Inwestorzy z GPW tracą wiarę w hossę? Niedźwiedzie wracają na parkiet

1 godzina temu

Tylko co drugi drobny gracz na warszawskim parkiecie przez cały czas stawia na wzrosty w perspektywie najbliższego półrocza. Najnowszy odczyt Indeksu Nastrojów Inwestorów pokazuje, iż jedna z dłuższych serii optymizmu na Książęcej zaczyna wyraźnie wygasać. I dzieje się to w momencie, gdy WIG20 ociera się o tegoroczne szczyty.

Cotygodniowy sondaż Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych, opublikowany w piątek tuż po godzinie 14:00, przyniósł jedną z mocniejszych korekt sentymentu w tym roku. Odsetek respondentów spodziewających się trendu wzrostowego na warszawskiej giełdzie w perspektywie sześciu miesięcy spadł aż o 8,3 punktu procentowego – do równego 50 procent. Tydzień wcześniej w obozie byków znajdowało się ponad 58 procent ankietowanych.

To zmiana, której nie można puścić mimo uszu. Szczególnie iż odbywa się przy notowaniach blisko lokalnych maksimów.

Migracja sentymentu wyraźniejsza, niż się wydaje

Tym razem przepływ między obozami był ostry. Udział niedźwiedzi – czyli inwestorów stawiających na trend spadkowy – podskoczył o niemal jedenaście punktów procentowych, do 27,6 proc. To największy tygodniowy przyrost pesymizmu od początku roku. Frakcja neutralna, którą zarządzający traktują zwykle jako „rezerwowy” kapitał gotowy zmienić obóz przy pierwszym mocniejszym impulsie cenowym, również się skurczyła – z 25 do 22,4 proc.

Mówiąc wprost: część niezdecydowanych przeszła na stronę pesymistów, a niemała grupa byków otwarcie zrewidowała swoje nastawienie. Wskaźnik nastawienia netto, liczony jako różnica między bykami a niedźwiedziami, w ciągu tygodnia stopniał z około 42 do 22,4 punktu.

Badanie przeprowadzono w tygodniu zakończonym 21 maja, a więc w okresie, w którym WIG20 trzymał się powyżej 3600 punktów. Co więcej, w trakcie piątkowej sesji indeks największych spółek warszawskiej giełdy zyskiwał ponad 1,2 proc., dochodząc do okolic 3633 pkt. Sytuacja jest więc pozornie sprzeczna z rynkową logiką – nastroje słabną wtedy, gdy notowania są mocne. Tyle iż pozornie.

Trzy powody, dla których inwestorzy zmieniają zdanie

Po pierwsze, kończy się sezon publikacji wyników za pierwszy kwartał i robi się chłodniej w prognozach analityków dla spółek konsumenckich. W ostatnich dniach domy maklerskie obniżyły ceny docelowe między innymi dla Modivo i Answear. DM BOŚ ściął wycenę pierwszej z nich do 136,9 zł (z 191,6 zł), a drugiej – do 24,1 zł (z 33 zł). To są cięcia, których inwestorzy nie traktują jako technicznych – odbijają one realne obawy o popyt konsumpcyjny.

Po drugie, na sentyment ciąży niepewność geopolityczna. Cieśnina Ormuz wciąż jest zamknięta, a wysoki rangą urzędnik ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich Anwar Gargasz oszacował dziś szanse na porozumienie USA–Iran zaledwie na pół na pół. Każdy dzień bez deeskalacji to przedłużenie ryzyka skokowego wzrostu cen surowców. Notowania ropy Brent w piątek po południu utrzymywały się powyżej 105 dolarów za baryłkę, a WTI broniła pułapu 98 dolarów. To poziomy, przy których o powrocie inflacji do celu można dyskutować już tylko w trybie hipotetycznym.

Po trzecie – i być może najważniejsze dla polskiego inwestora – krajowa polityka pieniężna. Z opublikowanego dziś przez NBP zapisu z kwietniowego posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej wynika, iż Joanna Tyrowicz złożyła wniosek o podwyżkę stóp aż o 100 punktów bazowych. Wniosek został odrzucony, ale samo jego pojawienie się to sygnał, iż jastrzębi obóz w Radzie nie odpuszcza. Rentowność polskich dziesięcioletnich obligacji oscyluje wokół 6 proc. Dla części inwestorów indywidualnych to bardzo poważna konkurencja dla akcji, zwłaszcza po stronie spółek dywidendowych.

Czy to już sygnał kupna?

Tu warto zwrócić uwagę na coś, o czym zarządzający aktywni mówią od lat: INI ma w sobie istotny komponent kontrariański. Z historii odczytów wynika, iż ekstremalne fale optymizmu często poprzedzały korekty, a wyraźne natężenie pesymizmu wśród inwestorów indywidualnych zbiegało się w czasie z lokalnymi dołkami koniunktury.

Czy aktualny odczyt jest już takim ekstremum? Raczej nie. Udział niedźwiedzi na poziomie 27,6 proc. pozostaje poniżej długoterminowej średniej z ostatniej dekady, oscylującej w okolicach 35 proc. Spadek byków do 50 proc. to schłodzenie, ale nie kapitulacja. Mówimy raczej o pierwszym wyraźnym sygnale, iż dotychczasowa narracja zaczyna pękać. Aż 72,4 proc. ankietowanych wciąż nie spodziewa się spadków na rynku – fundament potencjalnej kontynuacji wzrostów więc istnieje, choć jest zauważalnie cieńszy niż jeszcze siedem dni temu.

Tydzień, który może wszystko zmienić

Niewiadomych przybywa. W przyszłym tygodniu inwestorów czeka komplet danych makro, w tym wstępne odczyty PKB strefy euro oraz publikacja amerykańskiej inflacji PCE – ulubionego wskaźnika Fedu. Do tego pierwsze publiczne wystąpienia Kevina Warsha w roli prezesa Rezerwy Federalnej. Każdy komentarz na temat ścieżki stóp procentowych w USA może istotnie przesunąć układ sił między bykami a niedźwiedziami nie tylko na Wall Street, ale i nad Wisłą.

Z perspektywy inwestora indywidualnego najnowszy odczyt INI niesie prostą, ale niewygodną prawdę: pierwszy etap tegorocznej hossy mamy najprawdopodobniej za sobą. Wchodzimy w fazę, w której każde wahnięcie polityki pieniężnej, każda nieprzewidziana eskalacja na Bliskim Wschodzie i każda gorsza prognoza dla spółek konsumenckich będzie bardziej bolesna niż przed miesiącem. Hossa nie kończy się tam, gdzie pojawiają się niedźwiedzie. Kończy się tam, gdzie byki przestają mieć argumenty. A te w piątek wyraźnie zaczęły się kurczyć.

Źródła: PAP, SII

Idź do oryginalnego materiału