Ikona zielonej transformacji tonie! Akcje Ørsted spadają 85%, a firma ogłasza ratunkową emisję akcji

7 godzin temu

Była sobie taka firma, która całkowicie zrezygnowała z ropy i gazu, żeby… ratować planetę. Rządy biły jej brawa, inwestorzy rzucali w nią miliardy dolarów, a media pisały jak wszystkim jak o supermenie zielonej transformacji.

Tylko iż ta historia nie ma szczęśliwego zakończenia? Dziś ta sama firma – duński Ørsted – jest na skraju finansowej katastrofy. Kurs akcji runął w przepaść, a projekty wiatrowe są wstrzymywane. Ratunkiem ma być emisja akcji na miliardy dolarów. Jak to się stało, iż ten symbol walki o czystą energię stał się ostrzeżeniem dla całej branży. Czy cała zielona transformacja jest skazana na takie spółki? Zapraszam na materiał.

Ikona zielonej transformacji tonie! Akcje Ørsted spadają 85%, a firma ogłasza ratunkową emisję akcji

Załóż konto na Freedom24 i odbierz od 3 do 20 darmowych akcji o wartości choćby 800 USD każda!

Szczegółowy opis promocji znajdziesz na: https://freedom24.club/dnarynkow_welcome

Od czarnego złota do zielonej nadziei

Jeszcze pięć lat temu Ørsted był klejnotem w koronie całej zielonej transformacji. Spółka stawiana była jako wzór dla całej branży. Jej akcje szybowały w górę, a inwestorzy mówili o niej z taką samą ekscytacją, z jaką kiedyś mówiło się o Tesli. Dziś cena jej akcji zaliczyła dołek wszechczasów, część projektów została porzucona, a analitycy ostrzegają przed dalszymi problemami.

Ørsted to globalny lider w morskich farmach wiatrowych, który jeszcze niedawno uchodził za inwestycyjny pewniak. Przez lata to była opowieść o transformacji z paliw kopalnych na czystą energię. Tylko, iż ta historia ma też drugą stronę. Ta druga jest pełna rosnących kosztów, regulacyjnych pułapek i brutalnej konkurencji, która pokazała, iż choćby najbardziej „zielony” biznes może w portfelu świecić się na czerwono.

Historia Ørsted zaczyna się od firmy, która… wcale nie była zielona. Pod dźwięczną nazwą DONG Energy – skrót od Danish Oil and Natural Gas – była jednym z filarów energetyki opartej na paliwach kopalnych w Danii. Jej portfolio obejmowało wydobycie ropy naftowej i gazu ziemnego, a także produkcję energii z węgla. To była klasyczna, konserwatywna spółka z sektora energetycznego – duża, stabilna, ale kompletnie nieprzystająca do świata, który zaczynał coraz głośniej mówić o zmianach klimatu i konieczności redukcji emisji CO₂.

Przełom nastąpił w połowie pierwszej dekady XXI wieku. Duńskie władze, widząc rosnącą presję ze strony Unii Europejskiej i opinii publicznej, zaczęły forsować agresywną politykę przechodzenia na odnawialne źródła energii. DONG Energy znalazło się wtedy na mocnym rozdrożu: mogło trwać przy paliwach kopalnych i stopniowo tracić konkurencyjność, albo zaryzykować i postawić na nowy kierunek. W 2008 roku zarząd spółki ogłosił plan, który wtedy wydawał się szalony: w ciągu kilkunastu lat przekształcić firmę w lidera zielonej energetyki, porzucając całkowicie ropę, gaz i węgiel.

Sercem tej transformacji miała być energia z morskich farm wiatrowych – segment, który w tamtym czasie dopiero raczkował, ale w którym Dania miała naturalną przewagę. Położenie geograficzne, stabilne warunki wietrzne na Morzu Północnym i know-how z sektora offshore sprawiały, iż całość miała potencjał na światowy sukces.

Lata 2010–2020 były dla firmy czasem spektakularnego wzrostu. Spółka sprzedała aktywa związane z paliwami kopalnymi, zainwestowała miliardy w farmy wiatrowe i stała się pionierem w budowie ogromnych instalacji na morzu. W 2017 roku zmieniła nazwę na Ørsted, oddając tym hołd duńskiemu fizykowi Hansowi Christianowi Ørstedowi, odkrywcy elektromagnetyzm. Miał to być symboliczny moment odcięcia się od przeszłości. Rok wcześniej w 2016 spółka zadebiutowała na giełdzie w Danii.

Do 2020 roku Ørsted był uznawany za największego operatora morskich farm wiatrowych na świecie, a jego akcje wzrosły o setki procent od momentu wejścia na giełdę. Marże rosły, projekty zdobywały kontrakty w Europie, Azji i Ameryce Północnej, a analitycy chwalili spółkę jako „case study” perfekcyjnej zielonej transformacji.

Czas wzrostów i optymizmu

Ørsted stał się ulubieńcem inwestorów ESG, przyciągając fundusze, które chciały mieć w portfelu „zielonego czempiona”. W mediach mówiono o nim jak o dowodzie, iż transformacja energetyczna może być nie tylko ekologiczna, ale i bardzo opłacalna. Wszystko wskazywało na to, iż przed firmą stoi dekada nieprzerwanego wzrostu.

Tylko iż przyszłość była też pełna wyzwań. Ørsted zarabia przede wszystkim na tym, w czym przez lata był najlepszy, tj. budowie, eksploatacji i sprzedaży energii z morskich farm wiatrowych. Proces wygląda mniej więcej tak: spółka wygrywa przetarg lub aukcję na budowę farmy wiatrowej na morzu, finansuje inwestycję (często z udziałem partnerów lub kredytów), stawia turbiny, a następnie przez lata eksploatuje instalację, sprzedając wytworzoną energię na rynku lub w ramach długoterminowych kontraktów.

W praktyce oznacza to ogromne, wieloletnie projekty infrastrukturalne. Budowa jednej farmy wiatrowej offshore to inwestycja liczona w miliardach dolarów, a jej zwrot rozłożony jest na dekady. Dlatego model biznesowy Ørsted opiera się na stabilnych, gwarantowanych przychodach – głównie dzięki kontraktom typu PPA (Power Purchase Agreement), w których odbiorca energii (np. rząd, koncern przemysłowy czy operator sieci) zobowiązuje się do zakupu energii po ustalonej cenie.

To zapewnia przewidywalność przychodów, ale jednocześnie uzależnia spółkę od regulacji rządowych i warunków aukcji. Offshore wind to branża, w której bez wsparcia państwa w formie subsydiów, ulg podatkowych czy gwarantowanych cen, trudno jest osiągnąć opłacalność. Szczególnie przy wysokich kosztach początkowych.

Konkurencja w tym sektorze jest coraz ostrzejsza. W segmencie deweloperów i operatorów farm wiatrowych Ørsted rywalizuje z amerykańskimi koncernami energetycznymi (np. Dominion Energy), europejskimi graczami (RWE, Iberdrola) oraz rosnącą falą firm z Azji – zwłaszcza z Chin i Korei Południowej, które dzięki niższym kosztom potrafią wygrywać przetargi.

Cień konkurencji i ryzyka

W efekcie Ørsted funkcjonuje w modelu wysokiego ryzyka, mimo iż na pierwszy rzut oka wizja powtarzalnych przepływów pieniężnych z każdej inwestycji brzmi kusząco. W praktyce jednak każda taka inwestycja jest bardzo kapitałochłonna i wymaga ogromnych inwestycji, które spłacają się długie lata, a rentowność tych inwestycji jest pod presją przez sporą konkurencję z Azji. W efekcie kosztowna inwestycja w niesprzyjających warunkach może stać się choćby kulą u nogi i generować więcej długu i strat niż zysków.

Może zaczynacie się już domyślać skąd przyszły problemy? Od 2021 roku na horyzoncie zaczęły gromadzić się chmury, które w kolejnych latach zamieniły się w burzę.

Po pierwsze – wzrost kosztów

Energetyka wiatrowa offshore to biznes oparty na stali, betonie, skomplikowanej logistyce i pracy wyspecjalizowanych ekip. Inflacja po pandemii uderzyła w każdy z tych elementów. Ceny stali i turbin wystrzeliły, koszty transportu morskiego poszybowały, a presja płacowa zwiększyła wydatki na personel. Projekty, które jeszcze w 2020 roku wyglądały opłacalnie, po dwóch–trzech latach zaczęły przynosić coraz mniejsze marże – albo wymagały renegocjacji kontraktów. Marża operacyjna w latach 2019 – 2022 spadła z przeszło 17% do niecałych 10%.

Jeszcze gorzej wygląda generacja gotówki w spółce. Marża wolnych przepływów pieniężnych, która jeszcze w 2016 roku balansowała w okolicy 1%, w 2024 roku spadła do minus 34%. Czyli spółka realnie traciła tyle gotówki, co wartość jednej trzeciej wszystkich wygenerowanych przychodów

Fiasko w USA

Po drugie – problemy w USA

Amerykański rynek miał być nowym Eldorado. Administracja Bidena uruchomiła miliardowe zachęty podatkowe dla OZE, a stany wschodniego wybrzeża planowały setki turbin na morzu. Ørsted wszedł tam agresywnie, ale gwałtownie zderzył się z realiami. Opóźnienia w dostawach, wydłużające się procedury regulacyjne i rosnące koszty sprawiły, iż część projektów przestała się spinać finansowo.

W 2023 roku spółka ogłosiła rezygnację z kilku kluczowych farm wiatrowych w USA – decyzję, która kosztowała ją miliardy w odpisach na rachunku zysków i strat.

Podam wam dwa konkretne przykłady problemów w USA. najważniejsze projekty offshore w USA – Revolution Wind i Sunrise Wind – borykają się z opóźnieniami i problemami technicznymi.

  • W Revolution Wind kłopoty pojawiły się przy budowie podstacji na lądzie i przy palowaniu konstrukcji morskich.
  • W Sunrise Wind doszło do problemów z produkcją i montażem stalowych fundamentów.

Efekt? Wyższe koszty i przesunięcie uruchomienia Revolution Wind na 2026 rok.

To daje dobre wyobrażenie tego, jak niekomfortowy jest to biznes. Masz ostrą chińską konkurencję na plecach, więc musisz ograniczać marżę, ale z drugiej strony twoje projekty są wielkie, kosztowne i wieloetapowe, więc jak wysypie się jedna rzecz, to zaczyna się efekt domina a projekt, który miał kosztować X i zarabiać od dwóch lat, nagle kosztuje 1,5 X i zacznie zarabiać trzy lata później. Spółka traci nie tylko na tym, iż musi zapłacić więcej za realizację, ale też na tym, iż zacznie później zarabiać na projekcie.

Wisienką na tym torcie okazała się zmiana w administracji USA. Już na początku swojej kadencji Trump wydał rozporządzenie wykonawcze wstrzymujące nowe leasingi i pozwolenia na farmy wiatrowe offshore. Zresztą wydał je i na farmy morskie i lądowe. To wprowadziło ogromną niepewność regulacyjną i zahamowało dalszy rozwój sektora, który przeżywał boom za poprzedniej administracji.

Trump nałożył też wysokie cła na import stali i aluminium, kluczowych surowców dla budowy farm wiatrowych. To zwiększyło koszty projektów Sunrise Wind i Revolution Wind o dodatkowe 1,2 mld koron duńskich.

Jakby problemów było mało, Ørsted trafił na istotną zmianę w globalnej polityce monetarnej. Stopy procentowe prawdopodobnie przez jakiś czas nie wrócą do tak niskich poziomów, jakie widzieliśmy przed pandemią. Dlaczego to dla firmy większy problem niż dla wielu innych firm, które w środowisku wysokich stóp biją kolejne rekordy?

branża OZE opiera się na gigantycznych wydatkach inwestycyjnych. Żeby zarobić na projekcie, trzeba najpierw włożyć w niego ogromne środki – najczęściej w formie kredytu lub innego finansowania dłużnego.

Żeby zrozumieć, jak kapitałochłonne są takie projekty wystarczy kilka liczb. W 2024 roku inwestycje pochłonęły około 60% przychodów firmy. W ciągu ostatnich pięciu lat najlepiej wypadł 2022 rok, a i tak było to około 29%. Dla porównania, w Nvidii ten wskaźnik od dwudziestu lat nigdy nie przekroczył 12%, a i ona bywała krytykowana za „nadmierne” inwestycje.

Wysokie stopy – niszczycielska siła

Po kryzysie finansowym w 2008 roku świat przez lata żył w warunkach ultraluźnej polityki – niskie stopy procentowe umożliwiały firmom takim jak Ørsted tanie zadłużanie się. Dzięki temu choćby model biznesowy, który w normalnych warunkach byłby trudny do obrony, potrafił generować przyzwoite zyski.

Wszystko zmieniło się po fali inflacji, która przetoczyła się po pandemii. Wiele osób zakładało wtedy, iż gdy inflacja spadnie, stopy gwałtownie wrócą do poziomu w okolicy 0%. Tak się jednak nie stało. Skoro inflacja została opanowana, a rynek pracy mimo wysokich stóp wciąż jest silny, to po co wracać do rekordowo niskich poziomów? Banki centralne wolą utrzymać stopy nieco wyżej, zostawiając sobie pole manewru na przyszłość – tak, aby w razie recesji móc stymulować gospodarkę ich obniżkami.

Tu pojawia się pułapka dla firm mocno zadłużonych jak Ørsted czy również innych wielkich graczy z sektora OZE. Przed pandemią mało kto zakładał taki scenariusz. Dziś koszty odsetek od gigantycznych kredytów po prostu zjadają rentowność. Oczywiście w wielu innych spółkach koszty odsetkowe również wzrosły, ale nie we wszystkich stanowią one 30% zysku operacyjnego, tak jak w Orsted.

To już nie są tylko „podwyższone wskaźniki zadłużenia”, które brzydko wyglądają na prezentacji inwestorskiej i stwarzają jakieś tam odległe ryzyko. Zadłużenie firmy przekłada się realnie na ich działalność operacyjną i wymusza na nich sprzedaż części aktywów, na które wcześniej spółka się zadłużała i miała na nich zarabiać. No to już jest prosta droga do katastrofy. Zwłaszcza jeżeli nie ma żadnej biznesowej dywersyfikacji.

We własnym portfelu inwestycyjnym też totalny brak dywersyfikacji może źle się skończyć. Jasne, nie można przesadzić, ale wszystko na jedną kartę to nie jest wcale lepsze rozwiązanie. Warto mieć w portfelu więcej niż jeden podmiot. Najlepiej kupiony na jak najlepszych warunkach. Broker Freedom24 daje wam tutaj coś więcej niż szeroki tylko dostęp do tysięcy spółek i funduszy ETF. Do końca sierpnia, zakładając konto, możecie zgarnąć do 20 darmowych akcji o wartości choćby 800 dolarów każda. Wystarczy otworzyć konto, wpłacić depozyt i wpisać kod promocyjny. Akcje możecie zatrzymać, sprzedać albo wymienić na inne. A jeżeli nie wiecie, od czego zacząć, możecie podejrzeć mój publiczny portfel na myfund.pl i odtworzyć go u siebie.. Oczywiście taka spółka jak Orsted też jest tam dostępna do zakupu. Tylko czy to w ogóle ma sens?

Dołącz do nas na Twitterze oraz YouTube i bądź na bieżąco!

Reakcja na kryzys

Zerknijmy, jak chcą wyjść ze swoich obecnych kłopotów.

  • Emisja ratunkowa akcji – plan pozyskania 60 mld koron ze sprzedaży nowo wyemitowanych udziałów.
  • Sprzedaż aktywów – program wyprzedaży projektów o wartości 70–80 mld koron do 2026 roku. W 2024 roku sprzedano już aktywa za 22 mld koron.
  • Cięcia inwestycji – redukcja planów inwestycyjnych o 25% do 2030 roku i skupienie się tylko na projektach z najlepszym zwrotem.
  • Wstrzymanie dywidendy – brak wypłat za lata 2023–2025, z planem powrotu od 2026 roku
  • Selektywne podejście do projektów – rezygnacja z inwestycji niespełniających wymagań rentowności.

Mamy spółkę, która wyprzedaje swoje projekty, emituje akcje, ogranicza redystrybucje zysku do akcjonariuszy i ogranicza plany rozwoju, żeby uniknąć bankructwa. To poważne ograniczenia działalności, pokazujące co grozi firmie, która nie kontroluje za bardzo swojego długu.

Wiele osób może sobie myśleć, iż dopóki firma balansuje na krawędzi noża i nie bankrutuje to jest wszystko okej, ale jak widać konsekwencje zbyt dużego długu mogą ujawnić się dużo szybciej i w różnej formie.

Jak łatwo się domyślić, informacje o rosnącym zadłużeniu, przepalanej gotówce, wyprzedaży aktywów i emisji akcji nie były czymś co akcjonariusze chcieli słyszeć. W konsekwencji tego wszystkiego cena akcji spadała regularnie od stycznia 2021 roku, aż teraz. Obsunięcie wynosi w tej chwili 85% od szczytu, a cena akcji zanotowała najniższy poziom w swojej historii, co oznacza, iż praktycznie każdy, kto jeszcze posiada jej akcje dłużej niż kilka dni jest w tej chwili na minusie.

Reakcja rynku i kolejny cios

Kolejny i jak na razie ostatni cios dla spółki nadszedł zresztą niedawno, kiedy cena spadła o 30% w trakcie jednej sesji – 11 sierpnia 2025 roku. Powód? Rynek negatywnie odebrał ogłoszenie największej od 15 lat emisji akcji w europejskim sektorze energetycznym o wartości 60 mld DKK.

Emisja jest wspierana przez rząd Danii, który obejmie ponad połowę nowych akcji, ale pozostali inwestorzy nie wiedzą jeszcze, po jakiej cenie będą mogli kupić papiery. Taka skala podniesienia kapitału oznacza wprost duże rozwodnienie wartości akcji dla obecnych udziałowców i jest de facto tzw. bailoutem firmy przez Państwo. Analitycy obawiają się, iż choćby mimo tej emisji Ørsted wciąż może mieć problemy z powrotem do rentownej działalności.

Podczas niedawnej telekonferencji zarząd zresztą nie rozwiał wcale obaw dotyczących ryzyka i perspektyw wzrostu. Dodatkowo inwestorzy mogą zastanawiać się, czy trupów w szafie nie ma więcej.

Ørsted miał tez w planie częściową sprzedaż udziałów w swojej amerykańskiej farmie wiatrowej Sunrise Wind, która powstaje u wybrzeży Nowego Jorku. To akurat niby standardowa praktyka w branży: firma buduje projekt do pewnego etapu, a potem sprzedaje np. 40–50% udziałów innym inwestorom (funduszom infrastrukturalnym, towarzystwom ubezpieczeniowym czy koncernom energetycznym). Dzięki temu odzyskuje część zainwestowanego kapitału, zmniejsza swoje ryzyko i może te środki przeznaczyć na kolejne inwestycje.

Jednak w przypadku Sunrise Wind, Ørsted całkowicie wstrzymał proces sprzedaży udziałów, co oznacza, iż musi samodzielnie sfinansować całą budowę. Szacowany wpływ tego na bilans to ok. 40 mld koron dodatkowego obciążenia finansowego.

Dlaczego rynek doszukuje się w tym czegoś więcej?

  • Po pierwsze, kwota 40 mld DKK jest bardzo duża jak na pojedynczy projekt i może sugerować, iż problem dotyczy też innych planowanych transakcji.
  • Po drugie, w branży mówiło się, iż Ørsted szykował się również do sprzedaży udziałów w jednej z brytyjskich farm wiatrowych (i możliwe, iż tam też proces nie idzie zgodnie z planem).
  • Po trzecie, polityczne zawirowania w USA (administracja Donalda Trumpa, blokowanie projektów offshore) zwiększyły ryzyko tak bardzo, iż banki i inwestorzy zaczęli wymagać dodatkowych zabezpieczeń i wyższych zwrotów, co utrudnia jakiekolwiek transakcje sprzedaży udziałów.

W efekcie, zamiast pozyskać gotówkę ze sprzedaży, Ørsted został z pełnym ciężarem finansowania Sunrise Wind i to w momencie, gdy jego bilans już był obciążony wcześniejszymi odpisami i rosnącymi kosztami. Ałć.

Polub nas na Facebook!

Znajdziesz tam więcej wartościowych treści o inwestowani, giełdzie i rynkach.

DNA Rynków – merytorycznie o giełdach i gospodarkach

Strategia bez dywersyfikacji

Jeszcze kilka lat temu, to był pupilek inwestorów i symbol zielonej rewolucji. W 2021 roku spółka była przez chwilę warta więcej niż brytyjski gigant paliwowy BP. Ta historia to dziś przede wszystkim przestroga, jak gwałtownie można spaść z tego piedestału.

Konkurenci poszli bowiem w zupełnie innym kierunku. Hiszpańska Iberdrola i brytyjskie SSE także inwestują w odnawialne źródła energii, ale jednocześnie mocno rozwijają infrastrukturę przesyłową i dystrybucję. To daje im stabilne, przewidywalne przychody choćby wtedy, gdy w jednej części biznesu dzieje się źle. Efekt? Od 2019 roku Iberdrola podwoiła swoją wartość, a SSE jest około 50% wyżej niż sześć lat temu.

Widać tu mocną różnicę strategii. Ørsted postawił wszystko na jedną kartę – morską energetykę wiatrową. Przez moment wygrywał. Tylko, gdy w branży pojawiły się turbulencje, ten brak dywersyfikacji okazał się kulą u nogi. Konkurenci, którzy rozłożyli ryzyko na więcej segmentów, nie tylko przetrwali trudny czas, ale w oczach inwestorów wyszli z niego wzmocnieni.

Co dalej?

To oczywiście cała firma już na zawsze będzie spadać, albo iż lada moment zbankrutuje. jeżeli jednak Ørsted ma odbić się od dna, to ten proces będzie długotrwały i niepewne. To nie będzie historia spektakularnego „powrotu króla”.

Firma mimo swoich problemów pozostaje największym graczem na świecie w morskiej energetyce wiatrowej z portfelem projektów, które w dużej części mają przed sobą jeszcze wiele lat pracy. To oznacza, iż baza aktywów jest wciąż młoda, a większość instalacji ma przed sobą lata generowania zysków.

Ørsted jest spółką państwową, a to w sektorze infrastruktury oznacza też pewien „parasol ochronny”. Zarówno polityczny i finansowy. Wszyscy wiemy z naszego własnego podwórka, iż politycy nie lubią pozwalać bankrutować państwowym firmom, szczególnie tym dużym, które zapewniają spore zatrudnienie i mogą być wykorzystywane w politycznej przepychance.

Jednak brak bankructwa wcale nie musi oznaczać powrotu do rentowności, wzrostu biznesu i wzrostu ceny akcji. W sumie to raczej na pewno nie będzie, bo celem państwowego właściciela jest przede wszystkim ustabilizowanie miejsc pracy, a nie wzrost kursu akcji.

Ørsted to podręcznikowy przykład tego, jak trudno jest utrzymać pozycję lidera, gdy cały model biznesowy opiera się na jednym, modnym trendzie. Zwłaszcza w tak newralgicznej regulacyjnie i kapitałochłonnej branży jak OZE.

Jeszcze niedawno spółka była ikoną zielonej transformacji i dowodem na to, iż farmy wiatrowe offshore mogą być żyłą złota. Dziś pokazuje, iż entuzjazm inwestorów potrafi się ulotnić szybciej niż wiatr na Morzu Północnym. Wystarczy wzrost kosztów, brak dywersyfikacji i puf – katastrofa gotowa.

Wnioski dla inwestorów

Lekcja dla was jest prosta: moda na dany sektor nie jest gwarancją trwałych zysków. Warto patrzeć nie tylko na trend i narrację, ale przede wszystkim na fundamenty – strukturę kosztów, źródła finansowania i wrażliwość biznesu. Uzależnienie od subsydiów i jednego segmentu rynku może stać się poważną słabością, gdy warunki się zmienią.

Czy firma odbije się od dna? Tego nie wie nikt. Spółka wciąż ma ogromny portfel projektów, know-how i wsparcie państwa, ale jej przyszłość zależy od tego, czy uda się ograniczyć zadłużenie, odzyskać zaufanie inwestorów i przetrwać okres, w którym offshore wind znalazł się w trudnym momencie. To może być początek odbudowy albo początek długiego maratonu w cieniu lepiej zdywersyfikowanej konkurencji.

Czy cała zielona transformacja jest skazana na takie historie jak Ørsted? Niekoniecznie. Branża OZE jest bardzo szeroka – obok projektów kapitałochłonnych, zależnych od regulacji i subsydiów, są też modele biznesowe oparte na mniejszej skali, stabilniejszych przepływach i większej dywersyfikacji technologii. Firmy łączące energetykę wiatrową z fotowoltaiką, magazynowaniem energii czy sprzedażą bezpośrednią często lepiej znoszą wahania kosztów i zmianę polityki rządów. Ørsted to przykład, jak ryzykowne może być postawienie wszystkiego na jeden segment. Jego historia nie jest jednak wyrokiem śmierci dla całej branży. Zielona transformacja będzie postępować tak czy inaczej, bo potrzebujemy każdego źródła energii, ale to nie oznacza, iż wszystkie spółki dojadą do mety w tym samym kształcie Pomimo tak wielkiego spadku, to zdecydowanie nie jest dla mnie spółka, którą dziś dodałbym choćby do agresywnego portfela Freedom24 mimo… iż jest on agresywny. Nie każdy spadający nóż to okazja i nie sądzę, iż ten nóż taką okazją jest

Załóż konto na Freedom24 i odbierz od 3 do 20 darmowych akcji o wartości choćby 800 USD każda!

Szczegółowy opis promocji znajdziesz na: https://freedom24.club/dnarynkow_welcome

Do zarobienia,
Piotr Cymcyk

Porcja informacji o rynku prosto na Twoją skrzynkę w każdą niedzielę o 19:00
67
5
Idź do oryginalnego materiału