Działalność aparatu rządowego zakłóca naszą rzeczywistość na wiele różnych sposobów i w wielu różnych sferach.
Najczęściej mówi się o aspektach gospodarczych, np. o ingerencji w mieszkalnictwo czy edukację. Często jednak zapominamy, iż skala i głębokość zakłóceń będących skutkiem systemowego przymusu jest znacznie większa. Wolność rozumiana jako pełne poszanowanie własności prywatnej jednostek, a więc i równych praw, jest tak głęboko zakorzeniona w funkcjonowaniu naszego świata, iż każde jej zakłócenie – choćby to z pozoru korzystne – w dalszym ciągu pozostaje szkodliwe.
Dobrym przykładem jest przyjęcie nowej ustawy przez brytyjski parlament, dotyczącej tzw. „pokolenia wolnego od dymu”. Dotyczy ona zakazu sprzedaży wyrobów tytoniowych osobom urodzonym po 2009 roku. Zakaz ten ma być regularnie rozszerzany, tak aby w praktyce dla osób urodzonych w tych latach był dożywotni. Oficjalne uzasadnienie polega oczywiście na rzekomym dbaniu o zdrowie i bezpieczeństwo nowych pokoleń. W praktyce jest to kolejny zamach na dobrowolne wybory społeczeństwa i kolejne roszczenie rządu do coraz większej władzy.
Krytyka tego typu ustaw nie polega na bagatelizowaniu szkodliwości nikotyny czy innych substancji. Poziom ich szkodliwości nie ma i nie powinien mieć żadnego znaczenia w takich debatach. Liczy się tylko to, dlaczego rząd miałby mieć prawo decydowania o wolnych, dorosłych jednostkach: co mogą zażywać, a czego nie mogą. choćby jeżeli palenie jest szkodliwe i choćby jeżeli taki zakaz okaże się skuteczny, to i tak jego skutki wciąż będą fatalne choć mało kto zwraca na to uwagę.
W książce „Logika Wolnego Świata” omawiam dokładnie taki przykład – co by się stało gdyby jakiś rząd całkowicie zakazał spożywania nikotyny? Przytaczając teraz eksperyment myślowy zakładamy, iż zakaz ten zostaje wprowadzony ze stuprocentową skutecznością: całe społeczeństwo bez wyjątków się podporządkowuje i nie powstaje czarna strefa. Z pozoru wygląda to jak sukces: mniej zgonów na raka płuc, wyższa średnia długość życia, służba zdrowia oddycha z ulgą.
Wszystkie te pozornie pozytywne skutki są jednak iluzją. To nie rzeczywistość dokonała zmiany. To nie indywidualni ludzie zdecydowali o wyjściu z nałogu, wykazali się wyobraźnią czy siłą woli. To rządowy zakaz ich do tego zmusił. Zmieniły się tylko wskaźniki, a nie realna rzeczywistość. Pod płaszczykiem zakazu nic istotnego się nie zmieniło. Ludzie dalej by palili, gdyby mogli. Następne pokolenia nie będą bardziej odporne na nałogi. Z perspektywy ewolucyjnej stało się coś głęboko niepokojącego: zniknęła cała sfera ludzkich wyborów i działań. Ludzie, którzy poprzez wybór mogli wyróżnić się czymś pozytywnym – niższą preferencją czasową, wyższą świadomością negatywnych skutków zdrowotnych palenia, być może większą niezależnością od wpływu rówieśników w szkole średniej albo ponadprzeciętną siłą woli potrzebną do wyjścia z nałogu – utracili tę szansę. Zostali zrównani z resztą społeczeństwa, która paliłaby dalej, gdyby mogła.
Krytyka ta w dużej mierze sprowadza się do prawa Goodharta. Prawo to mówi, iż gdy jakaś miara staje się celem, przestaje być dobrą miarą. W tym przypadku celem stało się obniżenie liczby palaczy. Problem polega jednak na tym, iż – jak zwykle w przypadku tego typu rządowych działań – rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana niż jeden wskaźnik. Życie nie jest jedną tabelą w Excelu, tylko siecią naczyń połączonych. jeżeli zatkamy jeden odpływ, ciśnienie nie znika, ale szuka ujścia gdzie indziej. Podobnie działa społeczeństwo: gdy zakaz staje się narzędziem poprawiania jednego wskaźnika, ludzkie działania zaczynają przesuwać się w boczne kanały. Dlatego efekt tego typu działań jest zawsze ten sam: pozorne zwycięstwo w skali jednego wskaźnika, ale cicha porażka w skali całego systemu. I to choćby przy optymistycznym założeniu, iż zakaz jest skuteczny. W praktyce zwykle nie jest, a dodatkowo generuje ogromne koszty administracyjne, policyjne i sądowe, egzekwowane każdego dnia przez tysiące ludzi. Niestety ta głębsza porażka wymyka się pomiarom, przez co pozostaje niezauważona. Nikt nie zmierzy efektu motyla wywołanego spadkiem odpowiedzialności społeczeństwa, ograniczeniem możliwości uczenia się na konsekwencjach własnych działań i osłabieniem ewolucyjnego dostosowywania zachowań. Jedno z drugim nie tylko nie zostanie powiązane, ale może wręcz doprowadzić do kolejnej fali zakazów i nakazów w przyszłości. Gdy na rynku pojawi się nowa „groźna substancja”, społeczeństwo – oraz poprzednie pokolenia – nie będzie wystarczająco nauczone samodzielnego radzenia sobie z takimi zagrożeniami. Zamiast dojrzałości, odpowiedzialności i naturalnej selekcji zachowań otrzymamy więc kolejne wezwanie do politycznej interwencji. A rząd, jak to zwykle bywa, przedstawi ją jako konieczność.

2 godzin temu












