Elektryczny przymus tylnymi drzwiami. Co tak naprawdę oznacza decyzja KE?

1 miesiąc temu

Batalia o silnik spalinowy wcale nie jest zakończona. Choć w Brukseli coraz częściej słychać deklaracje o „odejściu od zakazu” aut spalinowych, rzeczywistość okazuje się znacznie bardziej skomplikowana – i dla kierowców oraz producentów może okazać się kosztowna.

„W ostatnich dniach politycy chętnie ogłaszają rzekomą zmianę kursu Unii Europejskiej w sprawie silników spalinowych. Jednak dokładniejsza analiza pokazuje, iż nie zapadła żadna decyzja o realnym wycofaniu się z planowanego zakazu rejestracji nowych samochodów spalinowych po 2035 roku” – podkreśla w obszernej analizie niemiecki tygodnik Focus.

Mowa jest jedynie o technicznych wyjątkach, niejasnych kwotach i szczegółach, które dopiero przez wiele miesięcy będą negocjowane w ramach tzw. trilogu, czyli rozmów między Komisją Europejską, Parlamentem Europejskim i Radą UE (państwami członkowskimi)” – czytamy.

Mnóstwo niedopowiedzeń

Punktem wyjścia jest możliwość, iż niewielka część pojazdów spalinowych będzie mogła być rejestrowana po 2035 roku pod bardzo restrykcyjnymi warunkami – na przykład przy wykorzystaniu paliw syntetycznych lub produkcji z użyciem „zielonej stali”. Nie wiadomo jednak, czy skorzystają z tego klasyczne silniki spalinowe, czy wyłącznie niszowe rozwiązania hybrydowe. Wbrew politycznym deklaracjom, zasadniczy kierunek pozostaje niezmieniony.

Znacznie mniej uwagi poświęca się równolegle innej inicjatywie, która ma ogromny potencjał wywracający rynek – planowanemu obowiązkowi elektryfikacji samochodów firmowych. Zgodnie z niemieckimi propozycjami, już od 2030 roku co najmniej 54 proc. wszystkich samochodów służbowych i flotowych miałoby być w pełni elektrycznych. Od 2035 roku odsetek ten miałby oficjalnie wynieść 100 proc.

Pojawia się co prawda pojęcie „Zero lub Low Emission Vehicles”, które w przyszłości może objąć także hybrydy plug-in, jednak na razie brak jednoznacznych definicji. Tym samym kierowcy, firmy leasingowe i producenci działają w warunkach daleko idącej niepewności.

Niemcy dały się ograć?

Szczególnie kontrowersyjne jest to, jak zaznacza Focus, iż Niemcy ponownie wysuwają się na czoło regulacyjnego wyścigu, podczas gdy inne państwa UE negocjują znacznie niższe cele. Polska, Czechy czy inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej mówią o poziomach rzędu 20–30 proc. Krytycy w Berlinie twierdzą wprost, iż Niemcy dały się w Brukseli „ograć” i dobrowolnie nałożyły na siebie cięższe obowiązki niż reszta Unii.

Dla niemieckich koncernów motoryzacyjnych oznacza to dodatkową presję. Marki premium, których sprzedaż w dużej mierze opiera się na samochodach służbowych, muszą przyspieszyć elektryfikację oferty. Od strony technicznej jest to możliwe, ale od strony ekonomicznej – skrajnie trudne.

Kwestia energetyczna

Na świecie jeździ w tej chwili około 1,4 miliarda pojazdów, z czego blisko 96 proc. to samochody spalinowe. Przy globalnej produkcji około 90 milionów aut rocznie pełna wymiana floty na elektryczną zajęłaby – choćby przy natychmiastowym przejściu na produkcję wyłącznie aut elektrycznych – około 16 lat. Taką kalkulację przedstawił prezes Boscha Stefan Hartung.

Na koniec pozostaje problem fundamentalny: energia. Elektromobilność ma sens ekologiczny tylko wtedy, gdy opiera się na stabilnych, niskoemisyjnych źródłach prądu. Tymczasem światowe potęgi – USA, Chiny, Indie i Rosja – nie rezygnują z paliw kopalnych, a Międzynarodowa Agencja Energetyczna (MAE) przesuwa w czasie prognozy końca ery ropy i gazu.

Idź do oryginalnego materiału