Departament Skarbu USA sięga po niekonwencjonalną broń. Rozważa interwencję na rynku futures ropy

4 godzin temu

Administracja Trumpa sygnalizuje gotowość do bezprecedensowego kroku – bezpośredniej ingerencji w rynek kontraktów terminowych na ropę naftową. To odpowiedź na szok cenowy wywołany wojną z Iranem. Jednocześnie Waszyngton poluzował sankcje na rosyjską ropę, wydając Indiom 30-dniowy waiver na jej zakup. Czy finansowe narzędzia zdołają zastąpić brakujące baryłki?

Ropa naftowa Brent podrożała o blisko 20 proc. w zaledwie sześć sesji handlowych – do poziomu 85,41 USD za baryłkę, najwyższego od lata 2024 roku. Amerykański benchmark WTI w czwartek intraday sięgnął 82,16 USD, a średnia cena benzyny na stacjach w USA podskoczyła o 9 proc. w ciągu jednego tygodnia, do 3,25 USD za galon. To bezpośredni efekt konfliktu zbrojnego z Iranem, który od 28 lutego skutecznie sparaliżował ruch tankowców przez Cieśninę Ormuz – szlak, którym w normalnych warunkach przepływa mniej więcej jedna piąta globalnych dostaw ropy.

W tej sytuacji z Białego Domu popłynął sygnał, który zelektryzował rynki surowcowe. Wysoki rangą urzędnik administracji potwierdził w czwartek, iż Departament Skarbu przygotowuje pakiet działań mających stłumić wzrost cen energii, w tym – co zaskakujące – potencjalną bezpośrednią interwencję na rynku kontraktów terminowych na ropę. Szczegółów nie ujawniono, ale sam fakt, iż Waszyngton publicznie rozważa coś takiego, jest bez precedensu w historii amerykańskiej polityki energetycznej.

Hedgefundowe korzenie sekretarza Bessenta

Pomysł nosi wyraźne piętno sekretarza skarbu Scotta Bessenta, byłego zarządzającego funduszem hedgingowym, który przez dekady handlował walutami, obligacjami i surowcami, najpierw w Soros Fund Management, potem we własnym funduszu Key Square Group. To człowiek, który doskonale zna mechanikę rynków terminowych, i to jego instynkty handlowe najwyraźniej kształtują teraz politykę rządu federalnego.

Narzędziem, po które administracja mogłaby sięgnąć, jest Exchange Stabilization Fund (ESF) – fundusz stabilizacyjny Departamentu Skarbu, dysponujący aktywami o wartości nieco ponad 220 mld USD Powstał on jeszcze w czasach Wielkiego Kryzysu i przez dekady był wykorzystywany głównie do interwencji walutowych – ostatnio jesienią 2025 r., gdy wspierał argentyńskie peso. Zabezpieczał też programy pożyczkowe Rezerwy Federalnej w trakcie kryzysu finansowego lat 2008–2009, pandemii COVID-19 oraz kryzysu bankowego w 2023 roku. Nigdy jednak nie został użyty do bezpośredniego wpływania na rynek surowców energetycznych.

Jak mógłby wyglądać taki mechanizm? Jedna z rozważanych koncepcji to tak zwane spłaszczanie krzywej terminowej – sprzedaż krótkoterminowych kontraktów futures na ropę przy jednoczesnym kupowaniu kontraktów z dalszymi terminami zapadalności. Celem byłoby zduszenie bieżącej premii za ryzyko, która napędza wzrost cen spot. Problem w tym, iż tego typu operacja finansowa w gruncie rzeczy nie zmienia niczego w sferze realnej – nie dodaje ani jednej baryłki ropy do globalnej podaży.

Wyjątek na rosyjską ropę – pragmatyzm zamiast sankcji

Równolegle do rozważań nad rynkiem futures Departament Skarbu podjął już całkiem konkretne działania na rynku fizycznym. W czwartek wydał 30-dniową licencję zezwalającą indyjskim rafineriom na zakup rosyjskiej ropy, która od tygodni zalega na tankowcach po tym, jak Waszyngton zablokował wcześniej tego rodzaju transakcje. To zwrot o 180 stopni w stosunku do wielomiesięcznej polityki presji na New Delhi, by ograniczyło import surowców z Rosji.

Indyjskie rafinerie natychmiast przystąpiły do skupowania milionów baryłek rosyjskiej ropy na rynku spotowym. Licencja obejmuje ładunki załadowane przed 5 marca. Cel jest czysto pragmatyczny – złagodzenie globalnego deficytu podaży, który już skłonił azjatyckie rafinerie do ograniczenia przerobu. Chiny z kolei zostały nieoficjalnie zachęcone, by przekierowały część zakupów z Iranu na amerykańską ropę i LNG – temat, który według doniesień prasowych może trafić na agendę planowanego na kwiecień szczytu Trump–Xi w Pekinie.

„Jeśli rosną, to rosną”

Retoryka samego prezydenta Trumpa pozostaje przy tym zaskakująco obojętna wobec wzrostu cen. W ekskluzywnym wywiadzie dla agencji Reuters, Trump oświadczył wprost: „Nie mam żadnych obaw w tej sprawie. Spadną bardzo szybko, kiedy to się skończy. A jeżeli rosną, to rosną – ale to jest znacznie ważniejsze niż niewielki wzrost cen benzyny”. Zaznaczył też, iż nie zamierza sięgać po rezerwę strategiczną ropy (SPR).

Ta deklaracja stawia inwestorów w dwuznacznej sytuacji. Z jednej strony prezydent daje do zrozumienia, iż cele militarne mają absolutny priorytet – co oznacza podtrzymanie premii wojennej w cenach surowca. Z drugiej strony aparat wykonawczy, na czele z Bessentem, gorączkowo szuka narzędzi, które pozwolą złagodzić ekonomiczne konsekwencje konfliktu. Między linijką wynika z tego, iż administracja doskonale zdaje sobie sprawę z politycznego ryzyka, jakie niosą rosnące ceny paliw – zwłaszcza w roku wyborów połówkowych do Kongresu.

Rynki reagują, ale wątpliwości pozostają

Piątkowy poranek 6 marca przyniósł pierwsze od sześciu sesji spadki cen ropy. Brent cofnął się o 1,3 proc. do 84,27 USD za baryłkę, WTI stracił 1,8 proc., schodząc do 79,55 USD. Agencja Reuters wprost powiązała to z sygnałami o możliwej interwencji Departamentu Skarbu oraz z odstępstwem od sankcji na rosyjską ropę. Efekt psychologiczny – fakt, iż rząd USA publicznie mówi o gotowości do działania – zadziałał szybciej niż jakiekolwiek konkretne posunięcie.

Pytanie, na ile ten efekt okaże się trwały. Narzędzia czysto finansowe mogą zdusić spekulacyjną gorączkę i schłodzić krótkoterminowe skoki cen, ale nie zastąpią brakujących fizycznych dostaw ropy. A te pozostają poważnie zagrożone. Cieśnina Ormuz jest de facto zamknięta, co najmniej 132 statki utknęły w rejonie Zatoki Perskiej, a ataki dronowe na infrastrukturę energetyczną – w tym na irackie pole naftowe Rumaila, operowane przez BP – dodatkowo pogłębiają chaos logistyczny.

Dane z platformy prognostycznej Polymarket wskazują, iż prawdopodobieństwo zawieszenia broni do końca marca wynosi zaledwie 30 proc. Do końca kwietnia – 47 proc. Rynki predykcyjne wyceniają więc wyższe niż 50-procentowe szanse na to, iż zakłócenia w Cieśninie Ormuz potrwają co najmniej do wiosny. Goldman Sachs już podniósł prognozę cen Brent na II kwartał o 10 USD, a na Wall Street mnożą się ostrzeżenia, iż przy przedłużającym się zamknięciu szlaku baryłka może kosztować ponad 100 USD.

Co to oznacza dla Polski i Europy

Dla europejskich i polskich inwestorów najważniejsze znaczenie ma nie tylko sama cena ropy, ale szerzej – wpływ szoku energetycznego na inflację i politykę monetarną. Według grudniowej analizy Europejskiego Banku Centralnego wzrost cen ropy o 14 proc. podwyższa inflację w strefie euro o 0,5 pkt proc. i obniża tempo wzrostu PKB o 0,1 pkt proc., a obecna skala wzrostu już dawno przekroczyła te 14 proc.

Po drugiej stronie Atlantyku perspektywa obniżek stóp procentowych przez Fed oddala się z każdym dniem trwania konfliktu. Rentowności 10-letnich obligacji skarbowych USA wzrosły do 4,13 proc., a rynek kontraktów terminowych na stopy przesunął oczekiwania pierwszego cięcia na lato. To z kolei oznacza dłuższe utrzymanie restrykcyjnych warunków finansowych globalnie, co uderza przede wszystkim w rynki wschodzące i małe spółki – Russell 2000 stracił w czwartek 1,9 proc., najwięcej spośród głównych indeksów.

Sam pomysł interwencji Departamentu Skarbu na rynku futures to fascynujący precedens – sygnał, iż w erze geopolitycznych szoków podażowych tradycyjne narzędzia polityki energetycznej (rezerwa strategiczna, zwiększenie wydobycia, naciski na OPEC+) mogą okazać się niewystarczające, a rządy będą coraz chętniej sięgać po instrumenty znane dotąd z arsenału funduszy hedgingowych. Czy okaże się to skuteczną bronią, czy jedynie kosztownym gestem – o tym zdecydują szczegóły, których rynki wciąż nie poznały. A w handlu surowcami, jak na wojnie, diabeł tkwi właśnie w szczegółach.

Źródła: Reuters, TASS, CNBC

Idź do oryginalnego materiału