Zacznijmy od razu z wysokiego C, od sedna problemu. Czy wiecie jaka jest geneza wprowadzenia praw pracowniczych? Walka przeciw XIX w. kapitaliście, który uprawiał totalny wyzysk (płacił 1/10 tego, co sam zarabiał). Nie rozmowy, nie negocjacje, ale brutalna walka, ze strzałami na ulicach, z lockoutami, żeby zlikwidować:
- pracę dzieci,
- 70-godzinny i 6 dniowy tydzień pracy.
A jednocześnie wprowadzić ubezpieczenia od choroby, wypadku, namiastki emerytury minimalnej itd. W Polsce udało się zaraz po odzyskaniu niepodległości.
Wprowadzono umowy o pracę, mamy 40-godzinny tydzień pracy. Niektórym wystarcza, ale nie wszystkim. Każdy pracodawca (o czym przekonają nas trzy przykłady, które podam), także publiczny dąży do faktycznego niewykonywania części przepisów i ograniczenia ich stosowania. Kiedy? Prawie zawsze. Dlaczego? Ponieważ mu się to opłaca. Zarabia więcej, zyskuje narzędzie kontroli. Stąd pomysł, aby Państwowa Inspekcja Pracy miała możliwość zamiany umów zleceń w umowy o pracę. Szybko, ze skutkiem natychmiastowym. A czym się różni umowa o pracę od zlecenia i kontraktu b2b z jednoosobową firmą? O tym mówi przykład 1.
Przykład 1. Znam go z jednej z grup fejsbukowych. Pracownica ma 4 umowy zlecenia: w Januszexie, w 2 średnich firmach i jednej publicznej. W sumie nie są to wielkie pieniądze – 5k netto. Odprowadza sobie ubezpieczenie chorobowe, więc zasadniczo się nie lęka. Ale nagle dowiaduje się, że: zaszła w ciąże, a kilka dni potem, iż ma zaawansowane stadium raka tarczycy. Co się dzieje w przypadku umowy o pracę? Przedłuża się do dnia porodu, do tego dochodzi macierzyńskie. Kobieta ma więc 9+12 miesięcy dochodu, który pozwoli jej stanąć na nogi (o ile przeżyje). A zlecenie? No cóż. Pracodawca publiczny, jako główny dostarczyciel dochodu poszedł na pierwszy ogień. Co powiedział? Jak tylko dostaniemy długie L4 (bez znaczenia ciążowe czy nowotworowe) rozwiążemy umowę zlecenie. Taki pracownik nas nie interesuje. To by było tyle na temat „rynek sam ureguluje”, „przecież budżetówka zachowa się po ludzku” itd. Więc choćby nie budżetówka.
Przykład 2. Tym razem znam go z gazet. Uniwersytet (państwowy). Poprzedni rektor zrobił 50 mln długu, który trzeba ograniczyć. Zaczynają się cięcia. Czy zwalnia się „profesorów od niczego”? Nie. Ich chroni ustawa (nawet korzystniej niż kodeks pracy). A więc co? Likwidujemy stołówkę, w której pracują kucharki, 2 lata wcześniej wypchnięte zastraszaniem na umowy zlecenia do firmy zewnętrznej. Robiły dokładnie to samo na umowie o pracę dwa lata wcześniej.
Przykład 3. Tym razem dotyczy korpo. Pracownica była na dwutygodniowym zwolnieniu lekarskim. W międzyczasie święta, Nowy Rok. W dniu powrotu do pracy kończy się jej trzyletnie badanie lekarskie. Nie ona ma go pilnować, zresztą na L4 nie posiada dostępu do systemu. Dzwoni więc tego pierwszego dnia do firmy posiadającej umowę z pracodawcą – termin „za 2 tygodnie”. Dlaczego? Ponieważ mają obłożenie, a pracodawca podpisał taką umowę, iż nie ma gwarancji przyjęcia szybciej (równie dobrze mogliby powiedzieć „za 3 miesiące”). No i przez 5 dni przychodzi do pracy, podpisuje się na liście. W połowie pierwszego przychodzi do niej behapowiec (który zdarzył się zorientować – rychło w czas) i każe natychmiast …. iść na wsteczne zwolnienie (można 3 dni wstecz). Nowe dane nanosi się na listy obecności (papierowe), przerabiając je. Korzyść dla pracodawcy? Oczywista. Unika odpowiedzialności i nie płaci za czas pozostawania bez pracy z własnej winy.
Po tych trzech przykładach – konkluzja. W działaniu na linii pracownik-pracodawca liczy się jeszcze podmiot trzeci – państwo. o ile działa, jak w tej chwili sądy pracy (pierwsza rozprawa po 8 miesiącach, 4 miesiące totalnej bezczynności), ochrona pracownika staje się pozorna. W przypadku kontraktu cywilnoprawnego na prawomocny wyrok czekamy 4 lata. Pracodawca zyskuje przewagę. jeżeli PIP może nałożyć parę stówek mandatu, naruszenia trwają. Ale gdyby, w tak poważnej sprawie jak rodzaj umowy o pracę (dla pracownicy z pierwszego przykładu „być albo nie być”, da się wydać decyzję prawomocną po pół roku, w dodatku ze skutkiem od zawarcia umowy, no wtedy pracodawca zacznie kalkulować czy warto ryzykować. I o tym premier (oraz wielu innych polityków) zapomniało. Pamiętała tylko sejmowa lewica.
A teraz argumenty pracodawców?
Pierwszy, iż nie może decydować urzędnik. Ale niby dlaczego? Skoro już w tej chwili może (KNF, UOKiK) nałożyć kilkaset milionów kary na podmiot naruszający interesy konsumentów. Skoro może karać za brak zaszczepienia własnego dziecka, za zbyt późny wywóz gnoju na pole, niezałożenie kolczyka u świni i badań szczelności lodówki? Dlaczego miałby nie uznawać umowy zlecenia za umowę o pracę, skoro różnice między nimi są oczywiste i wystarczy być dobrym rzemieślnikiem prawa, żeby je dostrzec. A inspektorzy PIP posiadają lepsze kwalifikacje niż urzędnik. Do tego od decyzji służy odwołanie do sądu, który może w razie wątpliwości wstrzymać wykonanie urzędniczej decyzji.
Drugi, iż wywróci to firmy. Owszem – nieuczciwe tak. Uczciwy dostanie pozytywny protokół. Tak, jak napisałem powyżej, granice pomiędzy zleceniem, a pracą istnieją i pozostają dość klarowne. jeżeli ktoś siedzi w lokalu pracodawcy, w ustalonych godzinach i ma wykonywać polecenia przełożonego – umowa o pracę jak złoto. Tu nie ma co dyskutować. jeżeli wykonuje zadania, według własnej koncepcji, w dowolnym czasie i odpowiada za staranne działania – zlecenie. Czyli: kurier, lekarz, programista – zlecenie, ale już portier, sprzątaczka, rejestratorka w przychodni, informatyk 8 stałych godzin w biurze – umowa o pracę. Gdzie tu problem? Ale wróćmy do skutków. Wyobraźmy sobie Januszex. Zatrudnia 10 piekarzy i 10 sprzedawczyń na zleceniu, łamiąc przy tym prawo. Co straci wstecznie? Uczciwy prawie nic, o ile nie wystąpią zdarzenia nadzwyczajne (ciąża), albo pracodawca szedł po bandzie. Składki płaci takie same (chyba iż mamy zbieg tytułów ubezpieczenia, ale w przypadku piekarni, to mało prawdopodobne). Będzie musiał tylko zapłacić za urlop (chociaż i zlecenie często przewiduje płatne przerwy od pracy) no i trochę zmienić zarządzanie. Dzięki temu uzyska równe warunki konkurencji, ze spółdzielniami i wszystkimi tymi podmiotami, które prawa przestrzegają. A jeżeli straci? No cóż, dokładnie tak samo, nie dlatego, iż „zły urzędnik” tylko z powodu własnego bezprawia.
Skąd takie wnioski. Ano z trzech przykładów. Pracodawca (także publiczny, jak widać) przestrzega prawa, dopóki mu się to opłaca. Potem kombinuje (czytaj: narusza prawo). I państwo musi mieć realne narzędzie, żeby tę kombinację gwałtownie zwalczać. A wszystkie negatywne skutki wynikałyby nie z urzędniczego bezprawia (podlegającego późniejszej ocenie sądu i możliwości odszkodowania, zresztą inspektor pracy nie może zostać uznany za zwykłego urzędnika) ale wcześniejszego bezprawia pracodawcy.
