Europa odpowiedzią na wszystko

17 godzin temu

Ursula von der Leyen wygłosiła jedno z bardziej paradoksalnych orędzi o stanie Unii. Z jednej strony całkiem trafnie opisała problemy kontynentu – drogą energię, słabnący przemysł europejski, utratę konkurencyjności, zależność surowcową od Chin czy niedostateczne zdolności obronne. Z drugiej strony receptą na kolejne wyzwania ma być jeszcze więcej Europy. Ale Europy rozumianej w specyficzny, brukselski sposób, coraz silniej scentralizowanej, koordynowanej, finansowanej i zarządzanej przez instytucje unijne.

Najlepiej widać to na przykładzie przemysłu. Von der Leyen mówiła o deindustrializacji i „drugim chińskim szoku”. Komisja chce ograniczać zależność od Pekinu, między innymi tworząc nową europejską strukturę zajmującą się surowcami krytycznymi. Tyle iż problemy przemysłu nie zaczynają się i nie kończą na Chinach. Europejskim firmom coraz trudniej konkurować przede wszystkim z powodu kosztów i regulacji, które sami sobie nakładamy.

To powinien być moment na poważne przemyślenie polityki klimatycznej. Nie chodzi o zupełne porzucenie celów redukcji emisji, ale o pytanie, czy przyjęte tempo i narzędzia transformacji nie zaczęły wpływać na europejskie bezpieczeństwo energetyczne i możliwości utrzymania przemysłu na kontynencie. Tymczasem Komisja nie tylko nie zamierza łagodzić swojej polityki klimatycznej, ale w kolejnej dekadzie chce jeszcze zwiększać jej ambicję. Ursula von der Leyen dostrzega więc deindustrializację i wysokie koszty energii, ale zamiast poważnie zastanowić się, czy część dotychczasowej polityki nie wymaga korekty, zasadniczo chce przyspieszać obrany kierunek.

Podobny problem mamy z innowacyjnością. Europa wciąż potrafi tworzyć dobre start-upy. Znacznie gorzej radzi sobie z tym, żeby z nich wyrosły globalne firmy. Europejski Bank Inwestycyjny wylicza, iż po dziesięciu latach działalności unijne scale-upy pozyskują o połowę mniej kapitału niż ich odpowiedniki z San Francisco, a inwestycje venture capital w USA są sześć–osiem razy wyższe niż w UE. Wiele europejskich firm, kiedy przychodzi moment naprawdę szybkiego wzrostu, zaczyna więc szukać pieniędzy, inwestorów albo giełdy poza Unią.

I właśnie tutaj widać brukselską receptę na wszystko. Problem z surowcami? Nowa europejska struktura. Straty klimatyczne? Wspólny mechanizm ubezpieczeniowy. Zagrożenia hybrydowe? Europejska Rada Bezpieczeństwa i nowy mechanizm konsultacji. Komisja rzeczywiście zaczęła upraszczać część regulacji i dobrze, iż to robi. Tyle iż europejski poziom zarządzania przez cały czas pozostaje domyślną odpowiedzią na kolejne kryzysy.

Podobnie jest ze wspólnym budżetem. Von der Leyen broniła nowych „zasobów własnych”, a Komisja proponuje pięć nowych źródeł dochodów UE, które mają przynosić około 58,5 mld euro rocznie. Pieniądze mają finansować nowe priorytety i spłatę zadłużenia NextGenerationEU. Nie w tym rzecz, iż każdy wspólny wydatek jest zły. Obrona czy infrastruktura transgraniczna mogą wręcz wymagać wspólnego działania na poziomie europejskim. Charakterystyczne jest jednak to, iż wraz z każdą nową ambicją polityczną rośnie również ambicja zwiększania finansowej siły Brukseli, niezależnej od państw członkowskich.

Największe wątpliwości budzi jednak bezpieczeństwo. Von der Leyen zaproponowała europejski odpowiednik art. 4 NATO oraz Europejską Radę Bezpieczeństwa. Większy wysiłek obronny Europy jest potrzebny. Problem w tym, iż NATO już posiada art. 4, pozwalający państwu członkowskiemu rozpocząć konsultacje, gdy zagrożone są jego bezpieczeństwo, integralność terytorialna lub niezależność polityczna. Kraje europejskie muszą wydawać więcej na wojsko i brać na siebie większą część odpowiedzialności za obronę Europy. Nie zmienia to faktu, iż dziś nie istnieje europejski zamiennik amerykańskiego zaangażowania militarnego – Stany Zjednoczone są kluczowym elementem odstraszania całego Sojuszu, i jeszcze długo nim będą. NATO samo określa strategiczne siły nuklearne, szczególnie amerykańskie, jako najwyższą gwarancję bezpieczeństwa Sojuszu, a amerykańska broń jądrowa rozmieszczona w Europie pozostaje częścią jego systemu odstraszania. Dlatego tworzenie równoległych wobec NATO struktur prowadzi do politycznego i militarnego wypychania USA z Europy. Im więcej konsultacji, mechanizmów reagowania i decyzji strategicznych przenosi się do formatów wyłącznie unijnych, tym mniejszą rolę odgrywa format transatlantycki.

Podobnej ostrożności potrzeba przy „odporności demokratycznej”. Przeciwdziałanie rosyjskim czy chińskim operacjom wpływu jest potrzebne. Gorzej, jeżeli zaczyna się zacierać granica między zwalczaniem zagranicznej manipulacji a oceną poglądów na przyszłość Unii. Krytyka Zielonego Ładu, wspólnego zadłużenia czy dalszej centralizacji należy do normalnej demokratycznej debaty. „Antyeuropejski” nie może automatycznie znaczyć „antydemokratyczny”.

I tu dochodzimy do wątku niemal nieobecnego w orędziu, tj. zasady pomocniczości. Jej sens polega na tym, iż Unia powinna działać wtedy, gdy państwa nie są w stanie samodzielnie skutecznie osiągnąć danego celu. Tymczasem logika działania instytucji europejskich coraz częściej się odwraca. Zamiast zastanowienia, czy UE naprawdę musi się zajmować jakąś kwestią, pojawia się pytanie, jakie instrumenty europejskie należy stworzyć na pojawiające się wyzwania społeczne czy gospodarcze.

Von der Leyen coraz trafniej opisuje europejskie słabości, ale wciąż odpowiada na nie w ten sam sposób: większą rolą Brukseli, większymi budżetami, nowymi mechanizmami i kolejnymi wspólnymi politykami. Tymczasem część problemów Europy wynika właśnie z nadmiaru regulacji, centralizacji i przekonania, iż każde wyzwanie wymaga rozwiązania na poziomie unijnym. W jej orędziu zabrakło więc być może najważniejszego – nie co jeszcze Unia powinna robić, ale gdzie powinna zrobić krok wstecz.

Idź do oryginalnego materiału