Dość często na blogu poruszam temat zjawiska inflacji stylu życia. Mówiąc po ludzku ciągłego podnoszenia poprzeczki w konsumowaniu. Nie rzucam kamieniem, bo sam nie jestem od niego wolny. Wytłumaczę na przykładzie wakacji.
Wczoraj rozmawialiśmy z synem o Górach Świętokrzyskich, bo taki miał temat w szkole. I zdałem sobie sprawę, iż w 2009 r. spędziliśmy wakacje (najmłodszego nie było jeszcze na świecie), w agroturystyce w Bodzentynie, jeżdżąc po całym regionie od Zagnańska, Chęcin, Kielc po Łysicę. Wtedy było ok, dzisiaj, no cóż sam chyba uznałbym, iż trochę słabo. Przez inflację stylu życia właśnie.
Dlaczego? Kiedy przez kilka lat jeździliśmy do Chorwacji (w coraz droższym wydaniu), nagle Macedonia wydała się oszczędnością, a to 1.600 km od domu, a nie niecałe 200 km. Ba, Bałtyk oznaczałby wyrzeczenie się ambicji. No i tylko jeden wyjazd w roku.
Ten proces stałego podnoszenia poprzeczki, zachodzący w mózgu, posiada wymierny skutek finansowy. Sam wyjazd do Makarskiej w 2024 r. kosztował nas ponad 12 tys. zł (we trójkę), podczas gdy w tym samym roku, za 4 osoby zapłacilibyśmy w tej agroturystyce ok. 1750 zł za tydzień plus 1000 zł za wyżywienie. Razem z paliwem i atrakcjami, zmieścilibyśmy się dzisiaj w 4000 zł. Jeszcze raz podkreślę – dzisiaj. Wtedy wydaliśmy połowę, tu akurat zadziałała prawdziwa inflacja.
Wnioski? Większość z nas, także bardzo oszczędnych, doświadcza tego zjawiska. Po prostu lubimy coraz lepiej, coraz wygodniej.









