Europa odchodzi od ETS? PGE już to wycenia, a Minister Finansów utrudnia inwestowanie na emeryturę

23 godzin temu

W Europie zaczyna się dziać coś, co jeszcze chwilę temu wydawało się kompletnie nierealne.

System ETS, czyli fundament całej polityki klimatycznej w Europie, zaczyna się chwiać, a rynek już to widzi i wycenia.
PGE wzrosło o kilkanaście procent, bo inwestorzy zaczynają grać pod scenariusz, w którym „podatek od emisji” zostaje ograniczony… albo wręcz zawieszony.

Czy to tylko chwilowa polityczna narracja pod presją wysokich cen energii, czy jednak początek realnego odwrotu Europy od własnej strategii klimatycznej? jeżeli to drugie, to sporo spółek może zyskać drugie życie.

Do tego opowiemy sobie

  • o opóźnieniach, a jakże, oraz absurdalnie idiotycznych ograniczeniach, które chcą nałożyć na nowe konta emerytalne OKI,
  • o tym, iż już niedługo pojawią się kolejne nowe ETF-y na GPW,
  • oraz o InPoście i Asseco.

Będzie sporo i będzie mięsnie. Zapraszam!

Europa odchodzi od ETS? PGE już to wycenia, a Minister Finansów utrudnia inwestowanie na emeryturę

XTB – inwestuj długoterminowo i buduj kapitał na przyszłość
Załóż konta emerytalne IKE i IKZE i korzystaj z preferencji podatkowych.
Sprawdź szczegóły

Czy doczekamy się zawieszenia systemu ETS?

Czy doczekamy się zawieszenia systemu ETS? PGE już dyskontuje ten scenariusz i rośnie o 14%!


Gdy europejski przemysł walczy o przetrwanie, to „podatek od dymu” może być pierwszą kostką domina, która upadnie. Na giełdzie kurs PGE wystrzelił o 14%, bo inwestorzy zaczęli wyceniać scenariusz, o którym jeszcze niedawno nikt nie odważył się mówić: zawieszenie lub drastyczne ograniczenie systemu ETS.

ETS to system handlu uprawnieniami do emisji CO2 i najważniejszy koszt dla każdej polskiej elektrowni czy fabryki. Każda tona gazu wypuszczona z komina kosztuje firmę konkretne pieniądze. Jeszcze w styczniu cena za tonę przekraczała 90 EUR, dziś spadła do około 65 EUR i choć to spora ulga, dla wielu branż to wciąż zbyt drogo, by stwierdzić, iż europejski przemysł i energetyka mają się komfortowo.

Najbliższy szczyt Rady Europejskiej zapowiada się jako szansa na zmianę. Ursula von der Leyen, szefowa Komisji Europejskiej, wysłała do rządów list, w którym wspomina o „urealnieniu zasad” i zwiększeniu darmowych uprawnień dla firm. Nagła zmiana nastawienia to efekt przede wszystkim wojen na Bliskim Wschodzie. Konflikt sprawił, iż ceny surowców, ropy i gazu, znów wystrzeliły, więc pojawiła się presja, żeby te ceny ograniczyć w inny sposób.

Zresztą również Niemcy i Włosi coraz głośniej mówią o zawieszeniu całego systemu, a w Polsce presja na jego likwidację rośnie zarówno ze strony rządu, jak i ze strony opozycji.

Kto na tym zyska? Potencjalnie jednym z największych wygranych jest PGE. Mniejsze koszty emisji CO2 to dla spółki potężny oddech finansowy i szansa na odbicie wyników.

Zyskają też potencjalnie giganci przemysłowi, jak grupa Qemetica. Jej prezes, Kamil Majczak, alarmuje, iż od 2022 roku unijny przemysł chemiczny stracił prawie 10% swoich mocy produkcyjnych. Walka z importerami, na przykład z Turcji, którzy nie płacą za emisję i korzystają z taniego rosyjskiego węgla, jest po prostu nierówna. Dla takich firm jak Qemetica, która musiała zawiesić produkcję sody w Janikowie przez wysokie ceny energii, reforma ETS to kwestia „być albo nie być”.

Jeśli Bruksela faktycznie ugnie się i sypnie darmowymi uprawnieniami, to ceny energii powinny pójść w dół. Na razie giełda „kupuje nadzieję”, ale już sam 14-procentowy wzrost PGE pokazuje, iż stawka jest spora.

Paradoksalnie zniesienie ETS to też potencjalny zysk dla Cyfrowego Polsatu, który niedawno trafił do publicznego portfela emerytalnego, jaki prowadzę dla was w XTB.

Jak to? Co ma Polsat wspólnego z emisją CO2? Cyfrowy Polsat to wbrew pozorom spory zakład na energetykę, a nie jedynie na telekom i media. Polsat od dawna sporą część swojego biznesu przekierował w stronę OZE. Jest też powiązany ze spółką ZEPAK, czyli Zespołem Elektrowni Pątnów Adamów Konin. Oni również są potencjalnym beneficjentem końca ETS.

Dlatego też z CPS w portfelu czuję się na razie bardzo dobrze, a sam portfel też ma się dobrze. Od startu wygenerował na razie około 10% stopy zwrotu w 5 miesięcy, co jak na zachowanie rynku w ciągu ostatnich 5 miesięcy jest sporym sukcesem. Dlatego nie miękiszonujemy, tylko czekamy na to, co dalej.

Zainspirowani takim portfelem mogą go na pewno w całości odzwierciedlić, korzystając z XTB, gdzie znajdziecie wszystkie instrumenty wykorzystane do jego budowy. Inwestować możecie też bez prowizji aż do 100 tysięcy euro obrotu miesięcznie.

OKI, podatek Belki i absurdalne ograniczenia nowych kont

No i co najważniejsze, MOŻECIE inwestować, bo w przypadku zapowiadanych hucznie przez Ministra Finansów dodatkowych kont emerytalnych OKI nie możecie. Te właśnie dostają i opóźnienie, i ograniczenia.

OKI miały być obiecywaną reformą podatku Belki i prostym prezentem dla oszczędzających. Tymczasem w tej chwili powoli zamienia się to w skomplikowaną łamigłówkę, która na dodatek zaliczy spore opóźnienie. Osobiste Konto Inwestycyjne dalej ma realną szansę wpompować na giełdę nowe środki, ale nowy projekt ustawy jest… ech, dobra, po kolei.

Zacznijmy od zimnego prysznica: na OKI poczekamy dłużej. Zamiast planowanego wcześniej lipca 2026 roku, nowe przepisy mają wejść w życie dopiero 1 stycznia 2027 roku. Resort finansów tłumaczy to potrzebą czasu w przygotowanie systemów technicznych przez banki i domy maklerskie. Dla nas oznacza to kolejny rok z „tradycyjnym” podatkiem Belki.

Na samym OKI mamy nie zapłacić podatku Belki, ale w jego miejsce miał wejść podatek od wartości aktywów wynoszący 19% stopy referencyjnej NBP, ale nie mniej niż 0,1% rocznie. W praktyce oznacza to podatek od całego majątku zgromadzonego na koncie, który trzeba zapłacić choćby wtedy, gdy nasze inwestycje akurat tracą na wartości.

Jeśli ten majątek nie przekracza 100 000 PLN dla inwestycji i 25 000 PLN dla produktów oszczędnościowych, to podatku nie ma w ogóle. I co do zasady to było okej. To było SPOKO, ale teraz raptem pojawia się lista „gwiazdek” i pułapka „kwalifikowanych aktywów”. To najważniejsze pojęcie w nowym projekcie. Zwolnienie podatkowe nie ma dotyczyć wszystkiego, co kupimy. Obejmować ma tylko tzw. aktywa kwalifikowane, czyli:
• akcje spółek, których kapitał jest wyrażony w złotych (PLN),
• obligacje, bony skarbowe i listy zastawne w złotych,
• gotówkę w złotych na rachunku.

To spore ograniczenie. Z ulgi wykluczone są np. polskie spółki notowane na GPW, ale zarejestrowane za granicą, jak choćby Pepco czy Żabka, bo to formalnie „podmioty zagraniczne”.

Jeszcze trudniej będą mieć fani funduszy inwestycyjnych i ETF-ów. Aby fundusz mógł skorzystać ze zwolnienia do 100 tys. zł, jego polityka musi przewidywać, iż co najmniej 70% jego portfela stanowią aktywa kwalifikowane. jeżeli fundusz zainwestuje więcej niż 30% w akcje zagraniczne lub spółki denominowane w innych walutach niż PLN, ulga przepada.

Na OKI będzie można kupować aktywa z państw UE, EOG czy OECD, ale i tu znowu pojawia się ograniczenie. W ich przypadku nie skorzystamy ze zwolnienia z podatku od aktywów. Jedynym plusem pozostaje fakt, iż na samym koncie OKI podatek Belki w ogóle nie występuje, więc od zysku z zagranicznych akcji fiskus nie pobierze 19% przy sprzedaży.

Na plus trzeba zapisać wprowadzenie waloryzacji limitów, 25 tys. i 100 tys. zł, o wskaźnik inflacji. Dzięki temu zachęta podatkowa nie będzie tracić na wartości wraz z rosnącymi cenami. Jest jednak haczyk: mechanizm ten zacznie działać dopiero od 2030 roku. Do tego czasu limity pozostaną „zamrożone”.

OKI ma swoje jasne strony, jak choćby umowę parasolową, która pozwoli zarządzać różnymi produktami, lokatami, akcjami i funduszami, w ramach jednej instytucji. Jednak skomplikowane kryteria „polskości” aktywów i konieczność płacenia podatku choćby przy stracie sprawiają, iż dla wielu mniej doświadczonych inwestorów ten produkt może okazać się po prostu zbyt trudny do zrozumienia.

Przyznam szczerze, iż fascynuje mnie poziom skomplikowania czegoś tak pozornie prostego, jak zwolnienie z podatku od zysków kapitałowych. Jestem wręcz zaskoczony, iż zwolnienia nie będą dotyczyć tylko akcji kupionych w określone dni tygodnia.

Dołącz do nas na X oraz YouTube i bądź na bieżąco!

KNF, Donald Tusk i marże Orlenu

A skoro już przy prawie jesteśmy, to KNF postanowiła dokładnie przeanalizować wypowiedź Donalda Tuska dotyczącą marż Orlenu. Chodziło o sytuację sprzed dwóch tygodni, gdy po wybuchu konfliktu na Bliskim Wschodzie ceny ropy na świecie gwałtownie rosły. Akcje Orlenu, wbrew logice, zaliczyły wtedy w trakcie jednej sesji szybką korektę o 5%. Stało się tak, bo premier zapowiedział, iż spółka użyje swoich „narzędzi finansowych”, w tym obniżenia marż, żeby Polacy nie odczuli drożyzny na stacjach.

KNF sprawdza, czy te słowa były tak zwaną informacją poufną. Na giełdzie panuje zasada, iż ważne wieści, które mogą zmienić cenę akcji, muszą trafiać do wszystkich inwestorów w tym samym czasie oficjalnym komunikatem, a nie być „rzucane” na konferencji prasowej. Urzędnicy uznali jednak, iż premier nie złamał przepisów. Aby informacja była uznana za poufną, musi być precyzyjna. Tusk natomiast mówił ogólnie o „narzędziach” i „możliwych rozwiązaniach”, nie podając konkretnych kwot ani dat.

Nie spodziewaliście się chyba innego rozstrzygnięcia tej sprawy? Nie zmienia to faktu, iż mamy klasyczny konflikt interesów w akcjonariacie spółki Orlen. Z jednej strony mamy Skarb Państwa, który ma prawie 50% akcji Orlenu i chce, żeby paliwo było tanie dla obywateli, czyli realizuje cel społeczny. Z drugiej strony są inwestorzy prywatni, dla których najważniejszy jest zysk spółki. Gdy słyszą oni o ucinaniu marż w celach społecznych, widzą po prostu mniejsze zarobki i wyprzedają akcje, co pcha ich cenę w dół.

Ostatecznie nadzór nie wykrył żadnych podejrzanych ruchów, które sugerowałyby, iż ktoś wiedział o słowach premiera wcześniej i chciał na tym zarobić. To po prostu przykład na to, jak wypowiedzi polityków o spółkach państwowych potrafią błyskawicznie zachwiać rynkiem, a oni potrafią pieprznąć je bez żadnej refleksji, mając rynek kapitałowy w dupie.

Nowe ETF-y na GPW i ofensywa PZU

Dobra, zmiana tematu. Pasywna rewolucja w Polsce wchodzi na wyższy bieg, a rynkowy PZU rzucił właśnie nową rękawicę konkurencji. 17 marca 2026 roku na warszawskiej giełdzie zadebiutował pierwszy ETF spod szyldu PZU, a to dopiero początek ofensywy, która ma objąć aż sześć nowych funduszy w samym tylko bieżącym roku.

Pierwszy produkt od PZU pozwala nam zainwestować w 60 największych i najpłynniejszych spółek z polskiej giełdy.

Fundusz połączy w równych proporcjach, pół na pół, dywidendowe wersje indeksów WIG20, czyli największe firmy, jak banki czy Orlen, oraz mWIG40, czyli średnie firmy. Wiceprezes TFI PZU, Jarosław Leśniczak, podkreśla, iż taki miks jest bardziej optymalny niż tradycyjny indeks WIG. Lepiej łączy on stabilność i dywidendy gigantów z dynamiką rozwoju średnich graczy.

Opłata za zarządzanie w nowym ETF-ie wynosi 0,4%. To mniej niż w przypadku dotychczasowych funduszy indeksowych inPZU, gdzie stawka wynosi 0,5%, ale dalej relatywnie dużo w stosunku do największych pasywnych ETF-ów na S&P 500, gdzie opłaty schodzą poniżej 0,1%.

Ale najciekawsze jest to, co nas czeka w najbliższych miesiącach. TFI PZU nie zamierza zwalniać tempa. Już w kwietniu 2026 roku ma ruszyć handel kolejnym funduszem, tym razem opartym na światowym indeksie MSCI World. Pozwoli to polskim inwestorom łatwo lokować kapitał w największe firmy z całego globu.

W planach na ten rok są jeszcze cztery inne fundusze, w tym:

• ETF surowcowy, który ma śledzić bezpośrednio ceny surowców, np. złota czy ropy, a nie akcje firm wydobywczych.
• Trzy fundusze oparte na „głównym nurcie” – prezes Artur Trela zaznacza, iż nie interesują go chwilowe mody, takie jak loty w kosmos czy biotechnologia, ale sprawdzone i stabilne rozwiązania. Nie wiadomo, o co chodzi, ale brzmi fajnie.

InPost, Von Halsky i zakupowy asystent AI

Osobiście nie wiem też, o co chodzi z InPostem i nowym asystentem zakupowym AI. InPost twierdzi, iż odpalił produkt, którego nie ma nikt inny na świecie. VON HALSKY! Aplikacja InPost Mobile, z której korzysta już ponad 16 milionów osób, dostała taką nową funkcję. Pies Von Halsky ma „wywęszyć” nam najlepsze okazje. To podobno nie jest zwykła wyszukiwarka cenowa, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni. Podobno.

Jak to ma działać w praktyce? Zamiast przekopywać się przez dziesiątki stron, po prostu piszemy lub mówimy asystentowi, czego szukamy. System w kilka sekund przegląda oferty od ponad 4 tysięcy sprzedawców, są wśród nich tacy gracze jak Modivo, X-Kom czy RTV Euro AGD, i proponuje nam gotowe rozwiązania. Całość spinają darmowe dostawy i zwroty w ramach programu InPost Plus oraz płatności InPost Pay. Oznacza to, iż kupujemy, płacimy i śledzimy paczkę w jednym miejscu, bez konieczności zakładania kont w dziesięciu różnych sklepach i wypełniania w kółko tych samych formularzy.

Brzoska poszedł powalczyć z tradycyjnymi platformami typu marketplace jak Allegro, ale średnio widzę, gdzie tu jest walka z marketplace’ami, a gdzie po prostu agregator produktów ze sklepów. InPost twierdzi, iż w ich nowym narzędziu sprzedawcy nie zapłacą ani grosza prowizji. Dzięki temu zachowają wyższe marże, co daje im pole do oferowania niższych cen.

Widziałem, jak jakieś konta na X ekscytowały się, iż jak im zabraknie np. pasty do zębów, to powiedzą to do apki i już jutro będą mieć. Znam choćby sposób na to, żeby mieć to od razu. Wystarczy pójść do Żabki i kupić, zamiast potem i tak iść do paczkomatu, żeby odebrać. Nie kupuję tej rewolucji. Być może Von Halsky coś tam podbije ruch w apce InPostu, ale wieszczenie na bazie tego upadku marketplace’ów jest niepoważne.

Platformy zakupowe są dziś banalne w obsłudze, intuicyjne i umożliwiają użytkownikom zakup czegokolwiek chcemy dzięki kilku kliknięć. OpenAI niedawno wycofało się z możliwości dokonywania zakupów przez ChatGPT. We wrześniu 2025 roku OpenAI ogłosiło plan umożliwienia dokonywania płatności za produkty znalezione w ChatGPT bezpośrednio w samym chatbocie. Na początku funkcja została udostępniona dla produktów z platformy Etsy oraz części sprzedawców korzystających z Shopify.

Z tego pomysłu ostatecznie zrezygnowano. Mam poczucie, iż tego typu asystent zakupów to próba wykorzystania AI tam, gdzie można je dziś najłatwiej wdrożyć, a nie tam, gdzie jest ono dziś najbardziej potrzebne i użyteczne.

Polub nas na Facebooku!

Znajdziesz tam więcej wartościowych treści o inwestowani, giełdzie i rynkach.

DNA Rynków – merytorycznie o giełdach i gospodarkach

Asseco Poland i zablokowany program motywacyjny

Lećmy dalej, bo jeszcze trzeba powiedzieć, iż akcjonariusze Asseco Poland zablokowali program motywacyjny. Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie, czyli NWZ, tej informatycznej spółki, które odbyło się 18 marca 2026 roku, przyciągnęło rekordową liczbę inwestorów. Frekwencja wyniosła niemal 82%, co na giełdzie zdarza się niezwykle rzadko i pokazuje, iż emocje wokół podziału zysków były spore. O co dokładnie poszło? O pieniądze i o to, kto ma nad nimi kontrolę.

Głównym punktem zapalnym był program motywacyjny. W świecie korporacji to sposób na to, by kluczowi menedżerowie czuli się związani z firmą. Zamiast zwykłej gotówki dostają oni akcje spółki, ale pod warunkiem, iż firma osiągnie świetne wyniki. Zarząd Asseco chciał rozdać 1,4 miliona akcji, to około 1,7% całej firmy, kadrze kierowniczej na lata 2026–2030.

Początkowo najwięcej kontrowersji wzbudził plan obdarowania twórcy potęgi Asseco, Adama Górala. Miał on otrzymać pakiet 3% akcji wartych na giełdzie aż 400 milionów złotych. Choć prezes ostatecznie zrezygnował z tych akcji, by uspokoić nastroje, fundusze inwestycyjne – z NN OFE na czele – i tak powiedziały „nie”.

Dlaczego fundusze blokują takie nagrody? Bo patrzą na to z perspektywy własnego portfela. Zamiast oddawać akcje menedżerom, wolałyby ich umorzenie. Dzięki temu wszystkich akcji na rynku jest mniej, więc te, które zostają w rękach inwestorów, stają się automatycznie nieco więcej warte.

W efekcie głosowania doszło do impasu. Akcjonariusze odrzucili program motywacyjny, ale nie zgodzili się też na całkowite umorzenie akcji, czego domagało się NN OFE. Można powiedzieć, iż obie strony zablokowały się nawzajem.

Jest jednak pewna dobra wiadomość dla mniejszych inwestorów. Choć wielkie plany motywacyjne upadły, udało się przegłosować zmiany w kapitale rezerwowym. Spółka przesunęła tam prawie 1,16 miliarda złotych, które teraz będzie można znacznie łatwiej przeznaczyć na wypłatę dywidendy, czyli bezpośredni podział zysku z akcjonariuszami.

Zarząd Asseco zapowiada, iż nie składa broni. Wyciągnął wnioski z tej lekcji i zamierza wrócić z nową, bardziej wyważoną propozycją programu motywacyjnego, która zadowoli zarówno menedżerów, jak i fundusze. Na ten moment rynek zareagował lekkim chłodem – kurs akcji na kolejnej sesji, 19 marca, spadł o 1,5%, chociaż ciężko ocenić, czy zamieszanie wokół programu motywacyjnego miało na to jakikolwiek wpływ, bo w tym samym czasie WIG20 też spadał o około 1,9%.

Koniec WIBOR i nowy etap rynku finansowego

Na sam koniec będzie jeszcze o końcu ery WIBOR. Wskaźnik, jaki znacie, odchodzi do lamusa już oficjalnie.

Rok 2026 ma być momentem zwrotnym dla polskiego rynku finansowego. Komisja Nadzoru Finansowego postawiła sprawę jasno: czas pożegnać się ze starym wskaźnikiem i przejść na nowocześniejsze rozwiązania. Według „mapy drogowej” banki muszą przestać oferować produkty oparte na WIBOR-ze, szczególnie klientom detalicznym, czyli nam wszystkim. Zamiast niego, najpóźniej od drugiego kwartału 2026 roku, w ofertach kredytów mieszkaniowych ma pojawić się POLSTR – nowa, tzw. stopa składana.

Aby ta zmiana nie była tylko teoretyczna, KNF wyznaczyła konkretne daty „ważności” dla poszczególnych wersji WIBOR-u: termin ON, czyli jednodniowy, ma zniknąć w październiku 2026 roku, a najpopularniejszy przy kredytach wskaźnik roczny, czyli 1Y – w grudniu. To ogromna operacja na otwartym sercu systemu bankowego. Żeby banki miały z czego finansować te zmiany i bezpieczniej zarządzać pieniędzmi, KNF stymuluje je do emisji długoterminowych papierów dłużnych.

Era WIBOR-u kończy się systemowo i zgodnie z planem KNF, ale to w żadnym wypadku nie jest efekt tego, iż WIBOR jest nieuczciwy. Na szczęście parakancelarie znalazły sobie już nowy sposób na wyciąganie od was kasy, obiecując gruszki na wierzbie. Sankcje kredytu darmowego. I już dostały po głowie. Patrzcie na to cudo. Sprawa z Garwolina, gdzie pani prawnik musiała się poskarżyć w social mediach na to, iż sąd wydał wyrok niezgodny z jej interesem. Najlepsze jest jednak to, jakie było uzasadnienie. Sędzia bez ogródek nazwała rzeczy po imieniu. Wprost uznała, iż całe powództwo to nie efekt realnej krzywdy klienta i nieuczciwej umowy z bankiem, ale wynik agresywnej kampanii marketingowej kancelarii prawnej, która po prostu wprowadza klienta w błąd i nadinterpretowuje przepisy.

Sąd wprost uznał, iż cała sprawa sądowa jest wynikiem tego, iż konsument został wprowadzony w błąd przez kampanię marketingową kancelarii, a jego zarzuty są po prostu oparte na błędnych założeniach. Czy to wywołało jakąś refleksję po stronie parakancelarii? Gdzie tam.

Cieszy mnie jednak, iż sąd w końcu otwarcie przyznał coś, o czym każdy wie od dawna. Parakancelarie często obiecują złote góry, wmawiają ludziom, iż mogą odzyskać środki, opierając się na wymyślonych naruszeniach i naciąganej interpretacji przepisów. Wszystko po to, żeby wyciągnąć od was kasę za obsługę.

W praktyce jednak potem, zamiast realnej ochrony słabszej strony umowy, mamy do czynienia z „produkcją” pokrzywdzonych na skalę masową. Ponieważ każdy konsument, który uwierzy, iż jest pokrzywdzony, musi zapłacić pseudo kancelarii za prowadzenie sprawy. Szkoda gadać.

XTB – inwestuj długoterminowo i buduj kapitał na przyszłość
Załóż konta emerytalne IKE i IKZE i korzystaj z preferencji podatkowych.
Sprawdź szczegóły

Do zarobienia,
Piotr Cymcyk

Porcja informacji o rynku prosto na Twoją skrzynkę w każdą niedzielę o 19:00
Idź do oryginalnego materiału