Chiński rynek akcji przeżywa najciekawszy moment od dekady — i paradoksalnie, najważniejszym jego uczestnikiem nie są teraz inwestorzy, ale regulatorzy. Po dwóch latach dwucyfrowych wzrostów na giełdach w Szanghaju i Shenzhen Pekin zdecydował, iż hossa musi trwać, ale na jego warunkach. Dominującą narracją rynkową stała się koncepcja „slow bull” (慢牛) – „powolnego byka” – czyli wzrostu kontrolowanego, stopniowego i opartego na fundamentach, a nie spekulacyjnej gorączce.
To, co rozgrywa się na chińskim rynku kapitałowym w pierwszych tygodniach 2026 roku, to jeden z najambitniejszych eksperymentów regulacyjnych w historii globalnych finansów: próba jednoczesnego schładzania spekulacji i podtrzymywania hossy.
Kontekst tej interwencji jest czytelny
Shanghai Composite Index na początku stycznia przebił poziom 4 100 punktów — najwyższy od dziesięciu lat. Dzienny obrót na giełdach kontynentalnych osiągnął rekordowe 3,99 biliona juanów w pojedynczej sesji, ponad trzykrotnie przekraczając pięcioletnią średnią. Salda transakcji lewarowanych biły kolejne historyczne rekordy. Akcje spółek powiązanych ze sztuczną inteligencją, technologią kosmiczną i robotyką rosły w tempie oderwanych od fundamentów – niektóre debiuty giełdowe notowały siedmiusetkrotne wzrosty w dniu wejścia na parkiet. Rynek wysyłał wszystkie klasyczne sygnały przegrzania, a w pamięci instytucjonalnej Pekinu wciąż żywo obecna jest trauma z 2015 roku, kiedy spekulacyjna bańka zakończyła się 40-procentowym krachem w zaledwie dwa miesiące.
Tym razem jednak reakcja regulatorów jest diametralnie inna – nie paniczne zamrażanie rynku, ale seria precyzyjnie skalibrowanych posunięć, zapowiadanych z wyprzedzeniem i wprowadzanych stopniowo.
Pierwszym i najbardziej odczuwalnym narzędziem było zaostrzenie wymagań depozytowych. Od 19 stycznia giełdy w Szanghaju, Shenzhen i Pekinie podniosły minimalny depozyt zabezpieczający dla nowych pozycji lewarowanych z 80 do 100 procent. W praktyce inwestor z milionem juanów kapitału może teraz pożyczyć od brokera najwyżej milion zamiast dotychczasowych 1,25 miliona – zmiana z pozoru kosmetyczna, ale przy skali chińskiego rynku przekładająca się na setki miliardów juanów mniejszego lewaru w systemie. Co istotne, regulatorzy objęli nowymi zasadami wyłącznie nowe kontrakty, pozostawiając istniejące pozycje i ich rolowania pod starymi regułami. To świadome ograniczenie ryzyka wymuszonej wyprzedaży – lekcja wyciągnięta wprost z katastrofy sprzed jedenastu lat.
Drugim, bardziej dramatycznym krokiem było fizyczne wypchnięcie traderów wysokiej częstotliwości z giełdowej infrastruktury. Regulatorzy nakazali brokerom usunięcie serwerów klientów HFT z centrów danych giełd – odbierając firmom kwantowym milisekundową przewagę, która stanowiła rdzeń ich modelu biznesowego. Giełda Shanghai Futures Exchange dała brokerom czas do końca lutego na relokację sprzętu. Zmiana uderza zarówno w krajowe fundusze kwantowe, zarządzające aktywami szacowanymi przez Citic Securities na 1,55 biliona juanów, jak i w globalnych graczy pokroju Citadel Securities, Jane Street Group czy Jump Trading. „Wcześniej byłeś w domu. Teraz wyrzucają cię za drzwi” – skomentował anonimowo jeden z uczestników rynku w rozmowie z Reutersem.
Shane Oliver, główny ekonomista AMP, ujął intencję regulatorów wprost: „Woleliby więcej traderów w stylu Warrena Buffetta, skupionych na wartości, niż handlu wysokiej częstotliwości, który postrzegają jako spekulacyjny.”
„Finfluenserzy” na celowniku władz
Trzeci front to bezprecedensowa kampania egzekucyjna. W ciągu zaledwie jednego miesiąca giełdy w Szanghaju i Shenzhen rozpatrzyły ponad dwa tysiące przypadków nieregularnego handlu, w tym schematy „pump-and-dump” i spoofing – miesięczny rekord. Regulatorzy nałożyli karę 41 milionów juanów na lokalny fundusz hedgingowy za nielegalne pozyskiwanie funduszy. W głośnej sprawie z 20 stycznia influencer Jin Yongrong został ukarany grzywną 83 milionów juanów za manipulację rynkiem. Platforma inwestycyjna Xueqiu zablokowała 22 konta za dezinformację. Władze wzięły na celownik cały ekosystem giełdowych „finfluencerów” – osób bez licencji doradczej, które w mediach społecznościowych udzielają rekomendacji milionom nowych inwestorów przyciągniętych modą na spółki z sektora AI. Jak informuje Nikkei Asia, wielu traderów otrzymało bezpośrednie telefony ostrzegawcze od regulatorów, a niektórym po prostu zamrożono konta.
Szczególnie wymowny jest czwarty element układanki: postawa państwowych funduszy inwestycyjnych, potocznie zwanych „drużyną narodową”. Tradycyjnie wkraczały one na rynek jako kupujący ostatniej instancji w momentach paniki. Tym razem odwróciły rolę — sprzedawały, żeby ostudzić entuzjazm. ETF-y, wykorzystywane przez państwowy fundusz Central Huijin jako narzędzie interwencji, odnotowały w styczniu odpływ netto przekraczający 700 miliardów juanów. Laura Wang, główna strateg Morgan Stanley ds. chińskich akcji, oceniła tę taktykę jako skuteczną: sprzedaż „drużyny narodowej” jej zdaniem „hamuje, ale nie zabija pozytywnej dynamiki rynku, która jest na dobrych torach”.
Wyraźna wizja polityczna
Za tymi technicznymi posunięciami stoi wyraźna wizja polityczna. W przemówieniu opublikowanym w styczniu prezydent Xi Jinping nakreślił plan budowy silnego systemu finansowego, wspieranego przez „potężnych regulatorów” i dążącego do zapewnienia juanowi „statusu globalnej waluty rezerwowej„. Stabilny, rosnący rynek akcji jest w tej wizji nie celem samym w sobie, ale narzędziem — finansowania technologicznego awansu, budowania zamożności klasy średniej i przyciągania zagranicznego kapitału, który przez ostatnie lata masowo odpływał z Chin.
I właśnie ten kapitał zaczyna wracać. Zagraniczne zasoby chińskich akcji wspięły się do czteroletnich maksimów. Goldman Sachs prognozuje wzrost indeksu MSCI China o 20 procent do końca roku, a CSI 300 o 12 procent – do poziomu 5 200. Bank spodziewa się przyspieszenia wzrostu zysków chińskich spółek do 14 procent w latach 2026-2027, wobec zaledwie 4 procent w roku ubiegłym. Goldman Sachs Research szacuje wzrost realnego PKB Chin na 4,8 procent w 2026 roku, powyżej konsensusu na poziomie 4,5 procent. Chińskie akcje wyceniane są na nieco ponad 10-krotność przyszłych zysków w indeksie Hang Seng China Enterprises – wobec ponad 22-krotności dla S&P 500 – co tworzy dyskonto trudne do zignorowania przez globalnych zarządzających szukających dywersyfikacji poza dolarem.
Obraz nie jest jednak pozbawiony cieni. Wstępne dane o zyskach za czwarty kwartał 2025 roku pokazują „istotne pogorszenie”, a konsumpcja wewnętrzna pozostaje słaba. Część analityków zwraca uwagę, iż dotychczasowa hossa była napędzana bardziej wyceną i płynnością niż realną poprawą fundamentów – a przejście do rally opartego na zyskach, którego oczekują Goldman Sachs i Dongxing Securities, nie jest przesądzone.
Fundamentalne pytanie brzmi więc, czy Pekin zdoła „nawlec nitkę przez igłę” – wyhamować spekulację, nie przerywając hossy, która po latach rynkowej posuchy przywróciła zaufanie inwestorów. Dotychczasowe sygnały są obiecujące: rynek przyjął zaostrzenia regulacyjne bez paniki, indeksy utrzymują się w okolicach dekadowych szczytów, a ton komentarzy instytucjonalnych pozostaje konstruktywny. Ale historia chińskiego rynku kapitałowego to historia dobrych intencji regulatorów, które wielokrotnie kończyły się niezamierzonymi konsekwencjami. Czy tym razem będzie inaczej — to pytanie, które zdefiniuje nie tylko 2026 rok, ale i długoterminową wiarygodność Chin jako rynku kapitałowego aspirującego do globalnej pierwszej ligi.
Źródła: South China Morning Post, Nikkei Asia, Reuters, Bloomberg, Caixin Global

4 godzin temu

