Jeszcze niedawno dron był gadżetem. Zabawka do nagrywania ujęć z wakacji albo hobby dla ludzi, którzy próbowali nie wlecieć w drzewo.
Dzisiaj to już nie jest kategoria „fajne”. To jest kategoria „strategiczne”. Bo drony stały się tym, czym kiedyś stały się telefony: najpierw ciekawostka, potem narzędzie pracy, a na końcu infrastruktura, bez której nie da się funkcjonować.
I ta zmiana dzieje się naraz w kilku światach: na froncie, w logistyce, w przemyśle, a w tle wchodzi AI, która przenosi kontrolę z człowieka na algorytm.
Dlatego w tym materiale opowiem wam o pięciu spółkach, które nie tylko „robią drony”, ale walczą o to, kto zdefiniuje cały ekosystem: od powietrznych taksówek, przez amunicję krążącą, po odrzutowe platformy bojowe i łańcuch dostaw komponentów. Zaczynamy
Drony zmieniają reguły wojny i transportu. Cztery spółki, które walczą o dominację
Załóż konto na Freedom24 i odbierz choćby 20 darmowych akcji o wartości choćby kilkaset dolarów każda!
Szczegółowy opis promocji znajdziesz na: https://freedom24.club/dnarynkow_welcome
Od gadżetu do infrastruktury
Kilka lat temu jeszcze drony kojarzyły się głównie z jakimiś chłopakami w okularach VR, którzy kręci sobie filmiki na YouTube i próbują nie przywalić w drzewo. Dziś to już inna liga. W każdym większym konflikcie widzimy, iż bezzałogowce są tak samo najważniejsze jak artyleria. W logistyce duże firmy zaczynają testować dostawy, które omijają zakorkowane miasta, a w tle cicho pracuje AI, która przejmuje kontrolę nad lotem, nawigacją i analizą obrazu, zamieniając drona z pilota na pilota automatycznego.

To nie jest boom wywołany modą. To zmiana infrastrukturalna, której nie da się zatrzymać. Dokładnie tak, jak kiedyś z telefonami komórkowymi: najpierw gadżet, potem narzędzie pracy, a na końcu całe środowisko biznesowe. Rynek dronów wchodzi właśnie w ten trzeci etap. Dlatego dziś przyjrzymy się pięciu firmom, które nie tylko produkują latające maszyny, ale próbują zdefiniować, jak ta nowa infrastruktura będzie wyglądać w praktyce.
EHang: skok do miejskiego nieba
Na początek jedziemy z EHang. To najbardziej jaskrawy przykład tego, iż rynek dronów coraz mniej przypomina rynek gadżetów, a coraz bardziej fundamenty przyszłej mobilności. Firma nie próbuje ulepszać istniejących rozwiązań. Ona chce przeskoczyć całą kategorię i zbudować coś, co zmienia sposób poruszania się w mieście. Ich pomysł jest prosty, ale jednocześnie karkołomny: autonomiczny pojazd powietrzny (AAV), który przewozi ludzi bez pilota. Nie jako przelot testowy nad pustynią, tylko jako regularna usługa w mieście.

EHang przez lata był traktowany jak odważny projekt na pograniczu R&D i marketingowej fantazji. Problem w tej branży zawsze był ten sam: nie chodzi o to, czy dron jest w stanie polecieć. Chodzi o to, czy regulator pozwoli mu wozić ludzi nad głowami innych ludzi. I to właśnie tu nastąpiło największe zaskoczenie. EHang stał się pierwszą firmą na świecie, która zdobyła w pełni komercyjną certyfikację w Chinach na przewóz pasażerów autonomicznymi dronami. To nie jest testowa zgoda, nie jest to licencja wyłącznie na pokaz i nie jest to projekt wojskowy schowany za zasłoną tajemnicy. To formalna zgoda na świadczenie usług.

To osiągnięcie daje EHang przewagę, której nie da się nadrobić sprintem. Konkurenci na Zachodzie wciąż stoją w miejscu, bo ich największym problemem jest regulator, a nie silniki czy aerodynamika. Tymczasem EHang już prowadzi regularne loty pokazowe w kilku chińskich miastach i buduje coś, co można nazwać pierwszą siecią mobilności powietrznej. Jeszcze nie masową, jeszcze nie dochodową, ale na pewno pionierską.

EHang: model 216 i ciężar realiów
Flagowy model EHang 216 to masywna konstrukcja z 16 wirnikami, przypominająca mieszankę śmigłowca i wielkiego drona. Nie ma tam kokpitu ani przyrządów lotu, bo nie ma tam miejsca dla pilota. Całość działa autonomicznie, opierając się na systemach nawigacji, redundancji sensorów i algorytmach, które mają zapewnić bezpieczeństwo choćby w przypadku awarii części modułów. Ten brak pilota to nie efekt fantazji, tylko świadomy wybór. W branży eVTOL każdy dodatkowy kilogram to problem, a pilot zajmuje miejsce, które można sprzedać pasażerowi. EHang buduje model ekonomiczny, który ma działać i się skalować, a nie tylko wyglądać futurystycznie.
Od strony finansowej entuzjazm trzeba jednak ostudzić. Firma nie pozostało masowym producentem, a jej przychody wynikają głównie z pojedynczych dostaw, projektów pilotażowych i programów demonstracyjnych. To bardzo wczesny etap, gdzie skala jest mikroskopijna w porównaniu do ambicji. Na pierwszy rzut oka wygląda to jak klasyczna spółka wzrostowa sprzedająca obietnicę, ale różnica jest w rodzaju tej obietnicy. Większość firm z kategorii R&D nie ma choćby wyraźnej ścieżki do komercjalizacji. EHang już ją ma, bo certyfikacja otwiera drzwi, których nikt inny jeszcze nie uchylił.

W praktyce EHang buduje dwie rzeczy naraz: sam produkt i cały rynek, na którym ten produkt może działać. w tej chwili jeszcze praktycznie nie ma konkurencji, ale nie ma też samego rynku, regulacji, klientów. To trudniejsza sytuacja niż sama produkcja drona, bo wymaga współpracy z samorządami, budowania infrastruktury do obsługi lotów, tworzenia standardów bezpieczeństwa i przekonania ludzi, iż wsiadanie do autonomicznej kabiny wiszącej 100 metrów nad ziemią to coś normalnego. Dlatego ta firma jest jednocześnie najbardziej ryzykowna i najbardziej przełomowa w tym zestawieniu.
EHang nie konkuruje z innymi firmami dronowymi. EHang konkuruje z wizją przyszłości. jeżeli im się uda, będą pierwszą firmą w historii, która uruchomi prawdziwe autonomiczne taksówki powietrzne na skalę komercyjną. jeżeli nie i tak zostaną w historii jako katalizator całej kategorii. W obu scenariuszach trudno ich ignorować, bo nikt nie jest tak blisko realnej, działającej infrastruktury urban air mobility jak oni.
Póki co wyniki są rozchwiane niczym pranie na wietrze, ale sama spółka w swoich prezentacjach szacuje, iż w kolejnej dekadzie ich adresowalny rynek wejdzie w prawdziwą fazę wzrostu i będzie rósł w średniorocznym tempie choćby 85% rocznie!

Chociaż potencjał naprawdę jest duży, to trzeba patrzeć na takie prognozy z przymrużeniem oka i pamiętać, iż wybitnie mocno opierają się one na wielu arbitralnych założeniach. jeżeli jednak ten sposób transportu miejskiego rzeczywiście się przyjmie to możliwości do monetyzacji są faktycznie olbrzymie.

AeroVironment: teraźniejszość wojny dronowej
Jeśli EHang to futurystyczna pocztówka z możliwej przyszłości i inwestor woli coś bardziej działającego, to AeroVironment jest brutalnie przyziemną odpowiedzią na pytanie, jak wygląda teraźniejszość wojny w erze dronów. Ta spółka nie obiecuje, iż kiedyś zbuduje latające taksówki. Ona już dziś dostarcza wojskowe systemy, które realnie decydują o wyniku walki.
AeroVironment to amerykańska firma obronna, która od lat specjalizuje się w małych i średnich bezzałogowcach oraz systemach uzbrojenia opartych na dronach. Jest jednym z kluczowych dostawców niewielkich dronów rozpoznawczych dla Departamentu Obrony USA oraz kilkudziesięciu państw sojuszniczych, a jej konstrukcje typu Raven, Puma i Wasp stały się standardowym wyposażeniem wielu armii, zwłaszcza tam, gdzie trzeba gwałtownie zobaczyć, co dzieje się za wzgórzem, w wiosce albo za murem budynku, zanim wyśle się tam ludzi.
To są zupełnie inne maszyny niż kapsuła EHang. Klasyczny Raven albo Puma to niewielki, manualnie odpalany dron skrzydlaty, który można dosłownie wyciągnąć z plecaka, złożyć w kilka minut i wyrzucić z ręki jak model szybowca. Jego zadanie jest proste, ale kluczowe: dostarczyć w czasie rzeczywistym obraz z kamery dziennej lub podczerwonej, pomóc wykryć ruch, stanowiska przeciwnika, pojazdy, albo pułapki. W praktyce to przedłużenie wzroku danego oddziału, a nie filmowy gadżet. Tego typu platformy są używane od Afganistanu po Ukrainę i stały się podstawą codziennego rozpoznania na poziomie plutonu.

AeroVironment: Switchblade i ekosystem „Sensor to Shooter”
Druga noga biznesu AeroVironment to tak zwane loitering munitions, czyli amunicja krążąca. Najbardziej znany produkt to Switchblade. Z punktu widzenia inwestora jeden z symboli nowej generacji uzbrojenia. Bardzo specyficzna hybryda drona i pocisku. Żołnierz wystrzeliwuje go z niewielkiej wyrzutni, dron wzbija się w powietrze, krąży nad celem, przekazuje obraz, a w momencie decyzji zamienia się w precyzyjny, jednorazowy pocisk uderzający w wybrane miejsce. Daje to coś, co w walce jest bezcenne: możliwość obserwacji i ataku w jednym systemie, z minimalnym ryzykiem dla własnych ludzi i z mniejszym ryzykiem przypadkowych ofiar cywilnych.
To nie jest już faza eksperymentów. Switchblade jest normalnie używany operacyjnie na Ukrainie, a AeroVironment regularnie komunikuje rosnący popyt zarówno na same systemy, jak i na szkolenia oraz wsparcie serwisowe. Rynek dronów bojowych przestał być niszą. Stał się jednym z głównych kierunków modernizacji armii, a przychody spółki rosną wraz z tym trendem, na fali rosnących budżetów obronnych i realnego zużycia sprzętu w konfliktach.

Technologicznie AeroVironment to nie tylko latające platformy. Firma buduje całe ekosystemy: oprogramowanie dowodzenia, systemy łączności, integrację między małymi dronami rozpoznawczymi a amunicją krążącą. Dobry przykład to rozwiązania typu „Sensor to Shooter”, które pozwalają małemu dronowi wykryć cel, a następnie niemal automatycznie przekazać koordynaty do Switchblade, bez manualnego przepisywania danych, co skraca czas reakcji i zmniejsza ryzyko błędu człowieka. To tu wchodzi element algorytmów, przetwarzania danych i automatyzacji decyzji taktycznych.

W odróżnieniu od EHang, który dopiero buduje rynek, AeroVironment działa w środowisku bardzo dobrze zdefiniowanym. Klientem jest przede wszystkim sektor publiczny, a model biznesowy opiera się na kontraktach obronnych, często wieloletnich i odnawialnych. To zupełnie inny profil ryzyka. Z jednej strony masz ogromną zależność od polityki, budżetów państw i priorytetów militarnych. Z drugiej strony, o ile raz wejdziesz do standardowego wyposażenia armii, masz wysoką powtarzalność zamówień, bo sprzęt trzeba serwisować, modernizować i uzupełniać.
Kluczowy z punktu widzenia inwestora jest też etap rozwoju spółki. AeroVironment to nie jest mały start-up, który żyje z emisji akcji i obietnicy, iż kiedyś coś sprzeda. To dojrzały podmiot z ugruntowaną pozycją w branży i przychodami liczonymi w setkach milionów dolarów rocznie, z wyraźnym podziałem na segmenty: małe drony taktyczne, amunicja krążąca, systemy średniego zasięgu, roboty lądowe i projekty wysokościowe w rodzaju pseudo satelitów.
Z perspektywy ekspozycji na rynek dronów AeroVironment jest trochę jak dostawca infrastruktury w świecie telekomów. Nie robi najbardziej efektownych, futurystycznych produktów, które świetnie wyglądają w prezentacjach, tylko sprzęt, który codziennie pracuje w tle. Małe drony rozpoznawcze, które żołnierze traktują jak standardową część wyposażenia. Jednorazowe systemy uderzeniowe, które są wpisane w siły zbrojne i oprogramowanie, które spina to wszystko w jeden system.
Wszystko to sprawia, iż AVAV jest ciekawą kontrą wobec spółek sprzedających czystą wizję wzrostu bez przychodów. Tu historia jest mniej spektakularna, za to dużo bardziej namacalna. Zamiast zdania w stylu „za dziesięć lat będziemy wozić ludzi nad miastem”, inwestor dostaje komunikat „nasz sprzęt już dziś lata na froncie i będzie tam latał tak długo, jak długo armie będą modernizować się w stronę systemów bezzałogowych”. W świecie dronów to jeden z najbardziej klasycznych przykładów spółki, która nie sprzedaje wizji, tylko gotowy produkt, w segmencie, gdzie popyt niestety rośnie razem z napięciami geopolitycznymi. Czyli od kilku lat coraz szybciej.
Red Cat: pivot z hobby na nocną przewagę
Idźmy dalej. Przy EHang mieliśmy wizję miejskiej mobilności przyszłości, przy AeroVironment twardą wojskową infrastrukturę. Czas na Red Cat, czyli… coś pomiędzy: mały, agresywny gracz, który jeszcze niedawno bawił się w rynek konsumencki, a dziś jest coraz bardziej wkręcony w bardzo konkretną niszę wojskowych dronów taktycznych z naciskiem na nocne działania i sztuczną inteligencję.
Kilka lat temu Red Cat był konglomeratem „wszystkiego, co dronowe”: gogle Fat Shark, społeczność Rotor Riot, FPV, racing, sprzęt dla entuzjastów. Ten etap się oficjalnie skończył. Spółka sprzedała cały konsumencki biznes, w tym Fat Shark i Rotor Riot, do Unusual Machines, żeby odciąć się od hobbystycznej zabawki i skupić na jednym: militarnych i rządowych zastosowaniach swoich platform Teal i rodziny systemów Arachnid.
Dziś sercem Red Cat jest Teal Drones i ich platformy klasy sUAS, czyli małe, przenośne drony rozpoznawcze. Flagowy produkt Teal 2 to składany quadrocopter, który mieści się w plecaku i jest certyfikowany jako Blue UAS przez Departament Obrony USA. To ważna etykietka, bo lista Blue UAS to zamknięty klub maszyn, które przeszły wymagający proces weryfikacji pod kątem bezpieczeństwa łańcucha dostaw, cyberbezpieczeństwa i zgodności z wymaganiami armii. Innymi słowy, Teal 2 jest sprzętem, który wojsko może kupować bez ciągłej walki z działem bezpieczeństwa.

Teal 2 jest mocno wyspecjalizowany. Dron został zbudowany pod krótkodystansowy zwiad, z naciskiem na operacje nocne. Na pokładzie ma m.in. kamerę łączącą obraz dzienny i termowizyjny, zoptymalizowaną do pracy po ciemku. Do tego wielodronowe sterowanie, możliwość prowadzenia kilku maszyn jednocześnie dla uzyskania widoku 360 stopni na cel oraz modułowa konstrukcja, którą można serwisować w terenie. Hasło marketingowe firmy „Dominate the Night” nie jest przypadkowe, bo Red Cat świadomie wybrał sobie niszę: dawać przewagę w nocy, tam, gdzie tanie, cywilne drony ślepną.

Kolejny krok to rodzina systemów Arachnid i m.in. Black Widow. Tu zaczyna się robić ciekawie z punktu widzenia długoterminowego potencjału. Arachnid to portfolio małych platform ISR i precyzyjnego rażenia, zaprojektowanych jako tańsza, przenośna alternatywa dla klasycznych systemów rozpoznawczo-uderzeniowych. Część tych dronów jest jednorazowa, inne wracają po wykonaniu misji. Red Cat wprost mówi, iż chce konkurować ceną i dostępnością, oferując sprzęt, który można rzucić do plecaka oddziału i używać niemal jak „inteligentnej amunicji”, a nie jak strategicznego systemu, którego szkoda użyć.
Red Cat: Arachnid, AI i ryzyko skali
Na to nakłada się interesujący wątek AI. Red Cat współpracuje z firmami takimi jak Athena AI i Palantir, żeby do swoich dronów dołożyć warstwę zaawansowanej analizy obrazu i nawigacji. W praktyce chodzi o to, żeby maszyna potrafiła nie tylko nagrywać, ale rozpoznawać cele, śledzić je na podstawie obrazu termicznego i pomagać dowódcom podejmować decyzje dużo szybciej, również w nocy, w trudnych warunkach i bez pełnej łączności. W testach Athena AI wykorzystywała nagrania z Teal 2, aby automatycznie rozpoznawać i śledzić cele na podstawie wideo z kamery termicznej. Do tego dochodzi nowa kooperacja przy Black Widow, gdzie oprogramowanie Palantir ma umożliwiać nawigację bez GPS i sygnału radiowego, co jest najważniejsze w środowisku zakłóceń.

Brzmi jak gotowy przepis na sukces, ale od strony liczb Red Cat wciąż jest na etapie obietnic. Przychody są relatywnie niewielkie w skali rynku obronnego i bardzo mocno się wahają, co przekłada się na ogromną zmienność ceny akcji, co więcej w tym roku kilka kwartałów zaliczyło choćby spadek przychodów rok do roku, częściowo dlatego iż firma wstrzymała produkcję Teal 2, żeby przestawić się na Black Widow i nowe programy dla armii.
To świadomy wybór zarządu: poświęcili krótkoterminowy przychód, żeby skupić się na produkcie, który ma większy potencjał w wieloletnich programach modernizacyjnych. Ostatni zaraportowany, trzeci kwartał tego roku wydaje się potwierdzać słuszność tych decyzji, ale firma funkcjonuje w bardzo ryzykownym środowisku.

Modelowo Red Cat stoi więc w rozkroku. Z jednej strony ma już realne zamówienia od instytucji takich jak U.S. Air Force czy Defense Logistics Agency, kontrakty w ramach programów typu Short Range Reconnaissance i rządowe certyfikacje, które odróżniają go od przypadkowego producenta dronów z katalogu. Z drugiej strony skala jest na razie zbyt mała, żeby mówić o bezpiecznej, dojrzałej maszynce do generowania gotówki. To wciąż spółka, która buduje portfolio produktów pod to, jak będzie wyglądał rynek dronów wojskowych za kilka lat, a nie tylko w tym kwartale.
Z perspektywy inwestora Red Cat jest więc czymś między AVAV a typowym dronowym start upem. Ma już nogę w drzwiach u poważnych klientów, certyfikacje Blue UAS i współpracę z dużymi graczami z obszaru AI, ale przez cały czas sprzedaje głównie narrację o wzroście i przyszłych programach, a nie stabilny, przewidywalny cash flow. To jest spółka, która może bardzo skorzystać na dalszej militaryzacji dronów na poziomie taktycznym, szczególnie jeżeli wojska NATO będą masowo standaryzować się na krótkodystansowych systemach nocnych, ale jednocześnie wymaga dużej tolerancji na zmienność wyników i ryzyko tego, iż nie wszystkie programy, o które walczą, faktycznie „dowiezie” do końca.
Znajdziesz tam więcej wartościowych treści o inwestowani, giełdzie i rynkach.
DNA Rynków – merytorycznie o giełdach i gospodarkach
Kratos: dron jak myśliwiec
Okej, czyli tak: przy Red Cat mieliśmy małe, składane drony taktyczne, a przy AeroVironment lekkie systemy rozpoznawcze i amunicję krążącą. Kolejna na liście spółka jednak to zupełnie inna liga. Chodzi o firmę Kratos. To moment, w którym dron przestaje być czymś z plecaka żołnierza, a zaczyna wyglądać jak myśliwiec, tylko bez pilota w kabinie.
Kratos budował swoją pozycję w dronach inaczej niż większość rynku. Zamiast zaczynać od małych quadrocopterów, firma od ponad dwudziestu lat rozwija wysokowydajne odrzutowe drony dla sił powietrznych USA. To zdalnie sterowane samoloty, które mają symulować prawdziwych przeciwników na ćwiczeniach. Muszą latać szybko, wysoko i być na tyle zaawansowane, żeby radary i systemy obrony powietrznej „widziały” w nich realne zagrożenie. Ten segment do dziś jest jednym z filarów biznesu Kratosa, a zamówienia na dziesiątki nowych celów BQM-167A czy innych platform regularnie przewijają się w kontraktach z USAF.
To właśnie z tej szkoły wyrósł najbardziej medialny produkt spółki, czyli XQ-58A Valkyrie. To bezzałogowy samolot bojowy, projektowany jako tzw. lojalny skrzydłowy dla F-35 i innych myśliwców. Innymi słowy, coś pomiędzy klasycznym dronem a lekkim samolotem bojowym. Ma sylwetkę zbliżoną do stealth, wlot powietrza schowany w kadłubie, V-kształtny ogon, napęd odrzutowy i możliwość przenoszenia uzbrojenia w wewnętrznej komorze. Lata na wysokich prędkościach poddźwiękowych, ma duży zasięg i nie potrzebuje klasycznego pasa startowego, bo może być wystrzeliwany z szyny rakietowej, a potem lądować na spadochronie albo w wariancie z podwoziem normalnie startować i lądować jak samolot.
Logika stojąca za Valkyrie jest dość brutalna, ale bardzo czytelna: samoloty bojowe są absurdalnie drogie, piloci są jeszcze cenniejsi, a współczesne pole walki staje się coraz bardziej nasycone rakietami ziemia-powietrze. jeżeli możesz wysłać przed F-35 kilka tanich, bezzałogowych maszyn, które wykonają rozpoznanie, zakłócą radar, odpalą pociski, a w razie czego przyjmą na siebie ogień, to nagle zmienia się cała kalkulacja ryzyka. Kratos od lat powtarza, iż chce budować sprzęt na tyle tani, żeby było cię stać go stracić, ale jednocześnie na tyle zaawansowany, żeby coś realnie zrobił, zanim zginie.
To już nie jest wyłącznie demonstrator technologii. XQ-58A stał się jednym z głównych koni pociągowych całego programu Collaborative Combat Aircraft w USA. Maszyna jest testowana przez US Air Force, US Navy i US Marine Corps, a marines szykują wariant MQ-58B skonfigurowany pod zadania walki elektronicznej i współpracę z F-35. W tle dzieje się też europejska ścieżka: Airbus doszedł do porozumienia z Kratosem w sprawie wersji na potrzeby Luftwaffe, która ma wejść do służby około 2029 roku jako element koncepcji „wingmana” dla niemieckich myśliwców.
Valkyrie nie jest jedynym projektem taktycznym Kratosa. Spółka rozwija także drony Apollo i Athena, zaprojektowane jako modularne platformy do współpracy z myśliwcami europejskimi trzeciej i czwartej generacji. To nie są małe zabawki, tylko pełnoprawne samoloty bezzałogowe, które można skonfigurować pod rozpoznanie, walkę elektroniczną, przenoszenie uzbrojenia czy wabienie radarów. Cała linia produktowa ma odpowiadać na potrzeby armii, które chcą coś tańszego niż dodatkowa eskadra załogowych maszyn, ale mocniejszego niż mały dron taktyczny.
Do tego dochodzi klasyczny „chleb powszedni” Kratosa, czyli cele powietrzne i inne bezzałogowce wykorzystywane do szkolenia i testowania systemów obrony. Tu spółka ma stabilny, powtarzalny biznes. Ten segment napędza sporą część przychodów działu Unmanned Systems i jest głównym powodem, dla którego przychody tej dywizji rosną o około 16% rok do roku, głównie dzięki większej produkcji celów dronowych.

Co z finansami i etapem rozwoju? Kratos jako całość to już pełnoprawna firma obronna średniej wielkości, z przychodami przekraczającymi miliard dolarów dolarów rocznie, a wszystko rozłożone na kilka segmentów: systemy bezzałogowe, rakiety i hipersoniki, satelity i systemy obrony powietrznej. Segment Unmanned Systems wciąż jest w fazie intensywnego inwestowania i rozbudowy mocy produkcyjnych, co widać choćby po tym, iż przy rosnących przychodach spółka generuje niewielkie, chociaż dodatnie marże operacyjne. Firma pcha kapitał w rozwój Valkyrie, nowe warianty i linie produkcyjne. Z punktu widzenia książki zamówień i pipeline’u kontraktów widać jednak, iż Unmanned Systems to jest oczko w głowie zarządu i obszar, który ma być jednym z głównych motorów wzrostu w kolejnych latach.

Inwestycyjnie Kratos jest więc zupełnie inną historią niż EHang czy Red Cat. To nie jest czysta spekulacja na jednym produkcie ani mała spółka żyjąca od kontraktu do kontraktu. To firma, która ma stabilny, działający biznes w celach powietrznych i jednocześnie bardzo agresywnie wchodzi w nową kategorię: odrzutowe drony bojowe współpracujące z myśliwcami, także w roli platformy dla algorytmów AI. Ryzyko jest oczywiście spore, bo tempo przychodów z Valkyrie zależy od decyzji politycznych, budżetów obronnych i tego, jak gwałtownie armie będą w stanie wchłonąć nową koncepcję „roju” bezzałogowców. Z drugiej strony potencjał jest ogromny, bo jeżeli programy CCA w USA i Europie się rozkręcą, to XQ-58 i jego „rodzina” mogą stać się jednym z głównych standardów w tej klasie sprzętu.
W ramach całej piątki spółek tego materiału, Kratos jest reprezentantem „ciężkiej górnej półki” świata dronów. Zamiast małych dronów dostajemy tu duże, odrzutowe platformy, które bardziej przypominają myśliwce niż drony znane z filmików w Internecie. I co ważne, to już nie jest wizja z prezentacji inwestorskiej, tylko segment, w którym pierwsze wersje schodzą z linii produkcyjnej, a partnerzy w rodzaju Airbusa czy US Marines stawiają na nie swoje własne programy rozwojowe.
Unusual Machines i podsumowanie: wiele rynków, jedna cecha
Na sam koniec zostawiłem Unusual Machines. jeżeli przy Kratosie mieliśmy odrzutowe drony, które wyglądają jak myśliwce, to Unusual Machines prezentuje zupełnie inne podejście. Zamiast wielkich platform dla wojska mamy firmę, która próbuje zostać tym, czym kiedyś byli dostawcy podzespołów dla branży motoryzacyjnej. Niekoniecznie produkuje najbardziej spektakularne maszyny, ale za to chce być w środku łańcucha dostaw.
Formalnie Unusual Machines to spółka z USA działająca w segmencie komercyjnych dronów cywilnych. Firma weszła na giełdę w 2024 roku i równocześnie domknęła dwie ważne transakcje. Przejęła od Red Cat biznes konsumencki związany z dronami FPV, czyli markę Fat Shark oraz Rotor Riot.
Fat Shark to producent gogli FPV, przez lata absolutny klasyk w środowisku wyścigów dronów. Rotor Riot to sklep internetowy oraz społeczność pilotów FPV. Całość daje Unusual Machines bezpośredni dostęp do tysięcy entuzjastów, którzy składają i latają własnymi dronami cywilnymi, oraz kanał sprzedaży na gotowym, ukształtowanym rynku.
Na pierwszy rzut oka wygląda to jak czysto konsumencki biznes. Gogle, kontrolery, ramy, silniki, gotowe drony akrobatyczne. Ale spółka od początku komunikuje inną ambicję. Chce wyjść z poziomu sprzedaży detalicznej i stać się dostawcą komponentów dla szerszego rynku dronów, w tym dla klientów instytucjonalnych oraz producentów, którzy szukają alternatywy wobec chińskiego łańcucha dostaw. Tymczasem w tej chwili to właśnie Chiny dominują na rynku dronów konsumenckich i komercyjnych.

Spółka wprost mówi, iż celem jest pozycja dominującego dostawcy części pierwszej kategorii w rosnącym rynku akcesoriów i podzespołów do dronów.
Tu pojawia się bardzo interesujący wątek regulacyjny. W USA temat dronów jest pod coraz większą lupą. Armia i część instytucji publicznych nie chcą polegać na sprzęcie i częściach z Chin.
Z jednej strony chodzi o bezpieczeństwo, z drugiej o politykę przemysłową. Unusual Machines próbuje to wykorzystać. Buduje linię własnych komponentów elektronicznych i mechanicznych, które mają spełniać wymogi programów takich jak Blue UAS. Według raportów spółki, od 2024 roku udało się wprowadzić do tego frameworku trzy własne komponenty, między innymi kontroler lotu, sterownik silników oraz kamerę. To nie są pełne drony, ale najważniejsze elementy, które inni producenci mogą wykorzystać, jeżeli chcą budować sprzęt akceptowalny dla rządu USA.
W praktyce Unusual Machines ma więc dwa światy pod jednym dachem. Pierwszy świat to FPV, czyli konsumenci, którzy kupują gogle, części i drony wyścigowe przez Rotor Riot. To rynek bardziej hobbystyczny, ale bardzo zaangażowany. Tu liczy się marka, społeczność, influencerzy i to, iż firma realnie słucha użytkowników i wypuszcza produkty pod ich potrzeby. Drugi świat to powolne przesuwanie się w stronę klientów profesjonalnych. Producentów dronów, integratorów, być może z czasem graczy z obronności. Ten kierunek widać też w strategii, gdzie spółka wprost deklaruje, iż chce przejść od modelu opartego tylko na sprzedaży B2C do znaczącej sprzedaży komponentów B2B.

Żeby ten plan miał sens, nie wystarczy mieć sklep z gadżetami. Dlatego Unusual Machines inwestuje w łańcuch dostaw i produkcję w USA. Przykładem jest przejęcie firmy Rotor Lab, która zajmuje się wytwarzaniem części i podzespołów do dronów. Równocześnie spółka zrezygnowała z jednej z wcześniejszych fuzji, żeby skupić się właśnie na byciu producentem i dostawcą hardware, a nie na zbyt szerokim rozjechaniu się w różnych kierunkach biznesowych. To klasyczny pivot z „będziemy robić wszystko” do „będziemy robić mniej rzeczy, ale porządnie”.
Finansowo to zdecydowanie nie pozostało dojrzały, stabilny podmiot w stylu AeroVironment. Skala przychodów jest niewielka w zestawieniu z dużymi firmami z sektora, a duża część historii inwestycyjnej to przez cały czas kwestia wzrostu, przejęć, budowy skali i wejścia w rolę dostawcy pierwszego poziomu. Spółka dynamicznie emituje i sprzedaje nowe akcje, żeby pozyskiwać pieniądze na rozwój i póki co przepala kapitał, ale to normalne na tym etapie, tylko jednocześnie bardzo ryzykowne i pokazuje, iż mamy do czynienia z firmą, która stoi bardziej po stronie obietnic i wizji, a nie spójnego biznesu.

W kontekście całego naszego zestawienia Unusual Machines pełni trochę inną rolę. EHang to wizja latających taksówek, AeroVironment i Kratos to gotowy sprzęt dla wojska, Red Cat to taktyczne drony FPV z silnym komponentem AI. Unusual Machines stoi krok wcześniej w łańcuchu. Nie musi wygrać przetargu na konkretny system bojowy. Wystarczy, iż będzie dostarczać części do dronów, które inni zaprojektują pod konkretne przetargi i programy.
To jest model, który w długim terminie może być bardzo ciekawy, jeżeli spełnią się dwie rzeczy. Po pierwsze, faktycznie dojdzie do trwałego przesunięcia produkcji komponentów dronowych z Chin na rynek amerykański i sojuszniczy. Po drugie, Unusual Machines zdoła zbudować na tyle szerokie portfolio części i na tyle mocne relacje z producentami, żeby stać się dla nich domyślnym dostawcą, a nie tylko jedną z wielu opcji.
Na razie to wciąż etap budowania pozycji. Inwestor nie kupuje tu gotowego giganta, tylko firmę, która dopiero układa fundamenty pod to, żeby zostać ważnym trybem w większej maszynie, jaką jest amerykański i zachodni rynek dronów.
Jak widać po tych pięciu spółkach, rynek dronów nie dojrzewa liniowo. Przypomina raczej ekosystem, w którym równolegle rosną zupełnie inne gałęzie: mobilność powietrzna, taktyczne systemy rozpoznawcze, platformy bojowe i łańcuchy dostaw. To, dlatego nie da się mówić o „jednym” sektorze dronowym. To wiele rynków obok siebie, które łączy tylko to, iż wszystko lata bez pilota.
Najważniejsza myśl jest prosta: w tej branży nie wygra jedna firma ani jeden model biznesowy. Tu sukces zależy od tego, w jakim fragmencie układanki działa dana spółka i jak gwałtownie potrafi dostosować się do zmian. Drony stały się infrastrukturą, a infrastruktura ma to do siebie, iż tworzy wielu zwycięzców, ale każdy z nich gra na własnym boisku.
Załóż konto na Freedom24 i odbierz choćby 20 darmowych akcji o wartości choćby kilkaset dolarów każda!
Szczegółowy opis promocji znajdziesz na: https://freedom24.club/dnarynkow_welcome
Do zarobienia,
Piotr Cymcyk

3 dni temu


![Kiedy gra Iga Świątek? Gdzie i o której oglądać mecz w United Cup? [TRANSMISJA]](https://bi.im-g.pl/im/98/00/1f/z32506776IER,Iga-Swiatek.jpg)

