Przed wybuchem konfliktu na Bliskim Wschodzie Donald Trump miał układ niemal idealny z punktu widzenia Białego Domu. Ropa była tania, dolar relatywnie słaby, a rentowności amerykańskich obligacji skarbowych pozostawały na poziomach, które nie utrudniały ani finansowania gospodarki, ani politycznej narracji o stabilizacji. Atak na Iran gwałtownie zmienił ten obraz. Ceny ropy poszły mocno w górę, przez chwilę zbliżając się choćby do 120 dolarów za baryłkę, a na rynkach natychmiast wróciły obawy o inflację i o to, iż Fed będzie musiał dłużej trzymać stopy procentowe na podwyższonym poziomie. Dolar znów zaczął zachowywać się jak klasyczna bezpieczna przystań. Umocnił się wobec niemal wszystkich głównych walut, a w Polsce za jednego dolara trzeba było płacić choćby 3,73 zł. To rodzi pytanie, czy widzimy początek trwalszego powrotu mocnego dolara, czy tylko nerwową reakcję na geopolityczny wstrząs.
Wzrost napięcia na Bliskim Wschodzie niemal automatycznie kieruje uwagę rynków na ceny ropy naftowej. To najszybszy mechanizm, przez który geopolityka przenosi się do gospodarki. Wystarczy zagrożenie dla transportu surowca, problemy z tankowcami czy ryzyko blokady cieśniny Ormuz, by notowania zaczęły rosnąć. A ponieważ ropa na świecie jest rozliczana głównie w dolarach, droższa baryłka oznacza od razu większy popyt na amerykańską walutę. Im wyższa cena ropy, tym większa rola dolara w globalnym obiegu.
Kto na takim szoku traci bardziej?
W poniedziałek ceny ropy Brent wzrosły chwilowo do niemal 120 dolarów za baryłkę, bo inwestorzy na nowo zaczęli wyceniać ryzyko dla dostaw przechodzących przez cieśninę Ormuz. W tle pojawiły się też obawy przed długotrwałym konfliktem. Jednocześnie ceny benzyny wzrosły w okolice 7 zł za litr, do poziomów najwyższych od mniej więcej dwóch lat. Problem coraz mniej ma już wyłącznie wymiar geopolityczny, a coraz bardziej logistyczny.
Później notowania ropy spadły, gdy prezydent Trump zasugerował, iż koniec konfliktu może być bliżej, niż wcześniej sądzono. Dziś baryłka ropy Brent kosztuje poniżej 90 dolarów. To pokazuje, iż na rynku w sytuacji wysokiej zmienności emocje potrafią wyprzedzać fakty.
Sam wzrost cen ropy nie tłumaczy wszystkiego, bo najważniejsze jest to, kto na takim szoku traci bardziej. Europa, Polska i wiele innych gospodarek są importerami energii, więc droższa ropa oznacza dla nich wyższe koszty transportu, energii i silniejszą presję inflacyjną, podczas gdy USA są dziś nie tylko wielkim konsumentem, ale też dużym producentem surowców. Dlatego rynek uznaje, iż amerykańska gospodarka jest mniej narażona na ten wstrząs niż gospodarki zależne od importu, a to sprawia, iż ten sam szok energetyczny osłabia euro, złotego i inne waluty rynków wschodzących bardziej niż dolara.
A skoro droższa ropa może znów podbić inflację, inwestorzy zaczynają zakładać, iż Fed nie będzie się spieszył z obniżkami stóp procentowych. A jeżeli stopy w USA pozostaną wyższe na dłużej, dolar staje się jeszcze bardziej atrakcyjny. Daje bowiem nie tylko bezpieczeństwo, ale też relatywnie lepszy dochód z amerykańskich obligacji i lokowania kapitału w aktywach dolarowych.
Obecne umocnienie dolara to logiczna reakcja na układ sił, w którym świat boi się wzrostu cen energii, a USA są postrzegane jako kraj mniej narażony na skutki tego wstrząsu niż większość konkurentów, w tym Unia Europejska. Można powiedzieć, iż w obecnym kryzysie dolar wygrywa nie dlatego, iż amerykańska gospodarka jest idealna, ale dlatego, iż wygląda na mniej narażoną na szok od innych.
Czy to oznacza początek nowej ery trwałej siły dolara?
Niekoniecznie, bo trzeba odróżnić ruch wynikający z trwałej zmiany od reakcji na nagły kryzys. jeżeli napięcie na Bliskim Wschodzie zacznie słabnąć, a ceny ropy spadną, część obecnego umocnienia amerykańskiej waluty może gwałtownie wyparować. Zresztą było to już widać po wypowiedzi prezydenta Trumpa, iż zakończenie wojny może być bliżej, niż wcześniej sądzono – ropa zeszła poniżej 100 dolarów za baryłkę, a dolar lekko się osłabił. To dobry przykład tego, co może się wydarzyć w razie deeskalacji.
Podobnie będzie, jeżeli inwestorzy uznają, iż impuls inflacyjny miał tylko przejściowy charakter, a Fed wróci do łagodniejszego nastawienia. Wtedy mechanizm, który dziś wspiera dolara, zacznie działać słabiej. Jest zresztą i druga strona tego ruchu, bo zbyt mocny dolar wcale nie musi być dla Trumpa dobrą wiadomością – w czasie kryzysu daje USA finansową przewagę, ale jednocześnie utrudnia eksport i osłabia konkurencyjność amerykańskiego przemysłu.
Do tego dochodzi polityka, bo jeżeli konflikt będzie się przeciągał, wysokie ceny paliw coraz mocniej odczują wyborcy. Dlatego dziś najuczciwiej byłoby powiedzieć tak: obserwujemy przede wszystkim geopolityczne umocnienie dolara, napędzane drogą ropą, obawami o inflację i tym, iż Stany Zjednoczone są producentem energii, a nie tylko jej odbiorcą. To daje dolarowi przewagę w krótkim terminie, ale o trwałości tego ruchu zdecyduje nie sam konflikt, ale to, co stanie się z cenami ropy w kolejnych tygodniach i miesiącach. jeżeli surowiec pozostanie drogi, dolar może pozostać mocny dłużej. jeżeli napięcie opadnie, może się gwałtownie okazać, iż obecny powrót silnego dolara był raczej reakcją na kryzys niż początkiem nowego, wieloletniego trendu.
O autorze
Paweł Majtkowski – analityk eToro na polskim rynku, który dzieli się swoim cotygodniowym komentarzem na temat najnowszych informacji giełdowych. Paweł jest uznanym ekspertem rynków finansowych z dużym doświadczeniem jako analityk w instytucjach finansowych. Jest on też jednym z najczęściej cytowanych ekspertów w dziedzinie gospodarki i rynków finansowych w Polsce. Ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Jest także autorem wielu publikacji z zakresu inwestowania, finansów osobistych i gospodarki.

2 godzin temu






