Dolar odzyskuje status bezpiecznej przystani. DXY na 5-tygodniowym szczycie

8 godzin temu

Jeszcze pod koniec lutego dominowała narracja o słabnącej pozycji dolara jako globalnego aktywa kryzysowego. Wystarczyło pięć dni wojny na Bliskim Wschodzie, żeby rynek walutowy przypomniał sobie stare reguły gry. Kapitał znów płynie do amerykańskiej waluty – szybko, szeroko i bez sentymentu.

Indeks dolara (DXY), mierzący siłę amerykańskiej waluty wobec koszyka sześciu najważniejszych walut świata, wspiął się we wtorek 3 marca do poziomu 99,07, najwyższego od 19 stycznia. W środę rano kontynuował zwyżkę, oscylując wokół 99,14 pkt. W ciągu zaledwie dwóch sesji – poniedziałkowej i wtorkowej – dolar umocnił się łącznie o ponad 1,3 proc., co było najsilniejszym dwudniowym rajdem od blisko siedmiu miesięcy.

Dla złotego skutki widać natychmiast. Jeszcze w piątek 27 lutego za dolara płaciliśmy nieco ponad 3,58 zł. We wtorek po południu kurs USD/PLN przebił 3,71 zł, co oznacza osłabienie polskiej waluty o 13 groszy w ciągu trzech dni roboczych. Frank szwajcarski, tradycyjny beneficjent niepokojów geopolitycznych, również podrożał – do 4,69 zł (pod koniec ubiegłego tygodnia notowany na 4,63 zł). Euro utrzymywało się blisko 4,32 zł, ale wyraźnie traciło względem dolara: kurs EUR/USD spadł z 1,176 w piątek do 1,161 we wtorek.

Podręcznikowy risk-off, ale z zastrzeżeniami

Po weekendowym ataku USA i Izraela na Iran, a następnie irańskim odwecie – w tym uderzeniach dronów w infrastrukturę energetyczną Kataru i Arabii Saudyjskiej – kapitał zaczął masowo przemieszczać się w kierunku aktywów uznawanych za bezpieczne. Na szczycie tej hierarchii ponownie znalazł się dolar.

Mechanizm napędzający to umocnienie opiera się na trzech filarach:

Pierwszy to głębokość i płynność rynku amerykańskich obligacji skarbowych. Gdy globalny inwestor musi gwałtownie zredukować ekspozycję na ryzyko – i zrobić to w miliardowych wolumenach – Treasuries pozostają jedynym rynkiem zdolnym wchłonąć takie przepływy bez katastrofalnego poślizgu cenowego. A kupno obligacji USA oznacza kupno dolarów.

Drugi filar to status Stanów Zjednoczonych jako eksportera netto energii. W świecie, w którym ropa Brent drożeje o 15 proc. w trzy dni, a Cieśnina Ormuz jest faktycznie zablokowana, gospodarka amerykańska okazuje się relatywnie odporna na szok podażowy, który w tym samym czasie uderza w Europę, Japonię i Chiny.

Trzeci – i być może najważniejszy w perspektywie najbliższych tygodni – to oczekiwania wobec polityki monetarnej. Skok cen ropy przekłada się na wyższą inflację, a wyższa inflacja oznacza, iż Rezerwa Federalna przez dłuższy czas nie obniży stóp procentowych. Wyższe realne stopy w USA to dodatkowy magnes dla globalnego kapitału.

Spektakularny zwrot narracji

Tempo, w jakim zmieniła się rynkowa opowieść o dolarze, jest samo w sobie pouczające. Zaledwie 23 lutego bank ING opublikował szeroko komentowany raport, w którym stwierdził, iż „dolar stracił dużą część swojej wartości safe-haven w porównaniu z 2024 rokiem”. Argumentacja była przekonująca: indeks DXY spadł o niemal 10 proc. od początku drugiej kadencji Donalda Trumpa, a precedens „Liberation Day” – masowych ceł z 2 kwietnia 2025 r. – pokazał, iż gdy źródłem globalnego ryzyka jest sam Waszyngton, inwestorzy uciekają od dolara, nie do niego.

Wojna z Iranem całkowicie odwróciła ten schemat. Gdy ryzyko pochodzi spoza Stanów Zjednoczonych i ma charakter klasycznego kryzysu geopolitycznego z komponentem energetycznym, odruchy rynku wracają do starych wzorców. Kapitał, który przez ostatnie trzy miesiące budował pozycje w europejskich i azjatyckich aktywach – w dużej mierze grając na dalsze osłabienie dolara – został zmuszony do gwałtownego odwrotu. Szok naftowy zadziałał jak katalizator: wystarczył jeden weekend, by pozycje krótkie na dolarze zaczęły się masowo zamykać.

Jen i obligacje łamią schemat

Nie wszystkie tradycyjne aktywa safe-haven zachowały się zgodnie z podręcznikiem. Jen japoński – od lat uważany za azjatycki odpowiednik franka – osłabił się w poniedziałek o 0,56 proc. wobec dolara. Złożyło się na to kilka czynników. Japonia jest importerem netto ropy, więc drożejąca ropa automatycznie pogarsza jej bilans handlowy, a sam jen w ostatnich epizodach rynkowego stresu coraz częściej zawodzi jako waluta kryzysowa. To zjawisko, które analitycy obserwują od końca 2025 roku i które stopniowo zmienia mapę walutowych bezpiecznych przystani w regionie Azji i Pacyfiku.

Jeszcze bardziej zaskakujące było zachowanie amerykańskich obligacji skarbowych. Zamiast klasycznej ucieczki w Treasuries, rentowności poszły w górę. Yield 10-letnich papierów skoczył z 3,97 proc. w piątek do 4,06 proc. we wtorek, a 2-latki zyskały 10 punktów bazowych, do 3,48 proc. To wyraźny sygnał, iż rynek bardziej obawia się inflacji niż recesji. Ekonomiści szacują, iż trwały wzrost ceny ropy o 10 USD za baryłkę podnosi roczną inflację w USA o ok. 0,2 punktu procentowego. Brent w ciągu trzech sesji podrożał o blisko 15 proc. i we wtorek oscylował powyżej 84 USD. W tym kontekście nie dziwi, iż rynki terminowe zaczęły wyceniać scenariusz, w którym Fed nie obniży stóp ani razu w całym 2026 roku.

Scenariusz o złożonych konsekwencjach

Umocnienie dolara w połączeniu ze wzrostem cen surowców to dla polskiej gospodarki i portfeli inwestycyjnych scenariusz o złożonych konsekwencjach. Droższy dolar przekłada się na wyższe koszty importu surowców wycenianych w amerykańskiej walucie – w tym paliw, mimo iż Polska nie jest bezpośrednio zależna od irańskiej ropy. GPW reaguje negatywnie. WIG20 stracił we wtorek 4,5 proc., a KGHM spadł o ponad 8 proc., ponieważ silny dolar tradycyjnie ciąży notowaniom miedzi. Banki – najcięższy sektor indeksu WIG20 – nurkują w obawie przed globalnym spowolnieniem. Jedynym jasnym punktem sesji okazał się Orlen, który zyskał 4,8 proc. na fali drożejącej ropy.

Druga strona medalu dotyczy tych inwestorów, którzy posiadają aktywa denominowane w dolarach – amerykańskie akcje, ETF-y na S&P 500 czy obligacje skarbowe USA. Przy kursie 3,71 zł za dolara ich portfele w przeliczeniu na złote generują dodatkowy zysk walutowy choćby wtedy, gdy Wall Street notuje spadki. To mechanizm, o którym warto pamiętać budując długoterminową alokację: dywersyfikacja walutowa bywa najskuteczniejszym amortyzatorem właśnie w momentach najwyższego stresu geopolitycznego.

Trwały powrót czy epizod?

Pytanie, które teraz zadaje sobie rynek, brzmi: czy dolar na trwałe odzyskał koronę bezpiecznej przystani, czy to jedynie epizod napędzany specyficznym połączeniem wojny i szoku naftowego? Argumenty za trwałością obecnego trendu są mocne – konflikt z Iranem nie wygasa, Cieśnina Ormuz pozostaje de facto zablokowana, a perspektywa wyższej inflacji oddala moment, w którym Fed mógłby rozluźnić politykę pieniężną. Ale jest i druga strona. Obecny rajd dolara jest wspierany nie tylko przez czyste przepływy safe-haven, ale także przez specyficzny kontekst energetyczny, w którym USA są beneficjentem, a reszta świata – poszkodowanym. Gdyby konflikt wygasł, ropa spadła, a na pierwszy plan wróciły obawy o amerykański deficyt fiskalny i nieprzewidywalność polityki handlowej Waszyngtonu, dolar mógłby równie gwałtownie oddać zdobyte pozycje.

Na razie jednak, w piątym dniu konfliktu z Iranem, rynek głosuje portfelem. I głosuje na dolara.

Idź do oryginalnego materiału