Czy AI zabierze nam wszystkim pracę i zniszczy rynki?

2 dni temu

Każda wielka zmiana technologiczna w dziejach ludzkości jawiła się swoim współczesnym jako krawędź niebezpiecznej przepaści, nad którą cywilizacja chwieje się w niepewności, podczas gdy w rzeczywistości zmiana ta okazywała się solidnym fundamentem zupełnie nowego wieżowca. Ten historyczny paradoks towarzyszy nam od zarania dziejów, ale w kontekście dzisiejszych rynków finansowych i globalnej gospodarki przybrał formę zjawiska, które spędza sen z powiek zarówno drobnym inwestorom, jak i zarządzającym potężnymi funduszami inwestycyjnymi. Kiedy patrzymy na gwałtowny rozwój sztucznej inteligencji, nasz strach rodzi się z pewnego fundamentalnego błędu poznawczego, który można nazwać pułapką niewidzialnego jutra. Polega ona na tym, iż z przerażającą łatwością potrafimy wskazać te profesje i modele biznesowe, które zostaną bezlitośnie zautomatyzowane. Widzimy doskonale poszczególne „składniki” naszej obecnej gospodarki ulegające dekonstrukcji – programy piszące raporty finansowe w ułamku sekundy, systemy zdolne do błyskawicznego przetwarzania danych makroekonomicznych czy roboty w pełni automatyzujące produkcję samochodów. To wszystko jest dla nas widoczne i namacalne, co potęguje lęk przed nadejściem ery masowego bezrobocia i rynkowej zapaści.

Problem polega jednak na tym, iż nasza wyobraźnia jest głęboko osadzona w tu i teraz, przez co kompletnie nie obejmuje jeszcze całej potężnej „infrastruktury” nowych potrzeb, pragnień i rynków, które sztuczna inteligencja dopiero wygeneruje. Widzimy, co tracimy, ale jesteśmy ślepi na to, co zyskamy. Tymczasem historia kapitału uczy nas czegoś zgoła innego. Prawdziwa teza, którą musimy dziś przed sobą postawić, brzmi następująco: sztuczna inteligencja nie jest bynajmniej końcem ludzkiej pracy ani końcem tradycyjnych rynków, ale zaledwie końcem pewnego specyficznego rodzaju trudu, który od dawna ograniczał nasz potencjał. To pożegnanie z rutyną, która dławiła innowacyjność. Zamiast niszczyć rynki, AI stanie się katalizatorem nowej epoki alokacji kapitału, w której ludzki intelekt zostanie uwolniony od ciężaru żmudnych, powtarzalnych zadań i będzie mógł skupić się na kreowaniu wartości na poziomach abstrakcji, które dziś są dla nas jeszcze całkowicie nieosiągalne i niedostrzegalne.

Lekcja z 1850 roku – Dlaczego dorożkarz nie widział autostrad?

Aby zrozumieć mechanizmy psychologii lęku, które w tej chwili determinują nastroje inwestorów i pracowników na całym świecie, musimy cofnąć się w czasie i wykorzystać postać XIX-wiecznego dorożkarza jako uniwersalną metaforę naszych własnych obaw. Wyobraźmy sobie Londyn lub Paryż około 1850 roku. Ówczesny dorożkarz, słysząc o pierwszych eksperymentach z pojazdami napędzanymi silnikami, odczuwał paraliżujący strach przed bezrobociem i nędzą. Jego lęk był w pełni racjonalny z jego własnej, ograniczonej perspektywy, ponieważ człowiek ten postrzegał cały złożony świat logistyki i transportu wyłącznie przez pryzmat konia. Wiedział, ile kosztuje owies, jak leczyć końskie kopyta i jak nawigować po wąskich, brukowanych uliczkach. W jego wyobraźni eliminacja konia oznaczała eliminację całego jego wszechświata ekonomicznego. Nie był w stanie wyjść poza ten paradygmat. Z poziomu kozła swojej dorożki nie mógł w żaden sposób przewidzieć, iż wynalezienie samochodu nie tylko nie zniszczy ludzkiej pracy, ale wręcz stworzy podwaliny pod najbardziej dochodowe branże w historii kapitalizmu.

Ten dorożkarz nie mógł snuć wizji o globalnym przemyśle turystycznym, o tysiącach kilometrów asfaltowych autostrad, o stacjach benzynowych, ubezpieczeniach komunikacyjnych, a tym bardziej o potężnych giełdowych spółkach motoryzacyjnych, które przez kolejne sto lat będą napędzać indeksy giełdowe od Wall Street po Tokio. Nie widział rafinerii, mechaników, inżynierów aerodynamiki ani całego ekosystemu usług finansowych leasingujących floty pojazdów. Wniosek płynący z tej lekcji jest jednoznaczny i brutalny dla pesymistów: automatyzacja dotychczasowych „narzędzi” zawsze i bez wyjątku prowadzi do powstania zupełnie nowego, wielowymiarowego „ekosystemu”. Tego nowego świata po prostu nie da się dostrzec z poziomu starej technologii.

Błąd „Stałej Puli Pracy” (Lump of Labour Fallacy)

Aby głębiej wejść w strukturę rynkowych obaw, musimy zdemaskować jeden z najbardziej szkodliwych mitów w historii myśli ekonomicznej, znany jako błąd stałej puli pracy. Koncepcja ta zakłada, iż ilość pracy dostępnej na świecie jest wielkością skończoną i niezmienną, jak bochenek chleba. Według tej logiki, jeżeli maszyna ukroi dla siebie większą kromkę, dla człowieka zostanie mniej, a w ostateczności (wraz z rozwojem technologicznym) nie zostanie nic. Jest to fundamentalny błąd w rozumieniu dynamiki wolnego rynku, inwestycji i alokacji kapitału. Kiedy przyjrzymy się kontekstowi historycznemu, zobaczymy wyraźnie echa tego błędnego myślenia w pismach Karola Marksa oraz w gwałtownych ruchach społecznych XIX-wiecznych luddystów, którzy z przerażeniem niszczyli krosna mechaniczne. Byli oni absolutnie przekonani, iż nowe, potężne maszyny uczynią klasę pracującą całkowicie zbędną, doprowadzając do załamania się całego systemu gospodarczego. Historia pokazała jednak, iż gospodarka nie jest grą o sumie zerowej, ale ewoluującym organizmem, który w odpowiedzi na innowacje stale poszerza swoje granice.

Najlepszym kontrargumentem dla tego zjawiska jest twarda statystyka i otaczająca nas rzeczywistość.

Żyjemy w epoce, w której populacja Ziemi przekroczyła osiem miliardów ludzi, a stopień automatyzacji i komputeryzacji przemysłu oraz usług jest najwyższy w historii naszej planety. Pomimo tego, a adekwatnie właśnie dzięki temu, zatrudnienie w krajach rozwiniętych utrzymuje się na historycznie wysokich poziomach, a giełdowe indeksy biją kolejne rekordy.


Dlaczego tak się dzieje i jak to rzutuje na przyszłość inwestowania? Odpowiedź tkwi w mechanizmach deflacyjnych technologii. Innowacje, takie jak sztuczna inteligencja, drastycznie obniżają koszty bazowe produkcji dóbr i świadczenia usług. To z kolei uwalnia potężne ilości kapitału, zarówno w kieszeniach konsumentów, jak i w bilansach korporacji. Ten uwolniony kapitał nie paruje, ale jest reinwestowany w poszukiwanie rozwiązań dla nowych, coraz bardziej złożonych zachcianek i potrzeb cywilizacyjnych. Z perspektywy inwestora to właśnie ten mechanizm jest kluczem do zrozumienia cykli rynkowych. Pieniądze zaoszczędzone na automatyzacji prostych procesów płyną szerokim strumieniem w stronę innowacyjnych startupów, badań nad biotechnologią, eksploracji kosmosu czy transformacji energetycznej, tworząc tam miliony nowych miejsc pracy i nieskończone możliwości dla mądrego kapitału, który rozumie, iż świat się nie kończy.

Wielka Migracja Wartości – Od krosna do Fashion Weeku

Zrozumienie wpływu sztucznej inteligencji na naszą przyszłość wymaga prześledzenia tego, co ekonomiści nazywają wielką migracją wartości. Spójrzmy na fascynujące studium przypadku, jakim jest branża tekstylna. W czasach przedindustrialnych posiadanie kilku ubrań było symbolem statusu, a tkanina stanowiła dobro luksusowe, wymagające setek godzin ludzkiej pracy. Mechanizacja z pomocą maszyn parowych sprawiła, iż produkcja materiałów stała się absurdalnie tania i masowa. Zgodnie z logiką pesymistów, zawód krawca powinien był wyginąć w mrokach dziejów. Stało się jednak coś niesamowitego, co całkowicie odmieniło strukturę rynku. Ludzkość, mając zaspokojoną podstawową potrzebę okrycia ciała, przesunęła swoją uwagę i kapitał o poziom wyżej. Stworzyliśmy potężny, warty biliony dolarów globalny przemysł mody. Wykreowaliśmy zawody projektantów, specjalistów od merchandisingu, fotografów mody, menedżerów marek i analityków trendów. Akcje konglomeratów dóbr luksusowych stały się jednymi z najbardziej stabilnych i zyskownych aktywów na europejskich giełdach. Automatyzacja nie zabiła ubrań, ona jedynie przeniosła wartość z samego materiału na ideę, markę i design.

Kurs akcji spółki Pinterest – firmy oferującej aplikację, na której miliony ludzi na całym świecie poszukuje inspiracji do tego w jaki sposób się ubrać. Czy ludzie w epoce rewolucji tekstylnej mogli przewidzieć powstanie tego typu wartości? Źródło: tradingview.com

Kolejnym doskonałym przykładem, znacznie bliższym światu rynków finansowych, jest historia arkusza kalkulacyjnego. Kiedy w latach osiemdziesiątych wprowadzano programy takie jak VisiCalc, a później Microsoft Excel, przez działy księgowości i banki inwestycyjne przetoczyła się fala paniki. Wydawało się oczywiste, iż oprogramowanie, które w ułamek sekundy przelicza kolumny tysięcy liczb, całkowicie zabije zawód księgowego. Czy arkusz kalkulacyjny zniszczył finansistów? Przeciwnie. Sprawił, iż księgowi i analitycy rynkowi przestali marnować swoje życie na mechaniczne sumowanie słupków ołówkiem na wielkich płachtach papieru. Narzędzie to uwolniło ich czas, zmuszając do ewolucji. Zaczęli zajmować się doradztwem strategicznym, inżynierią finansową, optymalizacją podatkową i zarządzaniem ryzykiem, co doprowadziło do niespotykanego dotąd rozwoju rynków kapitałowych i powstania nowoczesnego tradingu. Przenosząc te doświadczenia na grunt sztucznej inteligencji, widzimy wyraźnie zarysowujący się trend. AI bezwzględnie przejmuje „nudną”, choć wymagającą wysokich mocy obliczeniowych, część pracy intelektualnej. Zaawansowane algorytmy zajmą się liczeniem, bazowym kodowaniem, czytaniem sprawozdań finansowych spółek i pisaniem standaryzowanych raportów rynkowych. Taka automatyzacja wymusi na inwestorach, analitykach i pracownikach wszystkich sektorów wejście na znacznie wyższy poziom. Wymusi na nas rozwój kreatywności i myślenia w kategoriach, w których do tej pory nie myśleliśmy, bo na przykład byliśmy ograniczeni brakiem umiejętności programowania czy przeprowadzania testów statystycznych.

Czy AI zabierze nam wszystkim pracę i zniszczy rynki?

Wracając zatem do pytania z tytułu niniejszego artykułu, historia wszystkich dotychczasowych rewolucji przemysłowych uczy nas bezwzględnie jednej rzeczy: choć nie potrafimy precyzyjnie wyobrazić sobie konkretnych kształtów jutra, z pewnością nie zabraknie nam zajęć. Rynki ulegną radykalnej transformacji, prawdopodobnie generując profesje, które dziś brzmią jak motywy z literatury fantastycznonaukowej. Możemy jedynie zgadywać i tworzyć modele teoretyczne na temat tego, jakie to będą zawody. Być może pojawią się na przykład “opiekunowie cyfrowego śladu”, działający niczym wysokiej klasy doradcy majątkowi, z tą różnicą, iż zamiast portfelem akcji, mieliby zarządzać naszą reputacją, prywatnością i monetyzacją osobistych danych w zawiłym ekosystemie algorytmów? Być może wyłoni się paląca potrzeba zatrudniania “architektów psychologii wirtualnej”, którzy w miarę przepływu kapitału do wirtualnej rzeczywistości projektowaliby wpływ tych przestrzeni na ludzkie emocje, ponieważ zrozumienie naszych lęków i pragnień zawsze było w cenie? Te konkretne role to oczywiście tylko spekulacje i luźne przypuszczenia. Niezależnie jednak od tego, czy powstaną dokładnie takie profesje, czy zupełnie inne, których dziś nie potrafimy jeszcze choćby nazwać, z dużym prawdopodobieństwem główny mechanizm wpływu owych zmian na rynki pozostanie niezmienny.

Strach przed AI na giełdzie

Zanim wyciągniemy ostateczne wnioski, musimy bezwzględnie pochylić się nad samym sednem rynkowych obaw i dokładnie prześwietlić dzisiejszy strach przed AI na giełdzie. Obecna narracja, która z niezwykłą siłą i regularnością, szczególnie w ostatnim czasie, przetacza się przez portale finansowe, social media czy fora dla traderów, maluje przed nami bardzo ponury, apokaliptyczny wręcz obraz nadchodzącej dekady. Mówi ona wprost o tym, iż sztuczna inteligencja, z powodu swojej niesamowitej wydajności, całkowicie i nieodwracalnie zmieni naszą gospodarczą rzeczywistość o 180 stopni w najgorszy możliwy sposób. Według tych katastroficznych założeń, błyskawiczna implementacja AI w korporacjach spowoduje lawinowe zwolnienia w sektorze usług, doprowadzając do ogromnego, strukturalnego bezrobocia “białych kołnierzyków”. Następnie, zgodnie z tą mroczną logiką, pozbawiona stałych dochodów klasa średnia gwałtownie ograniczy swoją konsumpcję, co natychmiast uderzy w przychody spółek giełdowych, powodując dramatyczne tąpnięcie zysków, a w ostatecznym rozrachunku doprowadzi do historycznego, bezprecedensowego krachu na światowych parkietach, po którym rynki mogą się nie podnieść przez całe pokolenie. Taki łańcuch przyczynowo-skutkowy brzmi przerażająco logicznie i intuicyjnie.

Jednakże, podążając konsekwentnie wyżej zaprezentowanym tokiem myślenia, musimy stanowczo stwierdzić, iż ta popularna, defetystyczna narracja wcale nie musi mieć, i najprawdopodobniej nie ma, racji bytu. Oparta jest ona na fundamentalnym błędzie postrzegania gospodarki jako układu statycznego, podczas gdy kapitalizm to system ekstremalnie dynamiczny. Prawdą jest, iż na giełdzie zobaczymy gigantyczne przetasowania kapitału i ogromną rotację między sektorami (tak jak miało to miejsce na przełomie tysiącleci, gdy do mainstreamu zaczął wchodzić internet). Spółki ociężałe, przestarzałe, zapatrzone w stare modele zarządzania, które nie zaadaptują się do rewolucji AI, z pewnością wykrwawią się i znikną z indeksów, tracąc miliardy dolarów kapitalizacji.

W ośrodku badawczym Xerox PARC wymyślono graficzny interfejs użytkownika, myszkę komputerową i sieć Ethernet, ale zarząd był tak zapatrzony w swój stary, dojny model biznesowy (sprzedaż wielkich kserokopiarek i tuszu), iż kompletnie zignorował ten potencjał, ostatecznie oddając go za bezcen takim graczom jak Apple czy Microsoft. Wykres cenowy tej spółki – z potężnym szczytem w okolicach 1999 roku i późniejszym, trwającym dekady zjazdem i stagnacją – to wizualny dowód na to, co rynek robi z firmami nienadążającymi za zmianą paradygmatu. Źródło: tradingview.com

Ale to nie oznacza systemowego końca giełdy czy zniszczenia całej wartości rynkowej. Przeciwnie. Algorytmy obniżające koszty operacyjne do absolutnego minimum oznaczają dla zwinnie działających korporacji historyczną eksplozję marż i zyskowności. Z kolei wspomniani wcześniej konsumenci, dzięki gigantycznej deflacji w sektorze podstawowych, cyfrowych usług, będą dysponować znacznie większym dochodem rozporządzalnym (zakładając brak erozji wartości pieniądza poprzez inflację oraz istotnych zmian w wysokości obciążeń podatkowych, ale to już bardziej kwestie polityczne niż finansowo-ekonomiczne), który z euforią wydadzą w całkowicie nowych, dopiero powstających gałęziach gospodarki, napędzając przychody kolejnej generacji giełdowych jednorożców. Strach na rynkach bierze się stąd, iż łatwiej jest algorytmom rynkowym i ludzkim analitykom wycenić nagły spadek kosztów i bolesne zwolnienia w starym sektorze, niż poprawnie zamodelować zyski z branż, które jeszcze fizycznie nie istnieją. Dlatego też okres przejściowy z pewnością przyniesie nam podwyższoną zmienność, gwałtowne wahania kursów i momenty paniki na Wall Street, ale traktowanie tego jako zwiastunu ostatecznej apokalipsy to powtarzanie błędu wszystkich rynkowych niedźwiedzi, którzy od stuleci regularnie ogłaszali rychły koniec wolnego rynku i zawsze z kretesem przegrywali z ludzką innowacyjnością.

Podsumowanie

Ostatecznie, analizując wpływ technologii na nasze życie zawodowe i strukturę światowych rynków, musimy wyciągnąć wnioski z bezlitosnych lekcji, jakich wielokrotnie udzieliła nam historia gospodarcza. Puenta tej rozległej rynkowej układanki sprowadza się do faktu, iż postęp technologiczny i idące za nim gwałtowne zmiany są jedyną prawdziwą stałą w globalnej ekonomii. Zjawisko to od zawsze towarzyszyło ludzkości, nieodmiennie wywołując skrajne emocje, od euforycznego optymizmu po paraliżujący strach przed nieznanym jutrem. Niezależnie od tego, czy mówimy o maszynie parowej, elektryczności, pierwszych arkuszach kalkulacyjnych, internecie czy dzisiejszych potężnych modelach sztucznej inteligencji, rynkowy schemat pozostaje uderzająco podobny.

Każda z tych przełomowych innowacji w swoim czasie wydawała się siłą zdolną do zniszczenia dotychczasowego porządku i zepchnięcia mas pracowników na margines gospodarki, a jednak za każdym razem okazywała się solidnym fundamentem pod budowę nowych, znacznie bardziej złożonych i zyskownych gałęzi przemysłu.

Gwarantem tego, iż rynki kapitałowe nie znikną pod naporem algorytmów, są twarde, sprawdzone przez stulecia mechanizmy wolnego rynku i niekończący się cykl alokacji uwolnionego kapitału. Kiedy maszyny ostatecznie wyeliminują kosztowną potrzebę wykonywania prostej, powtarzalnej pracy operacyjnej, uwolnione w ten sposób środki i ludzki czas zostaną po prostu przetransferowane do zupełnie nowych sektorów tworzenia wartości dodanej.

Sztuczna inteligencja z pewnością przemebluje nasze biura, hale produkcyjne i parkiety giełdowe, ale z całą pewnością nie jest ona pogromcą rynków, który zwiastuje koniec ludzkiej użyteczności. Musimy spojrzeć na ten przełomowy moment w historii jako na kolejny, naturalny wręcz etap naszej ewolucji. To potężne narzędzie zdejmuje z naszych barków przygniatający ciężar powtarzalności, uwalniając gigantyczne pokłady ludzkiego czasu i energii. Robi to po to, byśmy mogli zająć się tym, co od zawsze wymagało prawdziwego zaangażowania ludzkiego ducha – poszukiwaniem sensu, budowaniem głębokich relacji, tworzeniem niesztampowych idei oraz wyznaczaniem nowych horyzontów, za którymi podążą rynki i kapitał przyszłych pokoleń.

Idź do oryginalnego materiału