za baryłkę. Teraz, gdy ceny energii poszybowały w górę, sytuacja może stać się jeszcze trudniejsza.
Dla amerykańskiego banku centralnego to twardy orzech do zgryzienia. Składowe PPI wchodzą w skład wskaźnika PCE – ulubionej miary inflacji, na której Fed opiera swoje decyzje o wysokości stóp procentowych. jeżeli koszty produkcji rosną tak szybko, to szanse na szybsze poluzowanie polityki pieniężnej maleją, co zresztą było już słychać w ostatnich wypowiedziach członków Fed i w wypowiedziach jeszcze przewodniczącego Powella na ostatniej konferencji po utrzymaniu stóp na obecnym poziomie.
Tym bardziej iż do układanki trzeba dodać wzrost cen ropy, który, jeżeli utrzyma się na obecnym poziomie dłużej niż miesiąc, wywoła jednorazowe podbicie m/m dla PPI o kolejne 0,7 punktu procentowego. Tak, szoki cenowe dla ropy naftowej zawsze są relatywnie krótkie, a sama ropa nie jest strukturalnie zdolna do długoterminowego wzrostu cen, bo ma mechanizm samoregulujący, ale takie szoki w zupełności wystarczają do tymczasowego usztywnienia się banku centralnego w redukcji stóp. Efekt jest taki, iż konsensus obniżek na ten rok zmalał do jednej, gdy jeszcze niedawno dywagowano o trzech, ale zanim zaczniecie panikować, pamiętajcie, iż dla rynków akcji co do zasady wolne obniżki stóp są tożsame z rynkowymi wzrostami, w przeciwieństwie do szybkich i mocnych obniżek, które najczęściej nie są efektem dostosowania się polityki do gospodarki, ale reakcją defensywną na recesję.
Nvidia i bilion dolarów z AI
W świecie technologii działy się jednak o wiele ciekawsze rzeczy niż jakieś tam inflacje. Coroczna konferencja GTC od Nvidia, gdzie Jensen Huang postawił na stole bilion dolarów. Tysiąc miliardów dolarów przychodów. Tak, dobrze słyszycie. Nvidia spodziewa się wygenerować łącznie bilion dolarów przychodu ze sprzedaży procesorów AI do 2027 roku. Uczulam na słowo „łącznie”. To nie są przychody do osiągnięcia w rok, ale łącznie z konkretnej linii produktowej, i to i tak jest abstrakcyjna prognoza. w tej chwili roczne przychody Nvidia sięgają około 216 miliardów dolarów, ale w to wchodzi wszystko, co Nvidia produkuje. Również gaming i tym podobne segmenty.

Tymczasem Huang wprost mówi, iż spodziewa się osiągać przychody liczone w skali ponad pół biliona rocznie jeszcze w 2029 roku.
Jensen niezmiennie twierdzi, iż popyt na moc obliczeniową nie słabnie ani trochę. Nvidia pokazała konkretną mapę drogową, gdzie nowy prognozowany bilion dolarów przychodu to przedłużenie i podwojenie wcześniejszych założeń, które mówiły o 500 miliardach do końca 2026 roku.

Napędzać mają to głównie zamówienia na obecne układy Blackwell oraz nadchodzącą nowość, czyli platformę Vera Rubin, która zadebiutuje w drugiej połowie 2026 roku. Po niej przyjdzie czas na generację Feynman, wyposażoną w jeszcze szybszą, specjalnie dostosowaną pamięć o wysokiej przepustowości.
Jedną z najciekawszych nowości jest włączenie do oferty układu Groq 3 LPU. Żeby zrozumieć wagę tego, należy rozróżnić dwa procesy w świecie AI. Pierwszy to trenowanie modeli, w czym Nvidia dominuje od dawna. Drugi to wnioskowanie, angielskie inference, czyli moment, w którym AI faktycznie generuje odpowiedź na nasze pytanie.
LPU, czyli Language Processing Unit, to układ wyspecjalizowany w tym drugim kroku. Dzięki wbudowanej, bardzo szybkiej pamięci pozwala on generować tekst niemal natychmiastowo. Nvidia zamierza oferować go jako koprocesor, który odciąży główne jednostki od prostszych, tekstowych zadań, pozwalając im skupić się na bardziej złożonych operacjach. Układy te, oparte na technologii przejętego niemal w całości start-upu Groq, będą produkowane przez Samsunga w technologii 4 nanometrów.
Nvidia nie chce już być więc kojarzona wyłącznie z GPU. Firma zaczyna też wracać mocniej do segmentu jednostek centralnych CPU, czyli na teren, który od lat był domeną Intela i AMD.
Wraz z rosnącą złożonością systemów AI coraz trudniej jest zarządzać pracą tysięcy połączonych układów, a CPU pełni tu rolę dyrygenta.
Konferencja pokazała przede wszystkim, iż Nvidia staje się dostawcą kompletnych ekosystemów i coraz bardziej stara się uzależnić klientów od swoich produktów, a to wszystko przy stale stałej cenie na kursie akcji, niezmiennej już od ośmiu miesięcy. Efektywnie doprowadziło to do tego, iż jedna z największych firm świata, która prognozuje jedną z największych dalej w historii ścieżek wzrostu, jest dziś paradoksalnie na jednych z najniższych wskaźników wyceny w całej swojej ostatniej niemal pięcioletniej hossie. Sprawny inwestor wie, co w takim wypadku robić.
Micron, pamięci HBM i dziwna reakcja rynku
Tak dynamiczny rozwój biznesu Nvidia pociąga za sobą rozwój pozostałych sektorów. W tym również segment pamięci komputerowej, która stała się ostatnio jednym z najgorętszych towarów na świecie, a firmy takie jak SK Hynix czy Micron wyciskają z tego trendu każdą kropelkę zysku. Świeżo opublikowane wyniki Microna są do tego wystarczającym dowodem.

Amerykański producent pokazał przychody, które niemal się potroiły, skacząc z 8 miliardów dolarów rok temu do prawie 24 miliardów dolarów obecnie. Zysk netto wystrzelił do poziomu 13,8 miliarda dolarów. Dla porównania, rok temu o tej samej porze firma zarobiła „zaledwie” 1,6 miliarda.

Skąd tak drastyczna zmiana? Odpowiedź jest taka sama: sztuczna inteligencja. Deweloperzy AI potrzebują ogromnych ilości pamięci, bo to ona pozwala modelom i „agentom” zapamiętywać informacje i uczyć się na podstawie przeszłych doświadczeń. Popyt jest tak wielki, iż producenci nie nadążają z dostawami, co z kolei pozwoliło Micronowi na drastyczne podwyżki cen.
Aby zrozumieć ten fenomen, musimy spojrzeć na dwa główne produkty firmy: DRAM i NAND.
DRAM: To pamięć operacyjna, „krótkotrwała”. Jest kluczowa dla szybkości działania systemów AI. Ceny tego typu chipów wzrosły o ponad 60%.
NAND: To pamięć trwała, służąca do przechowywania danych. Tu podwyżki były jeszcze większe i sięgnęły ponad 75%.
Szczególną rolę odgrywa teraz pamięć o wysokiej przepustowości, czyli HBM. Micron produkuje w tej chwili masowo nową generację tej pamięci, HBM4, a rynek zastanawia się teraz głównie, czy Nvidia w swojej najnowszej linii produktów, Vera Rubin, postawi właśnie na Microna, czy na jego azjatyckich konkurentów: Samsunga i SK Hynix.
Przy takich wynikach kurs akcji powinien logicznie choćby nie tyle rosnąć, co wyskoczyć sufitem, a tymczasem po publikacji akcje Microna spadły o około 5%. Dlaczego? Bo inwestorzy sami nie wiedzą, czego chcą.

Chcą, żeby firma dalej potrajała przychody i chcą wierzyć, iż AI ma się świetnie, ale jednocześnie nie chcą, żeby firmy powiększały swoje moce produkcyjne i wydawały pieniądze. Logicznie, nie? Lol!
Firma ogłosiła, iż w tym roku wyda na inwestycje ponad 25 miliardów dolarów, a w 2027 roku te wydatki wzrosną o kolejne 10 miliardów. Budowa nowoczesnych clean-roomów, czyli sterylnych hal produkcyjnych, jest niewyobrażalnie droga. Giełda więc boi się, iż inwestycje mogą „zjeść” wypracowaną gotówkę, jeżeli koniunktura nagle by siadła. Całość sprowadza się do tego, czy „siądzie”. jeżeli wierzysz Jensenowi Huangowi, to wierzysz, iż nie siądzie. jeżeli nie wierzysz Huangowi, tylko użytkownikowi CiamCiaram3321 z Twittera, to wtedy wierzysz, iż siądzie. Sam musisz wybrać, komu wierzysz.
Analitycy są jednak zgodni, iż niedobory pamięci nie znikną szybko. Przewiduje się, iż moce produkcyjne będą wyprzedane na cały przyszły rok, a wysokie ceny utrzymają się przynajmniej do końca 2027 roku. Ryzykiem pozostaje sytuacja polityczna, bo ewentualne problemy z dostawami helu wywołane wojną w Iranie mogłyby uderzyć w cały sektor półprzewodników.
Na ten moment Micron wydaje się jednak paradoksalnie tani na tle reszty branży technologicznej. Spółka jest wyceniana na mniej niż 10-krotność przewidywanych zysków, podczas gdy średnia dla Nasdaq 100 jest ponad dwa razy wyższa. Trzeba jednak pamiętać, iż taka wycena w przypadku spółek mocno cyklicznych jak Micron nie jest taka prosta. W ich przypadku bardzo często wycena jest najniższa właśnie w czasie szczytu hossy, bo rynek wie, iż jak przyjdzie gorszy okres, to te zyski nie tylko przestaną rosnąć, ale wręcz mogą się zawalić, a marża może się skurczyć do zera.
JD.com wchodzi w jachty. Chiny celują w kolejną branżę?
Może na przykład kupisz sobie akcje JD.com, której założyciel wchodzi w sektor jachtów. Być może więc Chiny celują w zjedzenie kolejnej europejskiej branży po OZE i EV?
Richard Liu chce, żeby jacht przestał kojarzyć się wyłącznie z luksusem dla wybranych i stał się produktem dostępnym dla zwykłej, chińskiej rodziny. Twórca JD.com właśnie ogłosił powstanie nowej, niezależnej marki Sea Expandary, która ma zrewolucjonizować ten rynek.

Liu na start wyłożył 5 miliardów juanów, czyli około 690 milionów dolarów. Sam przyznaje, iż tak ogromna kwota jest niezbędna, jeżeli chce się realnie rywalizować z globalną czołówką producentów, którzy dominują w branży od dekad. Sea Expandary nie zamierza jednak budować kolejnych „pływających pałaców” dla miliarderów. Ich celem są jednostki w stu procentach ekologiczne, oparte na zielonych technologiach, a przy tym przystępne cenowo dla przeciętnego gospodarstwa domowego.
Strategia firmy jest kompleksowa i przypomina model, który pozwolił Chinom zdominować rynek aut elektrycznych, EV. Sea Expandary zamierza kontrolować cały proces. Zaczynając od prac badawczo-rozwojowych, przez produkcję w nowej bazie w Zhuhai, aż po sprzedaż i usługi serwisowe. Co więcej, marka planuje budowę i obsługę marin, czyli specjalnych portów dla jachtów. To najważniejszy ruch. Liu rozumie, iż aby sprzedać łódź, musi najpierw zapewnić klientom miejsce, gdzie będą mogli ją bezpiecznie zaparkować i z niej korzystać.
Dane z chińskiego ministerstwa transportu pokazują, iż grunt pod tę inwestycję jest wyjątkowo podatny. W ciągu zaledwie trzech lat liczba jachtów w Chinach wzrosła z 4,5 tysiąca do blisko 10 tysięcy sztuk. Szybki wzrost gospodarczy stworzył liczną klasę średnią, która coraz chętniej wydaje pieniądze na nowoczesne formy spędzania wolnego czasu. Choć sam Richard Liu nie będzie zarządzał firmą na co dzień, skupiając się na JD.com, strategiczne wsparcie rządów w Shenzhen i Zhuhai sugeruje, iż Sea Expandary to projekt o ogromnym potencjale ekspansji.
To pokazuje coś ekstremalnie istotnego dla przyszłości światowej gospodarki. Po tym, jak Chińczycy zdominowali takie branże jak panele fotowoltaiczne, drony, czujniki lidar czy samochody elektryczne, teraz przychodzi czas na jachty i to prawdopodobnie nie jest ich ostatnie słowo. Efekty skali połączone z agresywną polityką chińskiego rządu i apetytem na ekonomiczną rywalizację z USA sprawiają, iż dziś praktycznie żaden zaawansowany biznes hardwarowy na Zachodzie nie może czuć się bezpiecznie, bo prawdopodobnie zmierzy się z chińskim konkurentem, który będzie tańszy i bardziej elastyczny. To nie znaczy, iż Chińczycy wszędzie wygrają, ale na pewno w wiele miejsc przyjdą.
Najlepsze jest to, iż dla odmiany biznesy softwarowe są zagrożone przez rozwój AI. Nikt dziś nie jest więc bezpieczny.
Znajdziesz tam więcej wartościowych treści o inwestowani, giełdzie i rynkach.
DNA Rynków – merytorycznie o giełdach i gospodarkach
OpenAI, Microsoft i walka o kontrolę nad AI
Jak się okazuje, choćby OpenAI, lider świata AI, nie jest bezpieczny, bo niedługo dostanie pozew od… Microsoftu! Swojego głównego partnera biznesowego. Przynajmniej do tej pory.
Małżeństwo z rozsądku między Microsoftem a OpenAI właśnie przechodzi najpoważniejszy kryzys w swojej historii. Obie firmy szły dotąd ramię w ramię, ale najnowsze doniesienia wskazują, iż w tym związku zaczęło brakować zaufania, a w grę weszły prawnicze groźby i miliardy dolarów.
Zacznijmy od tego, co dzieje się wewnątrz OpenAI. Firma, która stworzyła ChatGPT, przechodzi właśnie dużą zmianę strategii. Kierownictwo, z Samem Altmanem na czele, ogłosiło pracownikom, iż czas na porządki. OpenAI zamierza uciąć poboczne projekty, które dotąd rozpraszały ich uwagę. Zamiast eksperymentować na wielu polach, chcą rzucić wszystkie siły na to, co przynosi realne korzyści biznesowe: narzędzia do kodowania oraz obsługę klientów korporacyjnych. To sygnał, iż start-up dojrzewa i zaczyna twardo liczyć koszty. Zwłaszcza iż mimo niedawnego zebrania 110 miliardów dolarów od inwestorów wciąż potrzebuje gigantycznych funduszy na utrzymanie swoich modeli.
Prawdziwa burza rozpętała się na linii OpenAI – Microsoft. Ten drugi rozważa wejście na drogę sądową przeciwko swojemu partnerowi oraz Amazonowi, gdzie kością niezgody ma być nowa umowa OpenAI z Amazonem warta 50 miliardów dolarów. Microsoft, który od lat był wyłącznym dostawcą chmury dla OpenAI, czyli platforma Azure, uważa, iż ich partner próbuje sprytnie ominąć warunki kontraktu, jaki podpisało z Microsoftem.
O co dokładnie chodzi w tym sporze? Musimy tu wyjaśnić dwa techniczne pojęcia, które stały się zarzewiem konfliktu: stateless i stateful działanie modeli AI.
Większość firm korzysta z technologii OpenAI przez tzw. API – to rodzaj cyfrowej „wtyczki”, która pozwala zewnętrznym programom łączyć się ze sztuczną inteligencją. Umowa z Microsoftem mówi jasno: każda taka „wtyczka” musi przechodzić przez chmurę Azure. Jednak OpenAI wraz z Amazonem chcą oferować nowy produkt o nazwie „Frontier”, czyli system niezależnych agentów AI, poprzez platformę Amazona.
OpenAI twierdzi, iż ich nowe rozwiązanie jest stateful, czyli posiada własną pamięć i kontekst działania, co według ich prawników sprawia, iż nie jest to zwykłe API, a więc mogą je oferować na konkurencyjnym AWS. Microsoft odpowiada krótko: to naciągana teoria, która łamie ducha ich porozumienia. Sprawa jest tak napięta, iż pracownicy Amazona dostali choćby zakaz używania sformułowań, iż ich system „daje dostęp” do modeli OpenAI, by dodatkowo nie prowokować prawników Microsoftu.
Do tego dochodzi trwający już proces z Elonem Muskiem, który oskarża firmę o porzucenie misji non-profit, i ostra konkurencja ze strony Anthropic, który zaczął rosnąć znacznie szybciej od twórcy ChatGPT. Dla OpenAI kolejny sądowy front to ostatnia rzecz, której teraz potrzebują. Wygląda na to, iż w świecie wielkich technologii lojalność kończy się tam, gdzie zaczyna się walka o kontrolę nad przyszłością AI i miliardy z usług chmurowych. Trzeba jednak przyznać, iż Sam Altman te rozgrywki opanował do perfekcji.
S&P 500 na blockchainie i całodobowe inwestowanie
Gdy już OpenAI będzie notowane na giełdzie, to dopiero będzie ciekawie. Tym bardziej iż inwestowanie niedługo stanie się całodobowe. Właściciel indeksu S&P 500, firma S&P Dow Jones Indices, oficjalnie udzieliła licencji na stworzenie pierwszego w historii uregulowanego kontraktu typu perpetual, który będzie dostępny na giełdzie kryptowalut Hyperliquid.
Co to oznacza w praktyce? Przede wszystkim to, iż handlować największym amerykańskim indeksem będzie można 24 godziny na dobę, przez siedem dni w tygodniu. To część większego trendu na Wall Street, gdzie tradycyjne aktywa, takie jak akcje czy obligacje, są przenoszone na blockchain i zamieniane w cyfrowe tokeny.
Kluczowym pojęciem są tutaj kontrakty terminowe typu perpetual. W przeciwieństwie do zwykłych kontraktów, które znamy z tradycyjnej giełdy, te nie mają daty wygasania. Inwestor może trzymać taką pozycję w nieskończoność, a kontrakt nie posiada sztywnej ceny wykonania. To, co jednak najbardziej elektryzuje rynek, to dostęp do ogromnej dźwigni finansowej. Firma stojąca za tym rozwiązaniem zapowiada lewar na poziomie choćby 50:1. Mówiąc prościej: mając tysiąc dolarów, możesz obracać kapitałem rzędu pięćdziesięciu tysięcy. To potężne narzędzie do generowania dużych zysków, ale trzeba pamiętać, iż przy tak wysokim ryzyku jeden fałszywy ruch może błyskawicznie wyzerować cały rachunek.
Dlaczego S&P 500 trafia na platformę kojarzoną z kryptowalutami? To odpowiedź na potrzeby nowoczesnych inwestorów, którzy chcą reagować na wydarzenia ze świata natychmiast, a nie dopiero po otwarciu sesji w Nowym Jorku. Doskonale było to widać podczas ostatnich napięć na Bliskim Wschodzie, gdy tradycyjne rynki były zamknięte w weekendy, a handel kontraktami na ropę WTI na Hyperliquid kwitł w najlepsze. Teraz ten sam mechanizm obejmie amerykański rynek akcji, choć warto zaznaczyć, iż w tej chwili mieszkańcy USA nie mają jeszcze dostępu do tej platformy. To wyraźny sygnał, iż granica między światem krypto a tradycyjnymi finansami coraz bardziej się zaciera.
Australia podnosi stopy procentowe wbrew reszcie świata
A teraz szybka zmiana geografii. Lecimy do Australii, która niespodziewanie podniosła stopy procentowe, stając się jedynym rozwiniętym państwem, które w 2026 roku zamiast ciąć koszty kredytu zdecydowało się na kolejną podwyżkę stóp procentowych. Wyłączamy z tego zestawienia Japonię, która jest innym światem w polityce monetarnej. Podczas gdy reszta świata zastanawia się, kiedy pieniądz zacznie tanieć, Bank Rezerw Australii, RBA, idzie pod prąd, walcząc z wyjątkowo upartą inflacją.

Decyzja nie była jednomyślna. Dziewięcioosobowy komitet podzielił się niemal po równo stosunkiem głosów pięć do czterech i zdecydowano o podniesieniu głównej stopy o 25 punktów bazowych, czyli z poziomu 3,85% do 4,1%. To już druga podwyżka z rzędu, co w praktyce oznacza, iż bank centralny wycofuje się z większości ubiegłorocznych obniżek.
Skąd ta nagła zmiana kursu? Szefowa RBA, Michele Bullock, wskazuje przede wszystkim na rosnące ceny energii wywołane konfliktem na Bliskim Wschodzie. Kiedy cena ropy przebija 100 dolarów za baryłkę, bankierzy zaczynają obawiać się tzw. efektów drugiej rundy. W prostych słowach: nie chodzi tylko o to, iż paliwo na stacjach jest droższe. Problem pojawia się wtedy, gdy wysokie koszty transportu i energii przenoszą się na ceny chleba, usług fryzjerskich czy materiałów budowlanych, utrwalając drożyznę w całej gospodarce.
Australia znajduje się w trudniejszym położeniu niż na przykład USA, ponieważ, jak zauważyła gubernator Bullock, wystartowała z poziomu wyższego popytu. Mówiąc po ludzku: tamtejsza gospodarka była zbyt rozgrzana, a ludzie kupowali więcej, niż system był w stanie dostarczyć. w tej chwili prognozy inflacji są niepokojące. Skarbnik państwa ostrzega, iż może ona przekroczyć 4,5%, a niektórzy ekonomiści spodziewają się choćby 5%, co jest wynikiem znacznie powyżej celu banku, czyli 2–3%.
Reakcja rynków była natychmiastowa. Australijski dolar wyraźnie się umocnił, stając się najlepiej radzącą sobie walutą wśród dziesięciu najważniejszych gospodarek świata w tym roku. Inwestorzy już teraz obstawiają, iż to nie koniec i w maju stopy mogą wzrosnąć do 4,35%. Australia pokazuje więc reszcie świata, iż walka z inflacją to maraton, w którym nie ma miejsca na przedwczesne ogłaszanie zwycięstwa.

Do zarobienia,
Piotr Cymcyk

5 godzin temu
Obserwuj 






