Rok 2025 był dla dolara FATALNY. Nie ma w tym wiele zaskoczenia, bo trąbiłem, iż tak właśnie będzie od dawna. Całość zapisze się jako jeden z najbardziej mylących lat dla inwestorów zagranicznych na Wall Street. Nagłówki krzyczały o hossie w USA, o AI i rekordach indeksów, a tymczasem dla inwestorów z Europy był to rok… rozczarowujący, momentami wręcz bolesny.
Dolar spadł niemal 10% w kilka miesięcy, a w kluczowym momencie nie zadziałał jak bezpieczna przystań. Portfele niby rosły, a jednak dostawały po głowie i ostatecznie dawały niewielki zwrot.
W tym materiale chcę wam pokazać, dlaczego amerykański rynek w 2025 roku wypadł na tle świata…. kiepsko oraz skąd wzięła się słabość dolara i co dalej może czekać dolara w 2026 roku, a przede wszystkim: kto na tym wszystkim może realnie zyskać i gdzie kapitał ma dziś największy wiatr w plecy. Zapraszam!
Co dalej z dolarem w 2026 roku? Kto zyska na słabej walucie USA?
Załóż konto na Freedom24 i odbierz choćby 20 darmowych akcji o wartości choćby kilkaset dolarów każda!
Szczegółowy opis promocji znajdziesz na: https://freedom24.club/dnarynkow_welcome
Rok, w którym dolar pękł
Zacznijmy od tego, co działo się z dolarem w 2025 roku. Bo to był materiał na dreszczowiec. Dolar stracił prawie 10% wobec koszyka głównych walut.

I co interesujące cały ten zjazd wydarzył się w zaledwie jedno półrocze. To stawia ten rok na drodze do najsłabszego wyniku od ośmiu lat.

Kwiecień i podwójny cios dla Europejczyków
Ale to nie był zwykły trend spadkowy. To był chaos i oderwanie od rynkowych norm. Pamiętacie kwiecień? Czyli moment, gdy wybuchła wojna celna i rynki zanurkowały? Dla inwestorów z Europy, czyli dla nas, to był moment szczególnie bolesny. I to podwójnie.
Zazwyczaj, gdy na rynkach jest panika, dolar działa jak bezpieczna przystań. Rośnie, gdy akcje spadają, amortyzując straty dla inwestorów spoza USA. Tym razem było inaczej. W kwietniu mieliśmy do czynienia z rzadką i brutalną anomalią. Dolar spadał razem z indeksami. Wynikało to oczywiście z tego, iż Prezydent USA był główną przyczyną spadków na giełdzie i swoim nieprzewidywalnym zachowaniem wygenerował jednocześnie ucieczkę od dolara.
Efekt? Podwójny cios. Inwestorzy zagraniczni obrywali na przecenie akcji I JEDNOCZEŚNIE na kursie walutowym. Portfele nie traciły, one krwawiły z dwóch stron naraz.
Iluzja amerykańskiej hossy w europejskim portfelu
I teraz spójrzmy prawdzie w oczy. Choć nagłówki krzyczą o potężnej hossie w USA, dla nas (inwestorów z Europy) rzeczywistość wygląda zgoła inaczej. Dla Europejczyka trzymającego aktywa w Euro, potężny S&P 500 „urósł” o zawrotne… 2,7%. Tak, dobrze słyszycie.

Dla porównania nudne, bezpieczne, 12-miesięczne obligacje niemieckie płaciły w tym samym czasie ponad 2%. Czyli europejscy inwestorzy podjęli całe ryzyko rynku akcji, żeby zarobić tyle samo, co na „bezpiecznym” długu. Chociaż o tym jak jest z „bezpieczeństwem” tego długu, to już opowiadałem w innym materiale. No ale to nie jest temat na ten materiał.
Ważne, iż żeby dowieźć ten „zysk” na poziomie 2,7% na rynku akcji amerykańskich, musieliście przetrwać spadki w kwietniu, kiedy wasz portfel w ujęciu YTD w Euro świecił na minus 20%. Dwadzieścia procent obsunięcia, żeby na koniec roku zrównać się praktycznie z obligacjami? To nie jest sukces. Z tej perspektywy to był po prostu rok fatalny.
To taki moment, w którym wielu inwestorów zaczyna rozumieć, iż samo „kupowanie Wall Street” może nie wystarczać. Dlatego warto mieć dostęp do takiego brokera, który daje wam jak największe możliwości.
Tu pojawia się Freedom24 – broker notowany na giełdzie Nasdaq, który daje dostęp do szerokiego wachlarza akcji z USA, ale też do masy innych rynków, gdzie możecie inwestować wasze oszczędności.
Dla nowych użytkowników Freedom24 oferuje w tej chwili do 20 darmowych akcji na start, co jest sensownym sposobem, żeby wejść na rynek lub przebudować ekspozycję bez dokładania od razu pełnego kapitału w środowisku podwyższonego ryzyka walutowego.
Paradoksalnie więc amerykański rynek był jednym z gorszych w tym roku. I tu dochodzimy do paradoksu, który w świetle tej całej „wielkiej bańki AI” brzmi jak kiepski żart. Mimo technologicznej euforii, S&P 500 był w tym roku po prostu słabym indeksem. I mówię to całkowicie serio.
Świat wyprzedza Amerykę
W skali świata USA lądują na szarym końcu, zajmując odległe 22. miejsce. Przed nimi znalazło się aż 21 rynków, które dały zarobić więcej.
Wyprzedziły ją azjatyckie potęgi: Korea Południowa, Tajwan, Chiny czy Japonia. Wyprzedziły rynki wschodzące: RPA, Meksyk, Brazylia czy Pakistan. Ale co najbardziej uderzające – wyprzedziła ją „stara, nudna Europa”. Grecja, Hiszpania, Włochy, Niemcy, Wielka Brytania… i oczywiście Polska. Wszyscy oni zostawili Amerykę w tyle i to choćby jeżeli liczymy stopę zwrotu S&P 500 w dolarach a nie w euro.

Dopiero za plecami USA znalazły się rynki takie jak Australia, Malezja czy Indie. Wnioski? Wall Street w 2025 roku została zjedzona na śniadanie przez Europę Południową, Środkową i rynki wschodzące.
Hedging wraca do łask i zaczyna spychać dolara
To wydarzenie stało się punktem zwrotnym, bo lwią część zysków z amerykańskich indeksów zabrało osłabienie dolara. Wielu dużych funduszy i instytucji finansowych nagle zrozumiało bolesną prawdę. Że ich dotychczasowe poziomy zabezpieczenia walutowego (ich hedging) były po prostu za słabe. Byli zbyt odsłonięci na wahania kursów walutowych i rynek wystawił im za to rachunek.
Można to łatwo dostrzec na przykładzie funduszy emerytalne w takiej Danii. Dane pokazują, iż ich wskaźniki hedgingu dolara wzrosły w tym roku z 62% do 72% już w maju 2025 roku. Dla porównania w latach 2015-2016 czy podczas COVID-u, te wskaźniki wynosiły 80%.

Tak więc ogólnie europejskie fundusze emerytalne nagle rzuciły się do hedgingu, kiedy uświadomiły sobie, iż popełniają błąd, a spadki indeksów nie muszą iść w parze z umocnieniem dolara.
Inwestorzy europejscy wracają więc do większego zabezpieczania się przed spadkiem dolara. Dlaczego to ważne? Bo im więcej dużych graczy zabezpiecza swoje pozycje (czyli sprzedaje dolara na termin), tym większa presja spadkowa na samą walutę.
Jak dokładnie to działa? W praktyce zabezpieczenie najczęściej odbywa się poprzez kontrakty terminowe. Inwestor umawia się z bankiem, iż za trzy lub sześć miesięcy sprzeda mu określoną pulę dolarów po z góry ustalonym kursie. W tym momencie dochodzi do kluczowego przesunięcia ciężaru na rynek: bank, który odkupił od inwestora te dolary „wirtualnie” (w przyszłości), sam nie chce ponosić ryzyka ich spadku. Aby zrównoważyć swoją pozycję, bank musi fizycznie sprzedać dolary na bieżącym rynku (spot) już teraz. W ten sposób decyzja o zabezpieczeniu portfela, która miała dotyczyć przyszłości, wywołuje natychmiastową podaż waluty.
Kiedy mówimy o „dużych graczach”, mamy na myśli instytucje zarządzające grubymi miliardami. Gdy setki takich funduszy jednocześnie decydują o zwiększeniu poziomu zabezpieczeń, na rynek trafia ogromna masa dolarów szukających nabywców. Zgodnie z podstawowym prawem ekonomii: jeżeli podaż danej waluty gwałtownie rośnie, a popyt na nią pozostaje taki sam lub maleje, jej cena (kurs) musi spaść. Inwestorzy, widząc ten ruch, utwierdzają się w przekonaniu, iż dolar faktycznie jest słaby, co skłania kolejnych graczy do zabezpieczania swoich pozycji.
Samospełniająca się przepowiednia i „kapitał chce USA, ale nie chce dolara”
Ostatecznie mechanizm ten tworzy pętlę sprzężenia zwrotnego, którą nazywamy samospełniającą się przepowiednią. Sama obawa przed spadkiem wartości dolara zmusza inwestorów do działań (sprzedaży terminowej), które technicznie wymuszają na bankach sprzedaż waluty na rynku bieżącym, co faktycznie doprowadza do spadku jej kursu. Im silniejszy jest trend spadkowy, tym więcej funduszy czuje presję, by również się zabezpieczyć, co jeszcze bardziej spycha notowania dolara w dół. W ten sposób sentyment rynkowy zamienia się w realną presję cenową, która może trwać aż do momentu, gdy dolar stanie się tak tani, iż ponownie przyciągnie kupujących szukających okazji.
No i w tym kontekście warto przytoczyć najważniejsze dane. w tej chwili już blisko dwie trzecie napływów do amerykańskich ETF-ów odbywa się z zabezpieczeniem walutowym, co jest historyczną zmianą warty i widać to na prawym górnym wykresie, gdzie dwie linia reprezentująca zabezpieczenie dynamicznie zamieniła się miejscami z linia reprezentująca brak zabezpieczenia przed zmiana kursów walutowych.

Natomiast na lewym górnym wykresie widać napływy do amerykańskich aktywów za pośrednictwem zagranicznych funduszy ETF. Widać na nim, iż o ile przez lata dominowały napływy bez zabezpieczenia (ciemnoniebieskie pole), o tyle na początku 2025 roku nastąpiło załamanie napływów „unhedged”, czyli niezabezpieczonych, a dominującą rolę przejęły napływy z zabezpieczeniem (jasnoniebieskie pole).
Tak więc mimo tego, iż zagraniczny kapitał płynie do USA szerokim strumieniem, dolar wcale na tym nie zyskuje tak, jak kiedyś, bo widać potężną zmianę w podejściu inwestorów. Coraz częściej biorą amerykańskie aktywa, ale… „nie chcą” amerykańskiej waluty.
Jeszcze kilka lat temu inwestorzy zagraniczni brali ryzyko walutowe na klatę, często traktując ekspozycję na dolara jako dodatkowy bonus. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej.
No i tutaj pojawia się pytanie: Czy dolar nie jest więc już tani?
Fundamenty 2026 — stopy, Trump, fiskalny dopalacz i inflacja
Naszym zdaniem fundamenty na 2026 rok wciąż wskazują na brak katalizatorów pod silne umocnienie.
Rynek już gra pod scenariusz, w którym stopy w USA zjeżdżają do okolic 3,25% w 2026 roku. To kluczowa informacja, bo niższe stopy oznaczają jedno: spadek kosztów zabezpieczania waluty i niższą opłacalność inwestowania w amerykańskie obligacje, czyli mamy dwa powody dla dalszego osłabienia dolara.

I uwierzcie mi, po traumach z 2025 roku, chętnych na ten „tańszy hedging” nie zabraknie. Lekcja była po prostu zbyt bolesna. W szczytowym momencie paniki S&P 500 w dolarze krwawił o 15%. Dużo? To spójrzcie na portfele w Euro. Tam strata przekraczała 20%. Ta różnica to czysty cios od waluty, który dobił leżącego.

No a przecież Donald Trump, który był głównym powodem deprecjacji dolara i otwarcie deklarował chęć jego osłabiania, nigdzie się nie wybiera i będzie dalej rządził w USA. Dlatego, teraz gdy „ubezpieczenie” staje się tańsze, zagraniczni gracze będą się hedgować na potęgę, byle tylko nie powtórzyć tego koszmaru. Modele ryzyka w bankach i funduszach emerytalnych wymuszą większą ostrożność.
Do tego trzeba dodać czynniki makroekonomiczne, które też nie przemawiają za umocnieniem dolara w 2026 roku.
W 2026 roku USA nie wchodzą w recesję, tylko w tryb „pro-wzrost”, napędzany ustawą OBBBA. To będzie fiskalny dopalacz rzędu 300 mld USD. Firmy dostają możliwość pełnego odliczenia wydatków na inwestycje od podstawy opodatkowania, czyli dostaną prostą zachętę do jeszcze silniejszych inwestycji. Tymczasem konsumenci otrzymają rekordowe zwroty podatkowe, czyli zastrzyk gotówki do ręki, która aż prosi się, żeby ją od razu wydać. Zresztą sami wiecie jak kusi, żeby kupić sobie jakieś niepotrzebne bzdury, kiedy otrzymacie nieoczekiwany zastrzyk gotówki.
Jednak najważniejsze pytanie brzmi, dlaczego to zaboli dolara? Bo to czysty tryb Risk-On, czyli rosnący apetyt na ryzyko. Kiedy gospodarka dostaje taki zastrzyk kofeiny, kapitał nie chowa się w bezpiecznych obligacjach i dolarze. Kapitał płynie szerokim strumieniem w ryzykowne aktywa, surowce i rynki wschodzące. Pieniądz w takim otoczeniu ma pracować, a nie leżeć na koncie walutowym.
Z podwyższonej konsumpcji płynnie przechodzimy do kwestii, „a co z inflacją?” Tu mamy mieszankę wybuchową. Z jednej strony taniejąca ropa, paliwa i spadające koszty czynszów mieszkalnych będą ściągać wskaźniki inflacji w dół, tym samym odbierając Fedowi argumenty do obrony dolara wysokimi stopami.


Z drugiej strony ceny elektroniki pójdą w górę przez drożejące układy pamięci. Jednak ten jeden czynnik to za mało, żeby wywołać burzę. W takim otoczeniu, przy stymulacji fiskalnej i rosnącym apetycie na ryzyko, dolar staje się walutą finansującą zabawę, a nie bezpieczną przystanią.

Znajdziesz tam więcej wartościowych treści o inwestowani, giełdzie i rynkach.
DNA Rynków – merytorycznie o giełdach i gospodarkach
Fed, Debasement Trade i finalne pytanie – kto wygra
Kolejny temat to nowy szef Fedu. Jedno to tło makro, ale należy również spojrzeć na czynnik ludzki, który może stać się katalizatorem tych zmian niekorzystnych dla dolara. Na rynkowych korytarzach coraz głośniej mówi się o potencjalnej nominacji Kevina Hassetta na stanowisko przewodniczącego Rezerwy Federalnej. I powiedzmy to wprost: dla dolara jest to czynnik strukturalnie negatywny.

Dlaczego nazwisko Hassetta tak bardzo elektryzuje strategów walutowych? Ponieważ jest on postrzegany jako człowiek, który zdecydowany jest obniżać stopy procentowe. Jako ekonomista blisko związany z Trumpem, Hassett reprezentować będzie podejście wyraźnie bardziej gołębie niż Jerome Powell. Jego publiczne wypowiedzi nie pozostawiają złudzeń: ryzyka inflacyjne uważa za przesadzone, a amerykańską gospodarkę za wystarczająco silną, by prosperować przy znacznie niższym koszcie pieniądza.
Dla rynku walutowego równanie jest proste: Hassett u steru oznacza niższą ścieżkę stóp procentowych. Chce on rozwiązać problem zadłużenia nie redukując go tylko stymulując wzrost gospodarczy, co na WallSt jest potocznie określane jako Run It Hot. Sam wprost mówi, iż wzrost PKB na poziomie 3% w pierwszej połowie 2026 roku byłby dla niego “rozczarowaniem”.
Możecie zapytać: „Skoro to taki cios dla dolara, to dlaczego kurs nie runął w przepaść?”. Odpowiedź jest prosta: rynek to cwana bestia. Hassett był faworytem od dawna, więc inwestorzy już dawno „przetrawili” ten scenariusz i wpisali go w ceny.
Ale jest tu drugie, ważniejsze dno. Musicie zrozumieć jedną rzecz: Przewodniczący Fed to nie dyktator. Decyzje podejmuje całe FOMC, ale brutalna prawda jest taka, iż w dzisiejszym świecie nazwiska mają drugorzędne znaczenie. Dlaczego? Bo w naszej sfinansjalizowanej gospodarce Fed stał się zakładnikiem rynku.
To nie prezes ustala dziś reguły gry. To warunki płynnościowe. jeżeli rynek zaczyna się dusić, jeżeli pojawia się stres finansowy, Fed nie ma wyjścia i musi wykonać gołębi zwrot. Niezależnie od tego, kto siedzi w fotelu prezesa. W praktyce to rynki finansowe, reagując paniką na brak płynności, przystawiają bankowi centralnemu pistolet do głowy i wymuszają konkretne decyzje. Fed w tym układzie nie jest już liderem, który inicjuje ruchy. Jest instytucją reaktywną, która sprząta bałagan, gdy rynek tupnie nogą. Może brzmi karykaturalnie i niebezpiecznie, ale w gruncie rzeczy takie podejście sprawia, iż polityka monetarna jest nieco bardziej dostosowana do realnych warunków w gospodarce, a mniej do ideologicznych przekonań kilku członków FOMC.
Jednak prawdziwe ryzyko leży gdzie indziej. Nie chodzi o to, co Hassett zrobi w pierwszy dzień. Chodzi o to, iż rynek zaczyna tracić wiarę w niezależność Fedu. choćby jeżeli nowy szef nie będzie mógł samodzielnie wymusić dodruku, to sam „smród” politycznej presji wystarczy. Inwestorzy nie są naiwni. Widzą ryzyko upolitycznienia banku centralnego i muszą doliczyć za to premię, a to w dłuższym terminie jest gotowym przepisem na słabszego dolara i wyższe rentowności obligacji.
I teraz dochodzimy do hasła, które robi teraz absolutną furorę na Wall Street: Debasement Trade. To gra pod dewaluację pieniądza. Inwestorzy widzą gigantyczny dług USA, widzą polityczne parcie na słabą walutę (żeby ratować eksport) i widzą presję na cięcie stóp. Wniosek jest prosty: Siła nabywcza dolara ma spadać.
Dlatego kapitał ucieka z obligacji (bojąc się tzw. dominacji fiskalnej) prosto w objęcia akcji, Bitcoina i złota. Krótkoterminowo? Giełda, zwłaszcza spółki Growth i Tech, to kochają, bo niższy koszt kapitału to paliwo dla wycen, ale dla rynku długu (obligacji) i walut to sygnał alarmowy.
Od paru już lat jesteśmy w długotrwałej bessie, ale… nie na rynku akcji, a obligacji.
W oczach rynku Hassett jest idealnym „patronem” takiego stanu rzeczy. Jest kimś, kto bez mrugnięcia okiem poświęci siłę waluty i dla wzrostu gospodarczego. To kolejny, potężny element układanki, który przesuwa szalę na niekorzyść dolara w nadchodzącym czasie.
No dobra. Omówiliśmy to, co się wydarzyło. Rozłożyliśmy na czynniki pierwsze fenomen słabego dolara i mechanikę, która za tym stoi oraz powiedzieliśmy co się stanie z dolarem w roku 2026. Ale historia się tu nie kończy. Teraz czas na najważniejsze pytanie: kto na tym realnie zyska?
Dla wielu brzmi to jak zagrożenie („dolar upada!”), ale dla rynków finansowych słabszy dolar to często zastrzyk płynności. To środowisko, w którym kapitał chętniej płynie w kierunku bardziej ryzykownych aktywów. Słaby dolar działa jak „luzowanie warunków finansowych” dla całego świata. Widzieliśmy to zresztą na wykresie stóp zwrotu z różnych rynków akcji w 2025 roku, które masowo pobiły S&P 500. Dlaczego tak jest?

Po pierwsze Spadek kosztów obsługi zadłużenia.
Wiele państw rozwijających się oraz korporacji poza USA zaciąga kredyty i emituje obligacje denominowane w dolarach. Kiedy dolar słabnie, spłata tych zobowiązań staje się tańsza w przeliczeniu na waluty lokalne, w których te podmioty zarabiają.
Po drugie taniejące surowce.
Większość kluczowych surowców – od ropy naftowej po miedź – wyceniana jest na giełdach w dolarach. Gdy dolar traci na wartości, kraje kupujące te surowce w innych walutach płacą za nie realnie mniej (przy założeniu stabilnej ceny nominalnej), co redukuje presję inflacyjną i koszty produkcji na świecie.
Po trzecie większa swoboda innych banków centralnych.
Silny dolar zmusza inne kraje do utrzymywania wysokich stóp procentowych, aby bronić własnych walut przed nadmiernym osłabieniem (które importuje inflację, bo zagraniczne produkty drożeją wraz z umacnianiem się dolara). Gdy dolar słabnie, presja na te waluty maleje. Banki centralne w Europie czy Ameryce Łacińskiej zyskują wtedy więcej miejsca, by obniżać własne stopy procentowe bez obawy o gwałtowną ucieczkę kapitału, co realnie stymuluje ich lokalne gospodarki.
W 2026 roku kilka kluczowych banków centralnych rynków wschodzących ma realną przestrzeń do dalszych cięć stóp procentowych. Meksyk, Brazylia, Chile, Indonezja – każdy z tych państw może kontynuować obniżki wraz z dalszą dezinflacją w 2026 roku.
Przez lata silny dolar dusił rynki wschodzące jak gorset. Długi tych państw są w dużej mierze w dolarze, surowce są w dolarze. Kiedy dolar rósł, koszty obsługi długu eksplodowały, a lokalne banki centralne musiały dusić gospodarki wysokimi stopami, żeby bronić walut. Teraz ten gorset się trochę rozluźni.
Wiec odpowiedź na pytanie kto na tym zyska prowadzi nas tam, gdzie słabnący dolar robi największą robotę – na Rynki Wschodzące (EM). To, co dziś widzimy to zapowiedź potężnego wiatru w plecy, na który rynki wschodzące czekały od lat. Rynki wschodzące, czyli kto? Czyli takie kraje jak Chiny, Indie, Brazylia, Turcja, Polska, czy Tajwan.

Poza argumentami gospodarczymi, które przemawiają za EM i już je przytoczyłem, są jeszcze kwestie bardziej techniczne. Świat jest zapakowany w dolara „pod korek”. Zagraniczni inwestorzy siedzą na ogromnej górze amerykańskich aktywów. Gdy dolar zaczyna słabnąć, wartość tych portfeli w walutach lokalnych spada. Co robi więc mądry kapitał? Rebalansuje. Musi zredukować ekspozycję na USA i poszukać stopy zwrotu gdzie indziej. To naturalny przepływ, który wypycha pieniądze z Wall Street prosto na rynki wschodzące.
Wykresy które widzicie w tej chwili na ekranie pokazują dobitnie tą zależność = czyli silną, negatywną korelację między kursem dolara a relatywnymi wynikami rynków wschodzących. Gdy dolar się umacnia, rynki wschodzące zwykle wypadają gorzej od rynków rozwiniętych, a gdy dolar słabnie, zyskują przewagę. Stopy zwrotu w 2025 roku to potwierdziły i wszytko wskazuje na to, iż rok 2026 podąży podobną ścieżką.

Jednak rynki wschodzące to nie jedyny zwycięzca słabego dolara, bo na drugim miejscu są wielkie firmy z… USA.
Wyraźne osłabienie dolara działa również jak mechaniczny dopalacz wyników dla amerykańskich spółek międzynarodowych. Słabsza waluta poprawia przeliczenie zagranicznych przychodów na dolary i zwiększa konkurencyjność eksporterów, odwracając negatywny efekt z poprzednich lat, gdy silny USD ciążył wynikom. Mechanizm jest prosty. jeżeli dolar jest słabszy, względem innych walut, to przy stałej cenie za produkty i usługi w walutach obcych, spółki amerykańskie dostają więcej dolarów.
Skala ruchu jest na tyle duża, iż zaczyna mieć znaczenie dla zysków. Szacunki podawane przez Reuters wskazują, iż każde 10% spadku dolara przekłada się na około 2% pozytywnego zaskoczenia w zyskach S&P 500.
Najsilniej korzystają spółki, które najwięcej zarabiają poza USA. Średnio około 41% przychodów firm z S&P 500 pochodzi spoza USA, przy czym sektor technologiczny, materiałowy i komunikacyjny są najbardziej wrażliwe na kurs dolara.

Dane pokazują, iż amerykańscy giganci technologiczni w dużym stopniu opierają się na przychodach zagranicznych: Meta (62%) i Apple (57%) generują większość sprzedaży poza USA, Alphabet, Tesla, Nvidia i Microsoft uzyskują około połowy przychodów poza rynkiem krajowym. Amazon ma najmniej, aczkolwiek jest to o tyle niereprezentatywne w ich przypadku, iż spółka większość zysków generuje z segmentu chmurowego, a nie e-commerce, który mocno zawyża udział przychodów w dolarach.
W praktyce oznacza to, iż zmiany FX mogą poprawiać zarówno raportowane wyniki, jak i prognozy w okresie wyników dla… spółek amerykańskich.

Rok 2025 był rokiem słabego dolara i wszystko wskazuje na to, iż rok 2026 również będzie rokiem słabego dolara. W tym wszystkim najważniejsze jest to, kto na słabym dolarze zyskuje. Po pierwsze zyskują rynki wschodzące, a po drugie zyskują te spółki z USA, które najwięcej przychodów generują za granicą.
Słaby dolar nie jest dziś anomalią ani chwilową fanaberią rynku. To efekt splotu polityki, struktury globalnych przepływów kapitału i zmiany podejścia inwestorów do ryzyka walutowego. Rok 2025 był ostrzeżeniem, a 2026 najprawdopodobniej będzie jego kontynuacją.
Dla jednych to problem, bo ekspozycja na USA przestaje być „automatycznym” wyborem. Dla innych to ogromna szansa. Rynki wschodzące dostają realny wiatr w plecy, a globalne spółki z USA zaczynają korzystać na słabszej walucie zamiast na niej tracić.
Kluczowe nie jest więc pytanie, czy dolar będzie słabszy, tylko kto jest na to przygotowany, a kto dalej patrzy wyłącznie na wykres indeksu w dolarach. Bo w świecie globalnych przepływów waluta potrafi zrobić różnicę większą niż cała hossa.
Załóż konto na Freedom24 i odbierz choćby 20 darmowych akcji o wartości choćby kilkaset dolarów każda!
Szczegółowy opis promocji znajdziesz na: https://freedom24.club/dnarynkow_welcome
Do zarobienia,
Piotr Cymcyk

15 godzin temu






