Dwa słowa o wychowywaniu dzieci.

oszczednymilioner.pl 3 dni temu

Temat wywołał Kamil w jednym z grudniowych komentarzy, a teraz ja dorzucam swoje trzy grosze.

Otóż samo pojawienie się w dyskusji słowa „dzieci” staje się okazją do gównoburzy. Jak to możliwe? Ponieważ nastąpiło przesunięcie paradygmatu i rozrost wymagań, wychowanie wg współczesnych trendów faktycznie zabiera mnóstwo czasu.

Poruszając się po drodze życia, pokażmy te zmiany. Niektóre na lepsze. Od razu zaznaczam, opisuję pewien medialno-dyskursowy standard, a nie historię każdej z rodzin.

Wszystko zaczyna się od „planowania”. Kiedyś dzieci po prostu się rodziły, powstawała mniej lub bardziej formalna para, i naturalnie pojawiały się maluchy. Dzisiaj muszą zostać dokładnie wpasowane w grafik i plan na życie. W efekcie pojawiają się coraz później, kiedy mamy mniej energii. 20 lat temu czterdziestolatek zostający ojcem po raz pierwszy, wyglądał jak biały kruk, ktoś go widział, ale czy na pewno. Plus – przygotowanie na dziecko, od kwestii psychologicznych do dbania o wyniki badań, wygląda teraz o niebo lepiej, stąd mniej problemów zdrowotnych.

Potem nadchodzi poród, dziecko pojawia się na świecie i zaraz staje się centrum wszechświata dwójki rodziców i czwórki dziadków. Dlaczego? Ponieważ rodziny się zmniejszają. Z drugiej strony „bycie dziadkiem”, „bycie babcią”, oznacza coraz częściej nie rzeczywiste wsparcie w opiece i finansach, ale „wyjazd do maluszka na niedzielę”. Znam takie pięćdziesięciolatki+, które widzą wnuka raz na dwa tygodnie. I znowu, daleki jestem od wzbudzania poczucia winy, po prostu zmienił się świat. Kiedyś 55 lat to był taki wiek graniczny pracy wielu kobiet. Niektóre rzucały robotę w okolicach 45-50 „idąc na rentę”, inne nie pracowały zawodowo. Istniały kobiece międzypokoleniowe kręgi: kuzynki, ciocie, babcie, więc młoda mama na wsparcie zawsze mogła liczyć. Teraz pracuje się znacznie dłużej, zwłaszcza w „biurowej klasie średniej”. Moje koleżanki z grupy wiekowej 55-60, w ogóle nie czują się babciami, ba one w większości wnuków nie mają. Brak deklaracji wsparcia i fakt, iż bez niego za wszystko trzeba płacić i na to zarobić (oraz postawa pracodawców, dla których matka = pracownik trzeciej kategorii) ma dwa skutki. Odkładanie decyzji o dziecku do osiągnięcia maksymalnej stabilności finansowej oraz spadek dzietności. Dzisiaj trzylatek potrafi kosztować 3000-4000 zł (lub stratę pensji w tej kwocie), więc pozwolenie sobie na dwójkę, wywołuje czasem szept politowania. Z drugiej strony, przy trójce, czwórce, wszystko staje się prostsze i tańsze. Nagle zamiast płacić 9000 zł (w tym po 2k za opiekę) lepiej, żeby gorzej zarabiający rodzic został na wychowawczym. W ten sposób zyskuje się mnóstwo czasu i … napędza trend tradwife, bo jednak „facet domowy” ciągle stanowi rzadkość. I już przy trzylatku, bez większej pomocy i z pracą, trzeba jakoś rozpisać role i zaczyna się wariactwo. Oboje niewyspani (jedno wstaje w nocy, a drugie nad ranem – ja właśnie dzięki dwóm synom nauczyłem się pobudki 5.30, bo taką mieli godzinę rozpoczęcia dnia), szybkie zbieranie się, biegiem wiezienie do przedszkola (dzisiaj nie ma go na każdym nowym osiedlu), sprint do pracy, 8-10 godzin rąbanki, odbiór dziecka, szybki obiad, odrabianie lekcji, zajęcia dodatkowe i spać. Tak jest Kamilu, prawda? A przy wsparciu dziadków lub niepracującej żonie wszystko może wyglądać inaczej.

Takie zmiany mają powiązanie z finansami i poziomem oczekiwań wobec życia. Nie są też sprawą Polski, ale większości tzw. zamożnych społeczeństw. Czy w ogóle da się wyrwać z tego kołowrotu? Jasne. Wystarczy nieco odpuścić i pokombinować. Prywatne przedszkole za 2k na głowę zamienić na urlop wychowawczy. Resztę brakującej kwoty uzupełnić DIY, na które jest czas, gdy mamy cały dzień a nie 3 godziny popołudnia. Nie dać się zwariować zajęciami dodatkowymi na drugim końcu miasta, bo to ćwierć etatu, albo i pół jeżeli dzieci jest dwoje. I dojść do wieku szkolnego.

Szkoła podstawowa i wpadamy jeszcze głębiej w odmęty szaleństwa. Dwójka dzieci w podobnym wieku, dowożona i przywożona, plus zajęcia dodatkowe oznaczają, iż poza pracą i rodzicielstwem ma się wolne wyłącznie weekendy (a wtedy: nadrabia się zaległości domowe, wozi na mecze itp.). Dzisiaj sport dwunastolatka, to plany treningowe, diety pudełkowe, fizjoterapeuci. Nie żartuję, mnóstwo czasu, energii i pieniędzy, a nie popołudnie na podwórku z kumplami i wolne dla rodziców. W 7-8 klasie dochodzą korki, a z nimi kolejny wydatek (trzeba na niego zarobić) oraz dojazdy. Gigantyczny kołowrót. Czy da się z niego uwolnić? Oczywiście. Znaleźć szkołę w pobliżu, pozwolić chodzić samodzielnie od 3-4 klasy. Wiem, co mówię, sami wybraliśmy stary dom, ale na sąsiednim osiedlu najlepsza publiczna podstawówka w mieście. W efekcie chłopcy w 4-tej klasie szli do niej sami, a w zasadzie w grupie koleżeńskiej (dwie dziewczyny, dwóch chłopaków). Dwóch naszych synów uprawiało sport, więc 3 treningi w tygodniu plus mecz w weekend – temat znany, a trzeci intensywnie się uczył (korki). Dokonaliśmy naturalnego podziału – starszego woziłem głównie ja, młodego teraz żona. Po drodze zakupy. Bywało trudno, ale nie daliśmy się wciągnąć w chomiczy kołowrotek. Także dlatego, iż żona nie goniła za karierą, a wcześnie zbudowaliśmy poduszkę. No i zawsze mogliśmy liczyć na dziadków.

Liceum wielu nakręca jeszcze mocniej. Korki – must have. Sport – półprofesjonalnie. Na wszystko trzeba zarobić. Potem niby z górki – studia, ale mówimy o czasie, gdy poza maluchem, sięgamy do kieszeni najgłębiej. Studia w innym mieście (3-10k) czasem prywatna medycyna (sama opłata – 35k za semestr, a tych jest 12), wymagają ogromnych zarobków. Trzeba więc pracować, gdzie tu czas na wychowanie?

Ano właśnie, patrząc na przedstawiony przeze mnie obraz – w zasadzie nie ma na to czasu. Dzieci i rodzice pędzą coraz szybciej. Praca/szkoła-zajęcia dodatkowe-sen. Taki standard. W weekend się odeśpi, czym skracamy dzień i znowu nie porozmawiamy.

Byłem zwolennikiem innego, bardziej tradycyjnego modelu. Wspólny obiad (przynajmniej w sobotę i niedzielę), wyjazdy na mecze całą rodziną, nie narzucanie dzieciom tempa. Chcą się uczyć – dobrze. Nie chcą, albo nie mają zdolności – Einsteina nie zrobię. Każdy sam wybiera drogę, ja jestem tylko by mu pomóc. Dam mieszkanie na start, pomogę w razie trudności, ale nie żyję jego życiem non stop. I paradoksalnie (albo właśnie typowo) wyszło całkiem nieźle. A oszczędziłem im i sobie, wielu problemów. Oczywiście, gdy się pojawiały (główne źródło – szkoła), wkraczałem, by ratować z grubych opresji. Generalnie model „mama sprawdza e-dziennik, ojciec zostaje na poważne draki” sprawdził się w 100%. Wszyscy, od synów do nauczycieli wiedzieli, iż jak już pojawia się ojciec, to łatwo raczej nie będzie. Nie rozwiązywałem problemów „Julka nie lubi Heleny i jak ma zachować się Antek”, ale przeprowadzałem rozmowy z nauczycielami (co ważne, rozmowy, nie wojny), gdy sportowcowi groziła pała na półrocze, albo z kolegami narozrabiali w internacie i dyrektor groził wywaleniem ze szkoły pięciu chłopaków. Rzucałem wszystko, siadałem, opracowywałem strategię i wykonywałem ją, a wszystko w gronie ojców-freaków. Mieliśmy tam niezłą ekipę, od byłego żużlowca, krępego, ogolonego na łyso ze złotym łańcuchem na szyi i takim samym sercem, przez byłego pułkownika z Iraku i Afganistanu, aż do właściciela sporej firmy, który pojawił się na blogu w serii o milionerach, totalnego pozytywnego krejzola, no i dwóch „białych kołnierzyków” wśród, których byłem ja. Nauczyciele i dyrektor drżeli przed nami, bo zwykłe zaczynałem grzecznie ja, zabijałem klina logiką, potem nieco mniej grzecznie wchodził pułkownik, a na koniec paradoksem dobijał przedsiębiorca i zadawał ostatni cios tekstem, którego nikt inny nie wypowiedziałby na trzeźwo (np. w epickiej bitwie o dodatkowego kotleta na obiad, niby naiwnie konstatując „nigdy nie wiedziałem, iż kucharki rządzą w szkole” spowodował, iż dyrektorowi zabrakło szans na ripostę). Żużlowiec ze złotą pancerą zadawał szyku samą swoją prezencją i stanowił widomy znak, iż pomimo różnic stanowimy, jak synowie, jedną drużynę oraz zadzierać z nami nie warto. Spowodowało to, iż szczęśliwie wszyscy chłopcy zdali maturę (chociaż wyniki 31-40% nie należały do rzadkości), rozjechali się po Polsce i dzisiaj, po 3 latach, dwóch z pięciu gra w wysokich ligach, a pozostałych trzech łączy studia z prowadzeniem własnych firm. I tak wygląda sedno wychowania moim zdaniem. Nie trzęsienie się nad każdą porażką (bo obiektywnie – pała jest porażką), ale wkraczanie, gdy robi się grubo i stanie z boku, żeby dziecko wiedziało, iż może na nas liczyć.

Idź do oryginalnego materiału