Odnoszący sukcesy przedstawiciel klasy średniej z przełomu wieków musiał mieć:
- podmiejski dom.
- letnisko czyli dom weekendowy w atrakcyjnym miejscu.
Pierwszego nie trzeba nikomu tłumaczyć. Duża działka, a nie miejska chusteczka do nosa, spokój, cisza, pies (nie w budzie, ale na salonach). Wystarczy przejrzeć magazyny kolorowe tamtych lat dla aspirantów (Pani, Sukces itp.), żeby nie mieć wątpliwości – dom na przedmieściach, ucieleśnienie amerykańskiego snu, stał się także polskim.
Letnisko, nad jeziorem, w lesie, w górach czy nad morzem, albo po prostu w uzdrowisku (znacznie lepiej domek niż mieszkanie) także wypadało mieć. Niezależnie czy byłeś lekarzem, prawnikiem, naukowcem, drobnym przedsiębiorcą – szedłeś w tym kierunku, gdy tylko było Cię stać.
A teraz? No cóż. Przeglądając oferty sprzedaży nieruchomości, zauważyłem pewną prawidłowość – dzieci tych ludzi sukcesu właśnie wyprzedają tak charakterystyczne domy: królowało ciemne drewno, białe ściany, spadziste czerwone dachy. Wersja Lux – basen lub kort tenisowy. Forma – obowiązkowo coś na kształt dworku (przedmieścia). Tylko bogacze (oferowany niedawno za 17 mln zł dom R.Lipki w Kazimierzu Dolnym) mogli sobie pozwolić na bardziej ekstrawagancką formę. A teraz kolejne pokolenie sprzedaje. Czy warto kupić? Czy robią dobrze?
Na pierwsze pytanie nie ma dobrej odpowiedzi. Niewątpliwie styl dworkowy wyszedł z mody, a to co było dobre 25 lat temu (np. 10 cm ocieplenia, plastikowe okna Rehau) dzisiaj już nikogo nie przyciągnie. Wręcz przeciwnie.Ogromne metraże (reakcja na normy PRL-u) wręcz odstraszają. Pamiętam jeden z takich domów, siłami całej rodziny, wybudowali go znajomi naukowcy. Teraz zostali sami w budynku 10-pokojowym, z podwójnym garażem, trzema kuchniami, trzema łazienkami, jadalnią itp. Oraz z emeryturą na miarę ówczesnych pensji akademickich (wszystkie ekstra „obrywy” szły na umowy o dzieło i nie były oskładkowane). Na razie właściciele trzymają fason (i służy im zdrowie), przekroczyli 75 r.ż., ale gdy odejdą z tego świata, niewątpliwie ich jedyna córka także wrzuci nieruchomość na rynek. Koszty utrzymania – ekstremalne. Wzornictwo – niewspółczesne. A zalety? Poza tymi nieszczęsnymi oknami – świetne materiały. Granit strzegomski, nie żaden plastik udający granit, ani chińskie cuda. Drewno – doskonały dąb, rzemieślnicza robota na podłogach, drzwiach, w kuchni. Często piękne antyki i najwyższej jakości dywany, trochę obrazów. Dla wyjątkowego konesera. Przedmieście stało się praktycznie miastem. Tam, gdzie dojeżdżał 1 autobus na 3 godziny, dzisiaj na przystanku spory ruch. Rano busy i miejskie Solarisy co 15 minut. Ostatni – po 22. Dobra droga.
A letniska? Do dzisiaj czuję zapach takiego drewnianego domku nad jeziorem. Drewno pomieszane ze środkiem do konserwacji (smród nie do zabicia, podobnie pachniały podkłady kolejowe). Te nieruchomości przeżywały swój złoty wiek ponownie w czasie COVID-u, ale potem, wraz z poluzowaniem restrykcji, przygasły po raz ostatni. 90% użytkowników to ludzie 70+, ew. z wnukami. Dzisiaj, w wersji całorocznej (ocieplenie, ogrzewanie) kupimy je za równowartość miejskiej kawalerki. Dlaczego? Ponieważ istnieje szereg ciekawszych sposobów spędzania wolnego weekendu niż wyjazd nad jezioro. Zmienił się styl życia klasy średniej. Królują: spa, city breaki itp. Po co dodatkowy obowiązek (kwiaty, koszenie) i koszt (naprawy), skoro można zapłacić i mieć luksus? Nie na zawsze, ale na kilkanaście dni w roku. jeżeli taka nieruchomość kosztuje 300k, same odsetki do uzyskania (dzisiaj minąłem bank, który proponował 6%) wyniosą 18.000 zł rocznie, dodajmy koszty utrzymania (4000-5000 zł), oraz kapitał (na ile lat potrzebuje go 70-latek?).
Czy to sensowne? Wątpię. Ale tylko głupiec dyskutuje z faktami. W pokoleniu moich rodziców/teściów praktycznie każdy przedstawiciel klasy średniej starał się mieć „daczę” na miarę własnych możliwości (od pięknego domu w Kazimierzu Dolnym czy na Mazurach do wiejskiej chaty po dziadkach). Bez znaczenia: lekarz, weterynarz, inżynier, prawnik, urzędnik, nauczyciel. Większość z tych ludzi spędzała tam każdy weekend lata, nierzadko miesiąc wakacji. Obowiązkowo z rodziną. A dzisiaj? No cóż. Rozglądam się dookoła. jeżeli wyłączę „apartamenty wakacyjne” to takim miejscem w mojej bańce towarzysko-wiekowej dysponuje znajomy naukowiec (dom na Roztoczu po dziadkach), urzędniczka skarbowa (zakup w pandemii) oraz … ja. Ani moje dorosłe dzieci, ani dorosłe dzieci moich kuzynek nie są zainteresowane. Wolą tydzień na Kanarach, w Grecji czy w weekend Paryżu. Jeszcze czasem przyjadą do dziadków nad jezioro (bo jest woda i nie chcą robić starszym przykrości).
Wracam do pytania o sens. Dla kogoś, kto takie miejsce traktuje inwestycyjnie – odradzam. Za chwilę „boomersi” zaczną masowo umierać i mnóstwo podobnych gniazdek trafi na rynek, ciągnąc w dół ceny. Więc dla kogo? Widzę dwie grupy docelowe, obie nieliczne. Jedna – mogący sobie pozwolić na mieszkanie 30-50 km od miasta i pracę zdalną/dojazdy. Wtedy mają szansę korzystać z atrakcji długiego dnia, przyrody, wody, atmosfery od maja do października. Druga – tacy, jak ja, odrobinę niedzisiejsi. Siądą z książką na bujaku, zapatrzą się w las, albo lustro pamiętające prababcię. Zetną różę i wstawią ją do wazonu. Posłuchają Liszta, Wieniawskiego lub Chopina, albo nawet, choć to trudne, spróbują go sami zagrać. Oglądając instagramowe profile dostrzegam jeszcze trzecią grupę i w niej upatruję szansę. Miłośnicy sielskości. W wersji „do zdjęcia”. Zmienią te miejsca w perełki Bookingu. Wrzućcie sobie na pulpit „Morelówkę” w Kazimierzu Dolnym, albo najlepiej tam pojedźcie, jeżeli tylko znajdziecie termin. Tak wygląda siedlisko z Weranda Country. Dopracowane w każdym calu. Tylko właścicielka należy zdecydowanie do klasy wyższej.
Ponieważ jednak to blog o finansach, przejdźmy do liczb. Tak jak napisałem, podmiejskie domy klasy średniej sprzed 25 lat skreśliłbym. Mogą być tanie (równowartość 3 pokoi w apartamentowcu) w zakupie, ale w utrzymaniu drogie. Taka 250-300 metrowa, dziesięciopokojowa willa potrzebuje kosztownych remontów (3 duże łazienki – 150 tys. zł, 2 kuchnie z wyposażeniem – drugie tyle, ocieplenie, wymiana źródła ogrzewania) i energii zimą. Ile? Np. 40 tys. KWh. jeżeli mówimy o gazie ziemnym 18 tys. zł rocznie. Gdyby ktoś w międzyczasie zamontował pompę ciepła – pewnie 30 tys. zł/rok. Porównajmy z nowym, dobrze ocieplonym domem stumetrowym: 4000 KWh – 1/10 powyższej wartości. Padnie drugie pytanie – po co komu dzisiaj, w klasie średniej 10 pokoi na 2-3 osoby?
A letnisko? Cóż tutaj nie byłbym taki kategoryczny. Wszystko zależy od miejsca, układu, stanu technicznego. Gdyby ktoś dzisiaj zaoferował mi 100-metrowy dom wakacyjny nad jeziorem w dobrej cenie (200-250 tys. zł) na pewno wziąłbym pióro do ręki i zrobił rachunek sumienia: ile i jak zamierzam korzystać. Pamiętacie wyliczenia dotyczące „miejsca w górach”?
Własny domek w promieniu 30-70 km w ciekawym miejscu (woda, góry, las, ładne miasteczko) stanowi pewną wartość dla określonego typu ludzi. I dla nich ma wiele zalet. Popatrzcie. W swoim siedlisku jestem po 35 minutach od wyjazdu z domu. Przed 17 w piątek rozpalam już grilla. Okiennice mogę zamknąć w niedzielę o 21 (w lecie jeszcze wrócę za dnia). Gdy miałem mieszkanie w górach, dojeżdżałem o 22 w piątek, a pakowałem bambetle o 14 w niedzielę, tracąc 10 godzin. Nie muszę dodawać, iż w pewnym wieku istnieje zasadnicza różnica pomiędzy 35-minutowym dojazdem a 5 godzinami – x 2 w jeden weekend. Ale – trzeba lubić stale bywać w jednym miejscu (i mieć tam towarzystwo), cenić sobie własny fotel, kubek itp. jeżeli chcemy wynajmować, znacznie łatwiej ogarnąć sprzątanie, wydanie kluczy, gdy jesteśmy 30 km od lokalizacji niż 375 km. Proste.
W przypadku domu na wsi dochodzi sentyment. Na moim siedlisku spędzałem wakacje jako dziecko, mam tam kumpla, rodzinę, budynek stawiał mój pradziadek. To wszystko nie da się porównać z anonimowym 45-metrowym mieszkaniem w bloku, ani piętrem w „domku góralskim”. W żadnym razie.
Natomiast dla kogoś, kto lubi być dziś tu, jutro tam – taka „miejscówka” staje się ciężarem, trudnym do udźwignięcia. Bo wszystko trzeba ludziom zlecić. Spuszczać wodę przed zimą, zabezpieczyć rośliny, kosić. A pobędziemy tam 5 weekendów i tydzień w roku (łącznie 15 dni). Całkowity bezsens. Do czasu, aż zmieni nam się optyka. 750 km w weekend stanie się ciężarem, emerytura wyniesie 30% pensji. Wtedy lepiej mieć coś bliżej.
Obserwuję moich teściów, wiele lat temu kupili sobie domek nad jeziorem. Na początku spędzali tam tylko weekendy. Po 70-tce siedzą od maja do końca września, pomimo, iż brak stałego ogrzewania. Płacą podatek, wodę, ścieki, prąd (jak w mieście i tak płaciliby plus abonamenty). De facto dom kosztuje ich ok. 3000 zł/rok plus jakieś udoskonalenia. jeżeli przeliczymy wg stawek rynkowych – 150 zł/dzień ( po rabacie na długi termin), wyszłoby 5×4500 zł czyli 22.500 zł/rok. A tak żyją sobie za 1/7. 3000 zł/rok i jako emeryci nie wyjadą nigdzie na dłużej niż weekend, więc mają wybór weekend kontra 5 miesięcy. Co lepsze? A wnuki? A przyjaciele?
Ponownie, dla kogoś kto ma pieniądze, lubi zmiany, może argumenty z czapy, ale dla posiadaczy niewielkiego budżetu, warte rozważenia. Podobnie dla kogoś, kto patrzy dalej i wie jak wygląda starość. Obserwuję w rodzinie. Jeszcze 10 lat temu mój teść wsiadał i w weekend odwiedzał swoją chrześnicę (600 km w obie strony), a w następny siostrę (kolejne 600 km). Teraz, gdy boli kręgosłup, oczy nie te, wycieczka do Warszawy stanowi wyzwanie. O dojeżdżaniu 750 km raz w miesiącu, choćby nie myśli.









