Czy Polska powinna przyjąć euro? Dziś to byłby poważny błąd!

2 godzin temu

Temat waluty euro wraca w Polsce regularnie i zawsze wraca w złym momencie.
Gdy złoty się osłabia – „euro dałoby stabilność”.
Gdy złoty jest silny – „po co nam euro”.
Tym razem temat wrócił, bo padła jasna deklaracja z poziomu rządu: nie spieszymy się. I na teraz to bardzo dobra decyzja.

Euro to nie kwestia wygody na urlopie ani sentymentu do banknotów. To decyzja o tym, czy w kolejnym kryzysie mamy własne stopy procentowe, własny kurs walutowy i własny zderzak bezpieczeństwa… czy oddajemy te narzędzia w ręce systemu, który nie jest skrojony pod polską gospodarkę.

W tym wpisie omówię, dlaczego dziś wejście do Strefy Euro byłoby dla Polski błędem, co dokładnie nie działa w konstrukcji tej strefy dla nas (przynajmniej teraz) i jakie warunki musiałyby się zmienić, żeby ta decyzja w przyszłości miała sens ekonomiczny, a nie tylko polityczny.

Czy Polska powinna przyjąć euro? Dziś to byłby poważny błąd!



Załóż konto w XTB z kodem DNARYNKOW
Odbierz bezpłatny kurs inwestowania dla początkujących.
Załóż konto

Deklaracja rządu i sedno pytania o euro w Polsce

Pod koniec stycznia padła jasna deklaracja od Ministra Finansów Andrzeja Domańskiego w rozmowie z Financial Times, który tłumaczył, iż Polska nie spieszy się do Strefy Euro, bo gospodarczo radzi sobie lepiej niż spora część krajów, które już wspólną walutę mają. I iż dziś argumentów za utrzymaniem złotego jest po prostu więcej.

Bo decyzja o wspólnej walucie nie sprowadza się do wygody na wakacjach. To decyzja o tym, czy w kryzysie masz własny „zderzak” w postaci kursu i własnych stóp procentowych, czy zdajesz się na wspólną politykę pieniężną, która z definicji nie będzie idealnie dopasowana do wszystkich. I dopiero na tym tle można odpowiedzieć na pytanie, czy Polska powinna wejść do Strefy Euro?

Od razu na start powiem Wam, iż w tej chwili dołączanie do Strefy Euro przez Polskę jest z perspektywy Polski… błędem. Nie, to nie oznacza, iż NIGDY nie powinniśmy w niej być, ale wiele musi się zmienić, żeby coś takiego miało z naszej perspektywy sens.

Nie ma tu emocji, sentymentu do banknotów, nie boję się „obcej waluty” ani nie jestem wielkim nienawistnikiem UE. To argumentacja czysto mechaniczna, oparta na tym, jak działają gospodarki, rynki finansowe i polityka pieniężna w różnych fazach cyklu koniunkturalnego. Własna waluta to nie symbol, tylko konkretny zestaw narzędzi, którymi możemy sobie pomagać, kiedy gospodarka tego potrzebuje. Problem polega na tym, iż dziś Polska musiałaby z tych narzędzi zrezygnować, nie dostając w zamian wystarczająco wiele alternatywnych korzyści.

Suwerenność monetarna: stopy procentowe a polska gospodarka

Pierwszym i kluczowym elementem jest suwerenność monetarna. Posiadanie własnych stóp procentowych oznacza możliwość reagowania na specyficzne warunki krajowe. Polska gospodarka ma inną strukturę niż Niemcy, Francja, Holandia czy Czechy. Inny udział przemysłu, inny rynek pracy, inną dynamikę kredytu hipotecznego, inny poziom doganiania dochodów Zachodu. Optymalny poziom stóp procentowych dla Polski w danym momencie bardzo często różni się od tego, który jest racjonalny dla „średniej” strefy euro.

Przy własnej walucie bank centralny może schładzać gospodarkę albo ją podkręcać wedle uznania – zależnie od cyklu koniunkturalnego, inflacji i dynamiki popytu. Po wejściu do euro ta możliwość znika. Decyzje podejmuje EBC, kierując się agregatem danych z całej strefy. choćby przy najlepszych intencjach oznacza to kompromis, a kompromis w polityce pieniężnej zwykle oznacza niedopasowanie.

Łatwo sobie wyobrazić, iż inflacja w Polsce wymyka się spod kontroli, ale Niemcy i Francja dalej są w kryzysie, więc EBC nie podniesie stóp procentowych, żeby tę inflację w Polsce zwalczyć, bo w całym sosie jesteśmy średnią.

Nawet jeżeli EBC działa racjonalnie i opiera się na danych, wspólna stopa procentowa rzadko jest „w sam raz” dla wszystkich. Dla jednych państw może być zbyt niska, podsycając bańki na rynku nieruchomości i nadmierny kredyt. Dla innych zbyt wysoka, dławiąc inwestycje i popyt wewnętrzny. Historia strefy euro pokazuje, iż takie asymetrie nie są wyjątkiem, tylko normą. Kraje na różnych etapach rozwoju reagują na ten sam impuls monetarny w zupełnie inny sposób. Polska, jako gospodarka wciąż doganiająca najbardziej rozwinięte państwa UE, jest szczególnie narażona na taki efekt.

Złoty jako „zderzak bezpieczeństwa” w kryzysie

Drugim elementem jest złoty jako zderzak bezpieczeństwa. Kurs walutowy pełni funkcję automatycznego stabilizatora w sytuacjach szoku zewnętrznego. Gdy pogarsza się globalna koniunktura lub pojawia się kryzys finansowy, osłabienie waluty pomaga eksporterom, poprawia konkurencyjność cenową i amortyzuje spadek popytu. To nie jest magia, tylko prosty mechanizm cenowy. Przykład Polski z okresu globalnego kryzysu finansowego bywa określany mianem „zielonej wyspy”. Dzięki słabnącej walucie z tamtego okresu eksporterzy mieli trochę z górki, co pomogło polskiej gospodarce uniknąć poważnego kryzysu.

Własna waluta pozwala gospodarce dostosować się szybciej i mniej boleśnie. W strefie euro ten kanał znika. Dostosowanie musi się odbyć przez ceny wewnętrzne, płace i bezrobocie, czyli znacznie wolniej i bardziej boleśnie z perspektywy społeczeństwa.

Finanse publiczne: status emitenta długu i ryzyko kryzysów zaufania

Trzeci argument dotyczy finansów publicznych i jest często pomijany w dyskusji, bo brzmi technicznie, ale w gruncie rzeczy jest najważniejszy ze wszystkich, jakie tutaj wymieniam. Państwo z własną walutą jest suwerennym emitentem długu (obligacji) w walucie, którą samo kontroluje. Po wejściu do strefy euro ta cecha znika. Państwo zaczyna funkcjonować bardziej jak korporacja. Musi pożyczać w walucie, której nie emituje, i jest w pełni zależne od nastrojów rynku. To zwiększa podatność na kryzysy zaufania, wzrosty rentowności i nagłe odpływy kapitału. W takiej konstrukcji presja na utrzymywanie nadwyżek budżetowych rośnie właśnie wtedy, gdy gospodarka słabnie.

Pojawia się skłonność do pro-cyklicznych cięć wydatków i podwyżek podatków, które pogłębiają spowolnienie. Własna waluta nie eliminuje ryzyka fiskalnego, ale daje większą elastyczność w zarządzaniu nim w czasie.

Państwo z własną walutą ma też dużo trudniej zbankrutować, bo kontroluje walutę, w której jest zadłużone. Tymczasem państwo, które posługuje się walutą, której nie kontroluje, musi o wiele bardziej uważać, czy jest w stanie spłacać dług i czy nie skończy mu się płynność finansowa. W efekcie nie może tak swobodnie stymulować gospodarki w czasie recesji, uruchamiać beztrosko inwestycji, dofinansowywać tak hojnie różnych projektów infrastrukturalnych. Musi być zdecydowanie bardziej ostrożne i liczyć każdy grosz. Co gorsza, w czasie recesji, kiedy przychody podatkowe spadają, to państwo też musi obcinać wydatki, zamiast je zwiększać, żeby wspomóc gospodarkę, która spowalnia.

Zestawiając te elementy razem, łatwo dojść do wniosku, iż dziś koszt utraty własnej waluty jest dla Polski wysoki. Nie dlatego, iż euro jest „złe”, tylko dlatego, iż obecna konstrukcja strefy euro nie oferuje wystarczających mechanizmów kompensujących utratę kluczowych narzędzi stabilizacji dla takiego kraju jak Polska.

Problem konstrukcyjny: unia monetarna bez unii fiskalnej

Na tym etapie argumenty te mogą brzmieć jak teza, iż „Polska nie chce się dostosować” albo iż „chce grać solo”. Tyle iż to uproszczenie. Problem nie leży wyłącznie po stronie Polski. Problem ma charakter konstrukcyjny i dotyczy samej architektury Strefy Euro. Bo to nie Polska musi się zmienić i „dorosnąć” do strefy euro, to strefa euro musi zostać poprawiona, żeby nam było warto do niej wstąpić.

Jeśli spróbować sprowadzić wszystkie wady strefy euro do jednego zdania, to brzmiałoby ono następująco: Europa stworzyła wspólną walutę, ale nie stworzyła choćby namiastki wspólnego zaplecza fiskalnego. Reszta problemów nie jest zbiorem przypadkowych błędów. To konsekwencje tej jednej decyzji konstrukcyjnej.

Strefa Euro jest unią monetarną bez własnego budżetu i to jest największy problem fundamentalny. Mamy jedną walutę, jeden bank centralny i jedną politykę pieniężną, ale nie mamy wspólnego budżetu o realnej skali ani wspólnej, stałej emisji długu. Każde państwo odpowiada za swoje finanse publiczne samodzielnie, a jednocześnie nie kontroluje waluty, w której ten dług jest denominowany. W praktyce oznacza to, iż w momencie kryzysu nie istnieje automatyczny mechanizm redystrybucji ryzyka na poziomie całej strefy. Kraje silniejsze radzą sobie lepiej, kraje słabsze są zdane na własne możliwości, negocjacje polityczne albo pomoc warunkową. To nie jest spójny organizm gospodarczy, tylko zbiór połączony wspólnym pieniądzem, ale oddzielony odpowiedzialnością fiskalną.

W klasycznych państwach federalnych ten problem nie występuje w takiej skali. Stany Zjednoczone mają jeden bank centralny, ale mają też federalny budżet, który automatycznie stabilizuje gospodarkę. Gdy jeden ze stanów przechodzi recesję, transfery socjalne, podatki federalne i wspólne programy inwestycyjne działają jak amortyzator. Nie ma dyskusji, czy pomóc Teksasowi albo Kalifornii, bo mechanizm działa z definicji. W Strefie Euro nic takiego nie istnieje. Każdy kryzys staje się negocjacją, a każda negocjacja zajmuje czas.

Polub nas na Facebooku!

Znajdziesz tam więcej wartościowych treści o inwestowani, giełdzie i rynkach.

DNA Rynków – merytorycznie o giełdach i gospodarkach

Kryteria z Maastricht i sztywne reguły budżetowe

Drugim elementem tego samego problemu są kryteria z Maastricht i sztywne limity fiskalne. Deficyt do 3% PKB i dług do 60% PKB miały być gwarancją stabilności. W praktyce stały się dusicielem, który utrudnia prowadzenie sensownej polityki antykryzysowej i inwestycyjnej. Limity nie rozróżniają, czy deficyt finansuje konsumpcję, czy długoterminowe inwestycje w infrastrukturę, energetykę lub technologię. Liczy się tylko liczba. Efekt jest taki, iż w momentach spowolnienia zamiast stabilizować gospodarkę, wiele państw jest zmuszonych do zaciskania pasa.

Dla kontrastu warto spojrzeć na USA i Chiny, nie po to, by wartościować systemy polityczne, ale by zobaczyć różnicę w architekturze. Stany Zjednoczone nie mają konstytucyjnego limitu deficytu federalnego. Gdy pojawia się kryzys, rząd i bank centralny reagują gwałtownie i na dużą skalę. Chiny prowadzą jeszcze bardziej elastyczną politykę fiskalną, traktując dług publiczny jako narzędzie rozwoju i stabilizacji, a nie jako zagrożenie samo w sobie. Europa natomiast próbuje konkurować globalnie, jednocześnie narzucając sobie reguły, które ograniczają zdolność do reagowania i inwestowania. To strukturalnie osłabia jej pozycję.

Strefa Euro działa w miarę stabilnie w dobrych czasach, gdy gospodarki rosną, a napięcia są niewielkie. Problemy ujawniają się w momentach stresu. Wtedy brak wspólnego budżetu, sztywne reguły fiskalne i wolne procesy decyzyjne zamieniają kryzys gospodarczy w kryzys polityczny.

Dlatego pytanie o euro dla Polski nie jest pytaniem o gotowość do wyrzeczeń ani o „europejskość”. To pytanie o to, czy Strefa Euro jest dziś systemem, który przejmuje część ryzyka i stabilizuje gospodarkę, czy raczej konstrukcją, która to ryzyko przenosi na poziom państw narodowych. Na razie jest to bardziej druga opcja.

Co musiałoby się zmienić, żeby euro miało dla Polski sens

Okej, ale jak w takim razie musiałaby wyglądać strefa euro, żeby dla Polski była rozwiązaniem, a nie dodatkowym źródłem ryzyka.

Potrzebne byłyby przede wszystkim realne zmiany instytucjonalne. Dopiero wtedy dyskusja o przyjęciu euro przez Polskę przestaje być rozmową o ryzyku, a zaczyna być rozmową o wymianie jednych narzędzi na inne, potencjalnie równie skuteczne.

Kluczowym warunkiem jest pełna unia fiskalna, czyli wspólny budżet. Wspólna waluta bez wspólnego budżetu działa tylko w dobrych czasach. Sensowna Strefa Euro musiałaby dysponować budżetem o realnej skali, który nie jest jedynie dodatkiem do budżetów narodowych, ale pełni funkcję stabilizacyjną. Oznaczałoby to stałą zdolność do prowadzenia wspólnej polityki fiskalnej, finansowania dużych projektów inwestycyjnych oraz reagowania na asymetryczne szoki gospodarcze. Integralnym elementem takiego systemu musiałaby być wspólna emisja długu, traktowana jako standardowy instrument, a nie wyjątkowe rozwiązanie uruchamiane w sytuacjach nadzwyczajnych. Dopiero wtedy państwa członkowskie nie byłyby pozostawione same sobie w momentach napięcia, a ryzyko byłoby rozkładane na całą strefę.

Wspólna emisja długu, czyli tzw. euroobligacje, to „brakujące ogniwo” Strefy Euro, które mogłoby przekształcić ją w globalną potęgę finansową.

Nie potrafię zrozumieć, dlaczego to jeszcze nie jest zrealizowane. w tej chwili rynek długu w euro jest rozproszony na narodowe obligacje poszczególnych państw, co ogranicza jego płynność. Wprowadzenie wspólnych papierów dłużnych stworzyłoby gigantyczny i jednolity rynek bezpiecznych aktywów, zdolny realnie konkurować z amerykańskimi obligacjami skarbowymi. To przyciągnęłoby do Europy kapitał z całego świata i wzmocniło rolę euro.

Kluczową korzyścią byłoby zakończenie spekulacyjnych ataków przeciwko pojedynczym krajom. W systemie solidarnym rynki finansowe nie mogłyby „testować” słabszych gospodarek poprzez gwałtowne podnoszenie im kosztów pożyczania pieniędzy. Wspólny dług sprawia, iż rynek staje się na tyle duży, iż ciężej nim manipulować i sterować. W efekcie zapewniłoby to stabilność całej unii monetarnej i umożliwiło finansowanie strategicznych projektów ogólnoeuropejskich, jak transformacja energetyczna, rozwój AI czy wspólna obrona bez nadmiernego obciążania budżetów narodowych.

Żeby lepiej to zrozumieć, warto spojrzeć na infografikę, która obrazuje, jak olbrzymi jest amerykański lub chiński rynek obligacji, a jak podzielony jest europejski rynek i jaki miałby potencjał, gdyby go scalić.

Kolejny warunek to zmiana reguł budżetowych. Obecna logika kryteriów z Maastricht opiera się na prostych limitach, które ignorują kontekst makroekonomiczny i strukturę wydatków. Sensowny system powinien rozróżniać, czy deficyt wynika z bieżącej konsumpcji, czy z inwestycji budujących potencjał wzrostowy. Inwestycje w infrastrukturę, transformację energetyczną, obronność czy nowe technologie mają inny charakter niż transfery socjalne finansowane długiem. Traktowanie ich jednakowo prowadzi do niedoinwestowania Europy. Nowe reguły musiałyby pozwalać na bardziej elastyczną stymulację fiskalną w momentach, gdy sektor prywatny ogranicza wydatki, zamiast wymuszać procykliczne zaciskanie pasa. Bez takiej zmiany strefa euro zawsze będzie reagować na kryzysy z opóźnieniem i na zbyt małą skalę.

Trzecim warunkiem są sprawne mechanizmy ratunkowe i interwencyjne. Kryzys finansowy to nie jest moment na długie negocjacje i testowanie cierpliwości rynków. Potrzeba jasnych procedur działania, które pozwalają na szybkie wsparcie rynku długu i systemu finansowego w skali całej unii. Bank centralny powinien mieć możliwość zdecydowanej interwencji w kluczowych momentach.

Te trzy warunki tworzą spójną całość. Unia fiskalna bez elastycznych reguł budżetowych byłaby mało efektywna. Elastyczne reguły bez szybkich mechanizmów interwencji nie zapewniłyby stabilności w kryzysie. Dopiero połączenie tych elementów zmienia charakter Strefy Euro z luźnej unii walutowej w pełnoprawny system.

W takim układzie euro przestaje być wspólną walutą bez realnych gwarancji, a zaczyna funkcjonować jako wspólny rynek kapitału z prawdziwym zapleczem instytucjonalnym. I dopiero wtedy pojawia się sens, by rozmawiać o korzyściach, jakie Polska mogłaby z tego systemu uzyskać, zamiast koncentrować się wyłącznie na kosztach i ryzykach.

Dołącz do nas na X oraz YouTube i bądź na bieżąco!

Potencjalne korzyści z euro, jeżeli strefa byłaby „naprawiona”

Jeśli założymy, iż te wszystkie kwestie kieeeedyś zostałyby spełnione i Strefa Euro się zmieni oraz dostosuje, to wtedy Polska mogłaby myślęco o przyjmowaniu wspólnej waluty, bo to nie tak, iż obecność w Strefie Euro nie ma zalet. Ma i to sporo.

Pierwszą i najważniejszą korzyścią byłby wzrost płynności rynku długu. w tej chwili polskie obligacje denominowane w złotym są w dużej mierze instrumentem lokalnym. Kupują je głównie krajowe banki, fundusze i instytucje zagraniczne, które akceptują ryzyko kursowe. Po wejściu do Strefy Euro, przy istnieniu wspólnego zaplecza fiskalnego, polski dług stałby się częścią jednolitego rynku obligacji w euro. Zniknęłoby ryzyko walutowe dla inwestorów ze strefy euro, a baza potencjalnych nabywców znacząco by się poszerzyła. Większa płynność oznacza mniejsze wahania cen, niższe premie za ryzyko i stabilniejsze finansowanie potrzeb państwa.

Polska jest dalej krajem rozwijającym się i w dodatku osadzonym relatywnie blisko Rosji, co podnosi premię za ryzyko, czyli mówiąc po ludzku inwestorzy oczekują od polskich obligacji wyższego oprocentowania niż na przykład od niemieckich. Gdybyśmy zostali „uśrednieni” z resztą unii, to nasz koszt finansowania by się obniżył, czyli oprocentowanie długu by spadło. To przekłada się zarówno na niższy koszt obsługi długu z perspektywy rządu, ale też na niższe koszty kredytu dla firm. Dlaczego? Bo firmy muszą zaoferować wyższe oprocentowanie ponad to, co i tak płaci „bezpieczny” rząd. jeżeli rząd płaci mniej, to firmy też mogą płacić mniej. No a niższe oprocentowanie dla firm to szybszy ich rozwój i więcej inwestycji.

Gra nie kończy się jednak na oprocentowaniu. Z tym wiążą się też większe możliwości finansowania. Dostęp do głębokiego i jednolitego rynku kapitałowego w euro ułatwia rolowanie długu, zwłaszcza w okresach napięć rynkowych. W sytuacjach stresowych najważniejsze jest zaufanie inwestorów do całego systemu, a nie tylko do jednego kraju. o ile za państwami stoi wiarygodna architektura fiskalna i wspólne mechanizmy stabilizacyjne, ryzyko gwałtownych skoków rentowności spada. To daje większą przestrzeń do prowadzenia polityki gospodarczej bez obawy, iż krótkoterminowe wstrząsy rynkowe wymuszą nagłe i kosztowne dostosowania budżetowe.

Trzecim obszarem korzyści jest większe zainteresowanie rynkiem kapitałowym. Notowania i przepływy kapitału w euro są naturalnym środowiskiem dla wielu dużych funduszy inwestycyjnych z Europy Zachodniej. Dla części z nich rynki poza strefą euro są obarczone dodatkowymi ograniczeniami regulacyjnymi lub ryzykiem walutowym, które zmniejsza atrakcyjność inwestycji. Przejście na euro mogłoby obniżyć te bariery i zwiększyć udział kapitału zagranicznego na polskiej giełdzie. To nie gwarantuje automatycznego wzrostu wycen, ale sprzyja większej płynności, szerszemu pokryciu analitycznemu i większej aktywności inwestorów instytucjonalnych. Co to daje? Polskie firmy mogłyby pozyskiwać więcej pieniędzy od inwestorów na rozwój i inwestycje, a dzięki temu cała nasza gospodarka szybciej by się rozwijała.

Kolejną zaletą jest stabilizacja kursowa i brak kosztów transakcyjnych. Dla firm handlujących z krajami strefy euro znikają koszty zabezpieczania ryzyka walutowego, a wraz z nimi część tarć w handlu międzynarodowym. w tej chwili wahania kursu złotego tworzą naturalny konflikt interesów między eksporterami a importerami. Jedni korzystają na słabszej walucie, drudzy na silniejszej. Wspólna waluta eliminuje ten spór, upraszczając relacje handlowe i strukturę cenową w całym łańcuchu dostaw. Co prawda, dalej nie możemy w takim scenariuszu bronić się przed kryzysem, osłabiając własną walutę, ale mówimy teraz o hipotetycznym scenariuszu, kiedy Strefa Euro jest „naprawiona” i ma inne narzędzia do przeciwdziałania kryzysom.

Z perspektywy przedsiębiorstw najważniejsze jest także lepsze planowanie biznesowe. Brak ryzyka kursowego oznacza większą przewidywalność przepływów pieniężnych, łatwiejsze budżetowanie i stabilniejsze marże. To szczególnie istotne dla dużych firm działających w wielu krajach europejskich, ale także dla średnich przedsiębiorstw włączonych w międzynarodowe łańcuchy produkcyjne. Mniejsza zmienność finansowa sprzyja podejmowaniu długoterminowych decyzji inwestycyjnych, które w innym przypadku byłyby odkładane na kiedyś.

Wszystkie te korzyści mają jednak wspólny warunek. Nie wynikają one z samego faktu posiadania euro, ale z uczestnictwa w dobrze zaprojektowanym systemie instytucjonalnym. To jest moment, w którym widać sedno całej dyskusji. Euro ma sens jako pakiet instytucjonalny, który zapewnia dostęp do kapitału, stabilność i przewidywalność. jeżeli ten pakiet jest niekompletny, płaci się za logo, a nie za bezpieczeństwo. Dopiero po jego naprawie korzyści zaczynają realnie przewyższać koszty.

Dlaczego mniejsze kraje przyjmują euro: Bułgaria, Chorwacja i skala gospodarki

Ale w takim razie czemu takie kraje jak Bułgaria czy Chorwacja i inni przyjmowali niedawno euro? Bułgaria ma je od 1 stycznia 2026, a Chorwacja od 2023? Przecież te wszystkie argumenty są też adekwatne w ich przypadku.

Tak, ale to też kompletnie inne gospodarki od Polski. Na wspólnej europejskiej walucie najbardziej do tej pory skorzystały Niemcy. Niemiecka gospodarka unikała dzięki euro obniżania własnej konkurencyjności przez inne średnie i duże gospodarki, np. Włochy.

Gdy brakowało mechanizmu rynkowego osłabiania waluty narodowej, bo jej nie ma, to Niemcy mogli latami w sztuczny sposób utrzymywać swoją konkurencyjność względem innych. Gdyby niemiecka marka dalej istniała, to jej kurs przy wieloletniej sile niemieckiej gospodarki mocno by wzrósł, a to prowadziło do spadku eksportu i ewentualnego spowolnienia gospodarczego w Berlinie. Ponieważ jednak euro jest walutą wielu krajów, to jedne ciągną kurs w dół, np. kraje południa, a inne ciągną go w górę.

W efekcie kurs w dużym stopniu stoi w miejscu, nie jest aż tak zmienny, a atrakcyjność niemieckiego eksportu była długo utrzymywana. To nie żadna germanofobia, ale czysty fakt.

Duże gospodarki przyjmowały euro dawno temu, w większości w 1999 roku. w tej chwili od tamtego czasu dołączają do tego grona wyłącznie kraje dużo mniejsze niż Polska.

Rezygnacja z własnej waluty może mieć sens w przypadku małych gospodarek, które są związane z dużymi gospodarkami znaczącym udziałem w handlu, a systemy walutowe są między nimi mocno zintegrowane. Wówczas korzyści już teraz przekraczają wady.

Jednak w przypadku państw dużych, które mają mocno zdywersyfikowany handel zagraniczny, zachowanie własnej waluty daje o wiele lepsze możliwości. Innymi słowy, z perspektywy konkurencyjności gospodarki, euro jest świetnym rozwiązaniem dla Chorwacji czy Bułgarii choćby w obecnej formule, ale już dużo gorszym pomysłem dla Polski.

Wniosek: kiedy euro ma sens dla Polski, a kiedy nie

Na obecnym etapie wejście Polski do strefy euro byłoby ruchem obarczonym istotnym ryzykiem. Cena tej decyzji jest znana i konkretna: utrata własnej polityki pieniężnej, kursu walutowego jako stabilizatora oraz statusu suwerennego emitenta długu. Zabezpieczenia, które miałyby to rekompensować, są dziś niewystarczające. Strefa euro w obecnym kształcie działa poprawnie w okresach stabilnych, ale w momentach napięć przerzuca zbyt dużą część ryzyka na poziom państw narodowych. Dla kraju takiego jak Polska, wciąż nadrabiającego dystans rozwojowy, to układ asymetryczny.

To nie oznacza jednak trwałego sprzeciwu wobec euro. Stanowisko jest warunkowe, a warunki są jasno określone. Po pierwsze, musiałaby powstać pełna unia fiskalna, obejmująca wspólny budżet o realnej skali oraz stałą emisję wspólnego długu. Po drugie, konieczna byłaby zmiana reguł budżetowych, tak aby rozróżniały konsumpcję od inwestycji i pozwalały na elastyczną politykę antykryzysową. Po trzecie, strefa euro musiałaby dysponować sprawnymi, szybkimi mechanizmami interwencji, zdolnymi stabilizować rynki bez długich sporów politycznych. Bez spełnienia tych trzech punktów bilans pozostaje niekorzystny.

Równolegle Polska powinna robić swoje, niezależnie od tego, czy euro jest na horyzoncie. Wzmacniać wiarygodność fiskalną, rozwijać krajowy rynek kapitałowy i dbać o odporność gospodarki na szoki zewnętrzne. Te działania zwiększają pole manewru w każdym scenariuszu. Euro nie jest celem samym w sobie. Jest narzędziem, które ma sens tylko wtedy, gdy system, do którego się wchodzi, rzeczywiście przejmuje część ryzyka zamiast je generować.

Załóż konto w XTB z kodem DNARYNKOW
Odbierz bezpłatny kurs inwestowania dla początkujących.
Załóż konto

Do zarobienia!
Piotr Cymcyk

Porcja informacji o rynku prosto na Twoją skrzynkę w każdą niedzielę o 19:00
67
5
Idź do oryginalnego materiału