Dobra metoda, czy ruch hazardzisty? O trochę innej metodzie uśredniania ceny nabycia.

oszczednymilioner.pl 18 godzin temu

Jeden z moich kuzynów, hazardzista, tłumaczył kiedyś swojemu siostrzeńcowi, jak należy obstawiać u buka: Kiedy nie wyszło, podwajasz stawkę. Nie tylko się odegrasz, ale wygrasz. Młody przyszedł do mnie z rozpaloną twarzą, bo znalazł Świętego Graala zarabiania. Wtedy pokazałem mu wyliczenia.

Problem z podwajaniem stawki/uśrednianiem ceny nabycia polega bowiem na matematyce. Jeden, dwa błędy, nie wyrządzą szkody rachunkowi, ale zła seria zmiata z planszy i czyści rachunek. A zła seria na giełdzie oraz u buka niestety jest dość prawdopodobna.

Zacznijmy od hazardu: stawka 100 zł.

1-szy zakład – 100 zł,

2-gi zakład – 200 zł,

3-ci zakład – 400 zł,

4-ty zakład – 800 zł,

5- ty zakład – 1600 zł,

6-ty zakład 3200 zł. No i właśnie straciłeś 6300 zł. Teraz żeby się odegrać, potrzebujesz postawić 6400 zł, a potem 12.800 zł, następnie 25.600 zł i 51.200 zl. W 10 -ciu ruchach tracisz ponad 100 tys. zł. jeżeli masz szczęście – zaczynasz od 0.

Czy w giełdzie będzie to wyglądać podobnie? Czasem jeszcze gorzej. Dlaczego? Ponieważ nie zaczynamy od 100 zł (w obliczeniach pominąłem też różnice kursowe-spready oraz TER przy ETF, bo nie chce komplikować).

Popatrzmy co dzieje się w przypadku typowego „inwestora”, który wchodzi do gry, gdy jest już późna faza cyklu wzrostowego…. czyli np. w listopadzie 2024 r. S&P500 zbliża się do 6 tys. pkt. Idzie w górę, trend is your friend, więc za większą kwotę np. 24k kupujemy ETF-a. Mamy „4 indeksy”. Potem w grudniu dorzucamy 6k z premii, w styczniu 2025 r. 3k, w lutym 3k. I dochodzimy do alokacji 36k „kupionych” średnio po 6k. Cieszymy się, bo idzie w górę – 6100pkt. Zarobiliśmy 600 zł. I wtedy wchodzi Trump ubrany na biało. W marcu 5600. Zostało nam cosik gotówki – dorzucamy 17.200. Mamy już 9 indeksów. Uśredniliśmy cenę nabycia (53.200/9 = ca. 5911). Spada dalej – początek kwietnia 5400. I co? Nagle robi się najpierw 5200 pkt a za chwilę 4900 pkt. Mamy już stratę 1011 pkt x 9 indeksów = 10.000 zł straty i ostry pik w dół po lewej stronie wykresu. Prawie przekroczono linię wsparcia sprzed roku. Następna będzie na poziomie 4200 pkt. My do niej nie dojdziemy. Kolejne 700 pkt x 9 indeksów= 16.300 zł straty na inwestycji 53.200 zł (-30%) . Mieliśmy swoich 53.200 zł a możemy mieć 36.900 zł.

Co robimy? Nasz genialny Mr Doradca, albo Mr Guru-Inwestor nagle zamilkł. Przecież wszystko wykonaliśmy prawidłowo, trzymaliśmy się ETF-ów, trendu, korzystaliśmy z korekty, dokupowaliśmy, uśrednialiśmy cenę nabycia. Szliśmy po swoje.

Teraz powiem brutalnie. Każę zamilknąć trzydziestolatkom i oddam głos 70-latkowi. Właśnie w tym momencie popełniamy najgłupsze decyzje. A w zasadzie nie decyzje, kierujemy się emocjami. Bo mamy dwa wyjścia:

  1. Przełknąć porażkę, sprzedać i stracić na razie 10k, ale odzyskać spokojny sen.
  2. Zacisnąć zęby, wytrzymać i albo się odkuć, albo stracić wszystko (lub jeszcze więcej i zostać z długami). W końcu sprzedamy, jak przewidywał Piotr Kuczyński, choćby 70% od szczytu.

Żadne wyjście nie jest dobre. Dlaczego? Ponieważ wszystko od początku zrobiliśmy źle. Kupowaliśmy sobie radośnie te nasze ETF-y, nie posiadając żadnego zabezpieczenia i planu. Nieważne, co się stanie po prawej stronie wykresu (a indeks odbił się i w listopadzie 2025 r. wynosił 6900 pkt), bo nie o to chodzi.

Gdybyśmy sprzedali na 4900 pkt – tracimy 10k.

Nie sprzedajemy i wytrzymujemy do 6900 pkt, utrwalamy przekonanie o sobie, jako genialnym inwestorze. Zarobiliśmy bowiem 989 x 9=8901 zł (17%), w krótkim czasie.

Ale stracimy te 10k x 3 wcześniej lub później. Niczego bowiem nie chcieliśmy się nauczyć.

A można było po ludzku:

  1. Mamy te potencjalne 53.200 zł. Czytamy wywiad z Piotrem Kuczyńskim w Forbesie. Słuchamy tego pana i ponieważ mamy 35 lat inwestujemy: 25% w obligacje SP, 10 % w fizyczne złoto i 65 % niech już będzie – w indeks. Czyli w akcje ok. 36k, a nie 53k.
  2. Ustalamy ile inwestujemy i w jakich okolicznościach. Załóżmy, iż trafiamy na te 6k. Czyli kupiliśmy 6 indeksów (nie tracimy od razu z 9 tylko z 6). Mamy też 13k w obligacjach (odsetki 5.5% netto dadzą nam rocznie 715 zł). No i złoto za 5320 zł.
  3. Kupujemy z ustaloną ceną nabycia i od razu ustawiamy stop loss na określonym poziomie. Załóżmy, iż możemy stracić na całym portfelu 20% (tyle zniesiemy). I ten stop loss leży sobie na 30% od szczytu (jest ruchomy, a 30%, bo w akcjach mamy tylko 2/3 całej kasy). Czyli wytrzymamy spadek ETF-a do 4000 pkt, spokojnie do kolejnego wsparcia (4200 pkt). jeżeli zostanie przekroczone – sprzedamy.
  4. Mamy wszystko pod kontrolą. Indeks w lutym spada do 4900 pkt. Jesteśmy daleko od naszego stop lossu. Nie gryziemy nerwowo palców. Nie czytamy prognoz Mr Guru. Czekamy.
  5. Ale też patrzymy, co się dzieje. Na ETF-ie straciliśmy już 1100 x 6 czyli 6600 zł. Ale jednocześnie zarobiliśmy: na obligacjach 357 zł i na złocie ok. 1000 zł. Nie mamy więc straty 10k (jak hazardzista) ale nieco ponad 5000 zł, czyli połowę mniej, bo nasz stop loss wynosi prawie 11k (20% z 53200zł ). I czekamy, śpiąc spokojnie.
  6. Wtedy kurs odbija. Idzie jak burza. Mamy listopad 2025 r. Z ETFów zrobiło się 4800 zł zysku (800 pkt x 6 szt). Na obligacjach zarobiliśmy 715 zł, a na złocie 2500 zł (pół uncji). Jesteśmy do przodu 8015 zł w rok. Inwestując 53200 zł. +15% na portfelu. Bez podatku (na razie), bez złości, bez nerwów, śpiąc spokojnie. Przypominam hazardzista miał (w zależności co wybrał), albo 10k straty albo 9k zysku.

Lubicie taki rollercoaster? Nie? A wiecie kto lubi? Hazardziście. Nie inwestorzy, ale hazardziści. Niektórzy jeszcze dopożyczą.

Ja wolę te 15% i tzw. sen sprawiedliwego. Dlatego do rady „kupuj ETF-y” polecam gorąco dodać przynajmniej naukę Piotra Kuczyńskiego – dywersyfikację, obliczanie pozycji i stop lossy. Ale to już temat na książkę.

Idź do oryginalnego materiału