Elon Musk właśnie zrobił coś, co na pierwszy rzut oka wygląda jak kolejna wewnętrzna roszada w jego technologicznym imperium. SpaceX przejmuje xAI. I wiele osób machnie ręką: „kolejna fuzja, kolejny Elonowy chaos”.
Problem w tym, iż to nie jest tylko ruch finansowy. Dziś rozwój sztucznej inteligencji nie blokuje już brak algorytmów ani pieniędzy. Blokuje go prąd, woda, chłodzenie i miejsce na Ziemi. Musk mówi wprost: skoro Ziemia staje się wąskim gardłem dla infrastruktury AI, to przenieśmy problem… poza planetę.
Ta decyzja łączy rakiety wielokrotnego użytku, satelity, globalną sieć Starlink i modele AI w jeden organizm, który nie ma precedensu w historii technologii i stawia pytania brzmiące jak science fiction, ale mające bardzo realne konsekwencje biznesowe:
- czy centra danych w kosmosie mają sens,
- czy sztuczna inteligencja może uczyć się fizycznego świata szybciej niż konkurencja,
- czy to jest początek największej prywatnej infrastruktury technologicznej, jaka kiedykolwiek powstała.
Bo jeżeli to się uda, nie zmieni się jedna firma. Zmieni się sposób, w jaki buduje się i trenuje sztuczną inteligencję.
Czy powstaje największa firma świata? SpaceX i xAI w drodze na giełdę!
SpaceX przejmuje xAI – po co Musk łączy kosmos i sztuczną inteligencję?
Elon Musk ogłosił, iż SpaceX przejmuje spółkę xAI. Nie mówimy tu o kosmetycznym przestawieniu klocków w jego imperium, tylko o ruchu, który ma zmienić sposób, w jaki rozwijana jest sztuczna inteligencja oraz infrastruktura kosmiczna. To nie jest zwykła fuzja dla synergii kosztowych, żeby zoptymalizować wydatki w dziale marketingu. To jest próba obejścia twardych, fizycznych ograniczeń, które dziś blokują rozwój technologii na Ziemi.
Oficjalna narracja wygląda tak: SpaceX wnosi do połączonej firmy rakiety, satelity i globalną sieć Starlink. xAI wnosi oprogramowanie oraz ambicję budowy zaawansowanej sztucznej inteligencji, która nie tylko przetwarza tekst, ale potrafi rozumieć świat fizyczny.
Skala tego projektu jest ogromna choćby jak na standardy Elona Muska. W mediach branżowych pojawia się wycena połączonego organizmu na poziomie około 1,3 biliona dolarów. Około bilion przypisywany jest SpaceX, a kolejne 250–300 miliardów dolarów xAI. Taka wycena z marszu wrzuca tę spółkę do Top 11 największych firm na świecie pod względem kapitalizacji.

Plany i ambicje są olbrzymie, ale wraz z nimi pojawia się coraz więcej pytań. Czy te ambitne projekty są technicznie możliwe, czyli co faktycznie da się zrobić z punktu widzenia fizyki i inżynierii kosmicznej? Po drugie, czy to wszystko ma sens ekonomiczny, a więc czy kosmiczne centra danych i kolonizacja Marsa mogą kiedykolwiek się opłacić? I po trzecie, dlaczego do fuzji dochodzi akurat teraz?
Dopiero na przecięciu tych trzech warstw widać, czym naprawdę jest to przejęcie i dlaczego rynek nie może przejść obok niego obojętnie.
Centra danych w kosmosie – czy to w ogóle ma sens?
Elon Musk nie ukrywa, iż długofalowym celem połączenia SpaceX i xAI jest przeniesienie części infrastruktury sztucznej inteligencji poza Ziemię. W jego wizji serwery odpowiedzialne za trenowanie modeli AI i ich działanie mają trafić na orbitę.
Żeby zrozumieć, po co Musk w ogóle kombinuje z przenoszeniem infrastruktury AI w kosmos, trzeba zejść na poziom bardzo przyziemny. Dzisiejszy rozwój tej technologii dusi się przez ograniczenia fizyczne i infrastrukturalne. Sztuczna inteligencja potrzebuje ogromnej mocy obliczeniowej. A ta oznacza trzy rzeczy: prąd, chłodzenie i miejsce. Każda z nich zaczyna być problemem systemowym i zauważamy realne niedobory.
Zacznijmy od energii. Nowoczesne centra danych zużywają tyle prądu, co średnie miasta. Problem polega na tym, iż sieci energetyczne nie były projektowane pod taki popyt generowany przez rozwój AI. Przyłącza są ograniczone, inwestycje w nowe moce realizowane są latami, a lokalne społeczności coraz częściej mówią „nie”, bo nikt nie chce pod oknem betonowego kolosa, który zużywa prąd i szpeci krajobraz. Do tego dochodzi polityka: regulacje, cele klimatyczne i ograniczenia, które sprawiają, iż prąd jest nie tylko drogi, ale też niepewny.

Drugi problem to chłodzenie. Serwery produkują gigantyczne ilości ciepła, które trzeba gdzieś odprowadzić. Najczęściej robi się to wodą. I tu pojawia się kolejny zator. W wielu regionach świata woda staje się zasobem strategicznym. Centra danych konkurują o nią z rolnictwem i miastami. Efekt jest taki, iż choćby jeżeli masz pieniądze i technologię, to utkniesz na etapie pozwoleń środowiskowych. Trzeci element to przestrzeń. Duże centra danych zajmują ogromne obszary, a ziemia w pobliżu dobrych przyłączy energetycznych jest coraz droższa i coraz bardziej regulowana.
I w tym miejscu wchodzi cała kosmiczna narracja. Pomysł, który promuje Musk, polega na wyniesieniu części tej infrastruktury na orbitę okołoziemską. W uproszczeniu: zamiast stawiać kolejne hale na Ziemi, umieszczasz serwery na satelitach. Energia pochodzi bezpośrednio ze słońca. Nie ma lokalnych protestów, nie ma problemu z dostępem do wody, nie ma walki o przyłącza. Dane przesyłane są przez sieć satelitarną Starlink, która już dziś działa globalnie i jest pod pełną kontrolą SpaceX.

Brzmi jak science fiction, więc tu trzeba zrobić bardzo istotny przystanek. W kosmosie nie ma magicznego chłodzenia. Próżnia nie zabiera ciepła sama z siebie. Ciepło trzeba oddać poprzez promieniowanie, a to oznacza jedno: duże radiatory do odprowadzania ciepła. Duże radiatory to duża powierzchnia i większa masa, a większa masa to wyższy koszt wyniesienia na orbitę. Każdy dodatkowy kilogram to realne pieniądze. Do tego dochodzi kwestia serwisowania, awarii i żywotności sprzętu w środowisku, które nie wybacza błędów. To nie jest tanie ani proste rozwiązanie i nie stanie się nagle cudowną alternatywą dla centrów danych na Ziemi.
To jednak nie znaczy, iż nigdy się nie wydarzy. SpaceX wnosi tutaj coś, czego nikt inny nie ma w tej skali: regularny, relatywnie tani dostęp do orbity, własne rakiety, własne satelity i własną sieć łączności. SpaceX osiągnęło na przestrzeni lat coś niesamowitego. Obniżyło koszty wynoszenia ładunków na orbitę do wręcz śmiesznie niskiej ceny 1000 dolarów za kilogram. Tak naprawdę wielu przeciętnych zjadaczy chleba mogłoby sobie teoretycznie pozwolić na wysłanie w kosmos kilogramowego ładunku. Jeszcze 30 lat temu mówiliśmy o koszcie oscylującym wokół 20 tysięcy dolarów za kilogram, a po drodze działała jeszcze inflacja, więc realnie te koszty spadły jeszcze mocniej.

Wiemy już, jakie kompetencje wnosi tutaj SpaceX. Natomiast xAI wnosi modele sztucznej inteligencji, rosnący popyt na moc obliczeniową i uzasadnienie biznesowe, żeby w ogóle takie projekty rozważać. Bez xAI SpaceX nie miałoby klienta na kosmiczne centra danych. Bez SpaceX xAI musiałoby dalej walczyć o prąd, wodę i pozwolenia na Ziemi.
Dlatego to nie jest fanaberia ani pokaz siły. To konkretna droga do celu. Ryzykowna, kosztowna i pełna znaków zapytania, ale logiczna z punktu widzenia problemu, który dziś najbardziej blokuje rozwój tej technologii.
Zatrzymajmy się na moment. Znamy już główny powód połączenia tych dwóch spółek – centra danych w kosmosie. Ale czy to wszystko? Oczywiście, iż nie.
Dane z prawdziwego świata – paliwo dla nowej generacji AI
Do tej pory rozwój modeli AI opierał się głównie na jednym rodzaju paliwa: tekście z internetu. Artykuły, książki, fora, media społecznościowe, dokumenty. To wystarczyło, żeby nauczyć modele pisać, streszczać, tłumaczyć i prowadzić rozmowy. Ale to jest tylko jedna warstwa rzeczywistości – językowa. Problem w tym, iż świat nie składa się z tekstu. Składa się z ruchu, fizyki, opóźnień, awarii, tarcia, błędów i decyzji podejmowanych w czasie rzeczywistym.
Tu pojawia się kluczowa różnica między sztuczną inteligencją „językową” a taką, która ma rozumieć świat fizyczny. Ta pierwsza uczy się wzorców w zdaniach. Druga musi uczyć się na danych, które opisują to, co faktycznie dzieje się w rzeczywistości: prędkości, przyspieszenia, obrazy z kamer, sygnały z czujników, reakcje systemów na nieprzewidziane zdarzenia. To są dane, których nie da się masowo wygenerować z internetu, bo one po prostu tam nie istnieją.
I właśnie w tym miejscu SpaceX staje się dla xAI zasobem nieporównywalnie cenniejszym niż kolejna hala pełna serwerów. SpaceX każdego dnia generuje gigantyczne ilości danych operacyjnych: telemetrię z rakiet, dane z lotów, informacje z lądowań, obrazy i pomiary z satelitów, sygnały z systemów działających w ekstremalnych warunkach. To są dane opisujące realną fizykę świata, a nie jej opis słowny. Dla rozwoju zaawansowanej sztucznej inteligencji to prawdziwe złoto.
Do tego dochodzą dane satelitarne. Obserwacja Ziemi w czasie niemal rzeczywistym, analiza zmian pogodowych, ruchu, infrastruktury czy katastrof naturalnych. To nie są pojedyncze zdjęcia, tylko ciągłe strumienie informacji, które pokazują, jak systemy zachowują się w czasie. jeżeli celem jest stworzenie AI zdolnej do podejmowania decyzji w dynamicznym środowisku, takie dane są nie do zastąpienia.
Całość tego przedsięwzięcia spina sieć Starlink, czyli globalny kanał dystrybucji danych. Nie chodzi tylko o internet dla użytkowników. Chodzi o infrastrukturę, która pozwala przesyłać informacje między satelitami, Ziemią i potencjalnie przyszłymi systemami oraz centrami danych w kosmosie bez pośredników. W jednym organizmie masz więc źródło danych (loty kosmiczne i tak dalej), kanał przesyłu (Starlink) i system (modele xAI), który te dane przetwarza.

To prowadzi do szerszej strategii Elona Muska, czyli pełnej integracji pionowej. Jeden podmiot kontroluje fizyczne urządzenia, łączność, transport na orbitę, a także oprogramowanie i modele decyzyjne. Taki układ jest ekstremalnie trudny do skopiowania. Nie wystarczy wyłożyć pieniędzy. Trzeba lat doświadczeń, własnej infrastruktury i umiejętności koordynowania bardzo różnych kompetencji. Dlatego ta kombinacja jest potencjalnie groźna dla konkurencji, choćby tej największej.
Ale tu konieczne jest ważne zastrzeżenie, żeby nie popaść w hurraoptymizm. Nie wszystkie dane SpaceX mogą być swobodnie wykorzystywane do trenowania sztucznej inteligencji. Część z nich jest objęta kontraktami rządowymi, tajemnicą handlową lub ograniczeniami bezpieczeństwa. Niektóre systemy po prostu nie mogą dzielić się pełnym strumieniem informacji bez konsekwencji prawnych i politycznych.
Mimo to logika tego ruchu pozostaje spójna. jeżeli kolejnym etapem rozwoju sztucznej inteligencji ma być wyjście poza język i wejście w świat fizyczny, to przewagę zyskają nie ci, którzy mają najwięcej serwerów, ale ci, którzy mają najlepsze dane o tym, jak ten świat naprawdę działa. I właśnie dlatego SpaceX w tym układzie jest czymś znacznie więcej niż tylko dostawcą infrastruktury.
Mars, kolonia i autonomiczne systemy AI
Teraz do gry wkracza kolejny bardzo głośny wątek – Mars. Łatwo go zbyć wzruszeniem ramion. Brzmi jak odległa wizja, dobra na konferencję albo prezentację dla fanów science fiction. Jednak nie warto go pomijać, bo jest szalenie ambitny i spójny z rozwojem AI.
Mars to środowisko, w którym nie da się działać według ziemskich schematów. Nie ma tam ludzi w wystarczającej liczbie, żeby wszystko kontrolować manualnie. Nie ma serwisantów, którzy przyjadą wymienić uszkodzony element. Komunikacja z Ziemią ma opóźnienia liczone w minutach, a nie w milisekundach. To oznacza jedno: systemy muszą podejmować decyzje same, lokalnie i natychmiast. Bez czekania na człowieka. Bez pytania centrali o zgodę.
I tu pojawiają się modele sztucznej inteligencji. W wizji Muska xAI ma być systemem operacyjnym przyszłych kolonii. Warstwą decyzyjną, która zarządza infrastrukturą, a nie tylko odpowiada na pytania w oknie chatu. Od systemów podtrzymywania życia, przez zarządzanie energią, zapasami i produkcją, po koordynację pracy robotów i pojazdów. Na Marsie nie będzie miejsca na improwizację ani manualne sterowanie wszystkim z Ziemi.
Ten sam sposób myślenia widać w podejściu do rakiet i statków kosmicznych. Starship ma być pojazdem wielokrotnego użytku, zdolnym do lotów w kosmos w warunkach, gdzie margines błędu jest minimalny. Klasyczne autopiloty działają według z góry zaprogramowanych reguł. Sprawdzają się tam, gdzie środowisko jest dobrze opisane i przewidywalne. Problem w tym, iż loty kosmiczne, lądowania na obcych ciałach niebieskich i operacje w zmiennych warunkach do takich nie należą.
Tu sztuczna inteligencja uczona na danych może mieć realną przewagę. Zamiast reagować według sztywnych schematów, potrafi dostosowywać się do niepewności, analizować wiele sygnałów naraz i optymalizować decyzje w czasie rzeczywistym tak, żeby wybierać scenariusz o największym prawdopodobieństwie sukcesu. To różnica między systemem, który wykonuje instrukcję, a systemem, który rozumie kontekst. W teorii to właśnie taki poziom autonomii jest potrzebny, żeby misje międzyplanetarne były skalowalne, a nie jednorazowe.
Oczywiście z perspektywy inwestora można w tym momencie zapytać wprost: co z tego dziś wynika dla wyceny i przepływów pieniężnych? Mars jako planeta nie generuje przychodów. Nie poprawia wyników kwartalnych. Dlatego ten wątek nie jest argumentem finansowym samym w sobie, tylko narracyjnym uzasadnieniem długoterminowych wydatków. Mówimy o kolonizacji Marsa. To cywilizacyjny skok i na pewno znajdą się sposoby na zarabianie na tym gdzieś w przyszłości.
Na dziś trzeba zdać sobie sprawę, iż nie każda innowacja ma przed sobą od razu jasną wizję monetyzacji, ale jednocześnie nie oznacza to, iż ta wizja z czasem się nie wyklaruje.
Podam kilka przykładów. Początki internetu wcale nie wiązały się z wizją cyfrowego imperium czy mediów społecznościowych. Myślicie, iż 100 lat temu ktoś potrafił sobie wyobrazić coś takiego jak Facebook? Wątpię. W latach 60. XX wieku projekt ARPANET był napędzany potrzebą stworzenia zdecentralizowanego systemu komunikacji, który mógłby przetrwać ewentualny konflikt nuklearny. Twórcy skupiali się na technicznych aspektach przesyłania pakietów danych między uniwersytetami, a nie na generowaniu przychodów. Nikt wówczas nie przypuszczał, iż ta „akademicka zabawka” stanie się fundamentem globalnego handlu, umożliwi powstanie gigantów takich jak Amazon czy Google i zrewolucjonizuje sposób, w jaki ludzkość zarabia pieniądze. Monetyzacja pojawiła się dekady później, całkowicie zmieniając strukturę światowego PKB. Bank Światowy szacuje, iż dziś gospodarka cyfrowa odpowiada za 15% globalnego PKB. Zaledwie 60 lat temu była to jedynie akademicka ciekawostka.
Inny przykład. Kiedy w 1960 roku Theodore Maiman zaprezentował pierwszy działający laser, środowisko naukowe było zafascynowane, ale biznesowo kompletnie zdezorientowane. Wynalazek ten nazywano „rozwiązaniem szukającym problemu”, ponieważ nikt nie potrafił wskazać dla niego praktycznego, masowego zastosowania. Początkowo traktowano go jako ciekawostkę fizyczną lub potencjalną broń z filmów science fiction. Dopiero po latach okazało się, iż bez lasera niemożliwe byłoby istnienie współczesnej telekomunikacji (światłowody), medycyny (precyzyjna chirurgia), a choćby codziennych zakupów (czytniki kodów kreskowych). Dziś rynek technologii laserowych jest wart dziesiątki miliardów dolarów, choć jego twórcy działali głównie z czystej ciekawości badawczej.
Dziś ludzie śmieją się z kolonizacji Marsa, ale w przyszłości monetyzacja może być bardziej nieprzewidywalna, niż w tej chwili sobie wyobrażamy. Pierwsze, co przychodzi do głowy, to górnictwo kosmiczne, czyli wydobywanie surowców z Czerwonej Planety. Inne uzasadnienie to ucieczka przed zmieniającym się klimatem na Ziemi albo turystyka kosmiczna, ale podejrzewam, iż prawdziwe zastosowania jeszcze choćby nie mieszczą nam się w głowach. No i są oczywiście mniej wolnorynkowe sposoby zarabiania na Marsie: wszelkie misje badawcze i kontrakty rządowe finansowane z budżetów państwa.
Tesla w cieniu fuzji SpaceX i xAI
Skoro wiemy już, jakie wspólne cele stoją za połączeniem SpaceX i xAI, to na tym etapie pojawia się trzeci akt tej historii, czyli Tesla. Nie jako uczestnik fuzji, tylko jako cień, który nad nią wisi. Z doniesień rynkowych wiemy jedno: Tesla ma już pośrednią ekspozycję na xAI poprzez wcześniejsze inwestycje w tę spółkę. To oznacza, iż z punktu widzenia struktury właścicielskiej ekosystem Muska jest już częściowo połączony. Nic nie trzeba burzyć ani sklejać od zera. Dlatego wielu komentatorów traktuje przejęcie xAI przez SpaceX jako logiczny krok pośredni, a nie finał układanki.
Niektórzy komentatorzy na rynku spekulują na temat tego, czy Tesla nie zostanie połączona z SpaceX i xAI w jedną megakorporację technologiczną. Scenariusz, w którym Tesla dołącza do połączonego organizmu SpaceX i xAI, jest dziś tylko opcją. Jest dyskutowany, analizowany i oceniany jako coraz bardziej prawdopodobny przez część rynku, ale to wciąż tylko opinie i przypuszczenia, a nie realny i ogłoszony plan.
Dlaczego mimo to rynek tak intensywnie o tym mówi? Bo z perspektywy Muska taka struktura to kolejny krok w celu realizacji jego ambitnych pomysłów. Musk wielokrotnie podkreślał, iż roboty Optimus mają odegrać kluczową rolę w kolonizacji Marsa. Mogą na przykład instalować farmy fotowoltaiczne czy wykonywać szereg innych prac przy budowie bazy na Czerwonej Planecie. Co więcej, Tesla jest producentem magazynów energii Megapack, które mogą być najważniejsze dla stabilnego zasilania struktur zbudowanych na Marsie.

Jak widać, produkty Tesli (paradoksalnie poza samochodami) dość klarownie wpisują się w całą wizję Muska i nie byłyby wcale doklejane na siłę. Dzięki temu potencjalna megakorporacja miałaby już praktycznie wszystkie elementy układanki pod jednym dachem. Jednak pomimo tego, iż wizja połączenia wszystkich trzech firm w jedną jest bardzo kusząca, to jednocześnie jest ekstremalnie trudna do przeprowadzenia formalnie.
I tu dochodzimy do najtwardszej ściany w tej historii, czyli do akcjonariuszy Tesli. jeżeli kiedykolwiek doszłoby do transakcji, w której Tesla przejmuje SpaceX i xAI albo łączy się z nimi w większą strukturę, najważniejszy będzie mechanizm głosowania. Nie mówimy o zwykłej większości oddanych głosów. W grę wchodziłaby większość wszystkich wyemitowanych akcji. To fundamentalna różnica.
W takim układzie brak głosu nie jest neutralny. Działa jak głos przeciw. Każdy akcjonariusz, który nie odda głosu, podnosi próg wymagany do przeforsowania decyzji. Przy globalnej bazie akcjonariuszy, rozproszonej po różnych jurysdykcjach i brokerach, to ogromne wyzwanie logistyczne.

Dlatego ewentualne połączenie z Teslą nie będzie zależeć wyłącznie od wizji Muska ani od narracji o synergii. Będzie zależeć od tego, czy uda się przekonać i technicznie uruchomić masę mniejszych inwestorów do głosowania zgodnego z wizją Elona Muska.
To może skończyć się jako genialna integracja, która zbuduje przewagę na dekady. Albo jako klasyczny Muskowy test cierpliwości akcjonariuszy, w którym wizja wyprzedza gotowość rynku. Jednak Tesla, choćby stojąc z boku, pozostaje jednym z najważniejszych elementów tej układanki.
Znajdziesz tam więcej wartościowych treści o inwestowani, giełdzie i rynkach.
DNA Rynków – merytorycznie o giełdach i gospodarkach
Timing fuzji przed debiutem giełdowym SpaceX
Na koniec warto jeszcze zastanowić się nad całym timingiem tego zagrania z łączeniem SpaceX i xAI.
Moment tego ruchu nie jest przypadkowy. Połączenie SpaceX i xAI to nie tylko decyzja technologiczna, ale też bardzo świadomy manewr organizacyjny i polityczny – realizowany jeszcze w czasie, gdy SpaceX jest prywatne.
SpaceX jeszcze jest spółką prywatną, ale wszystko wskazuje na to, iż jej debiut giełdowy w 2026 roku będzie jednym z największych IPO w historii rynku kapitałowego. choćby ktoś zarezerwował już ticker X na giełdzie. choćby jak nie lubisz Muska, to jest dokładnie ten moment, w którym warto myśleć o ekspozycji na jego ekosystem. Nie już wtedy, gdy nagłówki będą krzyczeć „debiut roku”, tylko wcześniej.
Mechanika jest tu prosta. Gdy xAI i SpaceX działają jako osobne podmioty, każdy transfer ludzi, sprzętu czy budżetu rodzi pytania. Czy to jest w interesie jednej spółki kosztem drugiej? Czy ktoś nie jest poszkodowany? Czy nie dochodzi do nieuprawnionego transferu wartości? Udziałowcy obu firm mogą mieć takie zastrzeżenia. Po połączeniu ten problem w dużej mierze znika. Inżynierowie mogą pracować nad wspólnymi projektami, infrastruktura może być współdzielona, a decyzje inwestycyjne zapadają wewnętrznie, bez konieczności ciągłego tłumaczenia się rynkowi.
To jest ważne szczególnie teraz, bo SpaceX szykuje się do debiutu na giełdzie w 2026 roku. To znaczy, iż przestanie być spółką prywatną, a stanie się spółką publiczną. Więc wszystkie tego typu pytania od inwestorów o transfery wartości i wykorzystywanie jednej spółki kosztem drugiej staną się nagminne. Sprawozdania będą publicznie dostępne dla tysięcy udziałowców i analityków z całego świata, więc Musk musi zadbać o to, żeby uniknąć takich formalno-prawnych szpilek, które rynek mógłby mu wbijać i kwestionować jego decyzje. Dlatego właśnie połączenie ma miejsce teraz – zanim jeszcze SpaceX zdążyło zadebiutować.
Swoją drogą wejście SpaceX na giełdę to prawdopodobnie będzie największy debiut giełdowy, jaki miał do tej pory miejsce na świecie, i swoją wyceną zdecydowanie przebija inne nadchodzące gwiazdy jak OpenAI, Revolut czy ByteDance od TikToka.

Połączenie SpaceX i xAI to zakład o to, kto będzie kontrolował kolejną warstwę rozwoju AI: dane z prawdziwego świata, infrastrukturę poza Ziemią i systemy, które nie tylko mówią, ale działają autonomicznie. jeżeli to się uda, przewaga konkurencyjna nie będzie w samych modelach językowych. Będzie w dostępie do rzeczywistości.
I tu nie chodzi o Marsa jutro ani o zyski w następnym kwartale. Chodzi o to, kto za 10–20 lat będzie właścicielem „systemu operacyjnego” dla świata fizycznego – na Ziemi i poza nią.
A rynek bardzo rzadko dostaje sygnał tak wcześnie, iż ktoś właśnie próbuje przepisać zasady gry.
Do zarobienia,
Piotr Cymcyk

3 godzin temu
Obserwuj