Iran chce zarabiać na Cieśninie Ormuz. Armatorzy już płacą miliony za przepływ

22 godzin temu

Teheran de facto przekształcił najważniejszy szlak naftowy świata w płatną autostradę. Irański parlament szykuje ustawę, a ceny ropy reagują natychmiast. Dla rynków to zupełnie nowa zmienna w i tak już skomplikowanym równaniu.

To nie jest plotka z serwisów branżowych, ale potwierdzona informacja z irańskiej telewizji państwowej. Alaeddin Boroudżerdi, członek parlamentarnej Komisji Bezpieczeństwa Narodowego, powiedział wprost: Iran pobiera już od wybranych armatorów około 2 mln dolarów za jednorazowy przepływ tankowca przez Cieśninę Ormuz. Słowa polityka potwierdza agencja Anadolu, ale jest istotny szczegół – nie wiadomo, czy ta kwota obejmuje przejście w obie strony, czy tylko w jedną. jeżeli to drugie, operatorzy z Chin, Indii czy Japonii, którzy chcą załadować ropę w Zatoce Perskiej i wrócić, muszą liczyć się z kosztem choćby 4 mln dolarów za rejs.

Co więcej, irański dziennik „Dżawan-e Ruz” zaproponował jeszcze ambitniejszy model – podatek 50 dolarów od każdej baryłki ropy przepływającej przez cieśninę. Przy obecnych cenach Brent w okolicach 98 dolarów za baryłkę to narzut przekraczający 50 procent.

Parlament pracuje nad ustawą. To nie jest blef

Całą sprawę na poważnie traktuje irański Madżles. Jak informuje półoficjalna agencja ISNA, komisja gospodarcza parlamentu przygotowała projekt ustawy formalizującej system opłat tranzytowych. Saeed Rahmatzadeh z tej komisji argumentuje, iż pobieranie opłat za przepływ przez cieśniny to „powszechna praktyka na ważnych szlakach wodnych świata” i wymienia Kanał Sueski oraz Kanał Panamski.

Porównanie brzmi logicznie, ale ma fundamentalną wadę. Kanały Sueski i Panamski to sztuczne drogi wodne – ktoś je wybudował, ktoś je utrzymuje i dlatego pobiera opłaty. Cieśnina Ormuz to naturalny akwen, który w świetle Konwencji ONZ o prawie morza (UNCLOS) podlega reżimowi swobodnego tranzytu (tranzytowego przejścia). Iran tę konwencję wprawdzie podpisał, ale nigdy jej nie ratyfikował. We własnym ustawodawstwie, sięgającym jeszcze lat 90., zastrzega sobie prawo kontrolowania żeglugi w swoich wodach terytorialnych – łącznie z jednostkami przewożącymi „materiały niebezpieczne”, czyli w praktyce z tankowcami.

Krótko mówiąc: Teheran zbudował sobie prawną furtkę, żeby robić z cieśniną to, co właśnie robi. A teraz chce tę furtkę rozszerzyć do rozmiarów bramy.

Rachunki, które zapłaci cały świat

Przez Cieśninę Ormuz w normalnych warunkach przepływa dziennie około 20 mln baryłek ropy – mniej więcej jedna piąta globalnego zużycia. Do tego dochodzi ok. 20 procent światowego handlu skroplonym gazem ziemnym (LNG). Od wybuchu konfliktu pod koniec lutego ruch w cieśninie spadł do zera w niektóre dni, a setki statków stoją w oczekiwaniu po obu stronach wąskiego gardła.

Samo nałożenie opłat tranzytowych to jednak nie jedyny koszt. Ubezpieczenie morskie za przepływ przez Ormuz poszybowało do ok. 5 procent wartości statku – pięciokrotnie więcej niż na początku wojny. Przy standardowym tankowcu wartym 100 mln dolarów to dodatkowe 5 mln dolarów za samą polisę. Dorzućmy 2–4 mln dolarów irańskiego „myta” i nagle pojedynczy rejs tankowcem staje się operacją za blisko 10 mln dolarów tylko w kosztach dodatkowych. Te pieniądze nie znikną – zostaną przerzucone na rafinerie, dystrybutorów i w końcu na konsumentów tankujących na stacjach paliw od Tokio po Warszawę.

Ropa spada, ale niepewność rośnie

W środę rano 25 marca rynki zareagowały na doniesienia o 15-punktowym planie pokojowym, który Waszyngton miał wysłać Teheranowi. Brent spadł o ponad 6 procent, schodząc chwilowo poniżej 98 dolarów za baryłkę – najniżej od tygodnia. WTI znalazło się w okolicach 87–88 dolarów. Kontrakty terminowe na S&P 500 zyskały 0,9 procent, a europejskie indeksy otworzyły się wzrostami o 1,2 procent.

Warto jednak patrzeć na te ruchy z dystansem. Brent wciąż jest 35 procent powyżej poziomów sprzed wybuchu wojny. A jak trafnie ujął to Kerry Craig z J.P. Morgan: „Rynek handluje nagłówkami. Problem w tym, iż nikt nie wie, czy za tymi nagłówkami stoi cokolwiek trwałego”.

Doniesienia o irańskich opłatach tranzytowych podkopują choćby ostrożny optymizm. choćby gdyby doszło do zawieszenia broni, Teheran może utrzymać system opłat jako trwały element nowej rzeczywistości. To scenariusz, którego rynki jeszcze nie wyceniają.

Kto przepływa, kto stoi w kolejce

Iran oficjalnie deklaruje, iż cieśnina jest „otwarta dla wszystkich z wyjątkiem wrogów” – jak stwierdził prezydent Masud Pezeszkian. W praktyce przepływają nią wyłącznie statki z krajów, które wcześniej uzgodniły warunki z Teheranem. Co najmniej cztery tankowce pod indyjską banderą przeszły przez cieśninę po bilateralnych rozmowach Nowego Delhi z irańskim MSZ. Japonia prowadzi analogiczne negocjacje. Jednostki amerykańskie i izraelskie mają wstęp zabroniony – bezwarunkowo.

Arabia Saudyjska znalazła częściowe obejście. Eksport ropy przez port Yanbu nad Morzem Czerwonym wystrzelił do blisko 4 mln baryłek dziennie dzięki rurociągowi Trans-Arabskiemu omijającemu Ormuz. To imponujący wynik, ale wciąż daleki od normalnych wolumenów przepływających przez cieśninę. Przepustowość alternatywnej trasy ma twarde ograniczenia – a i droga przez Morze Czerwone nie jest całkowicie bezpieczna, biorąc pod uwagę wcześniejsze ataki Hutich.

Co to oznacza dla inwestorów

Dla rynków finansowych irański pomysł to zupełnie nowy czynnik ryzyka. Dotychczas analitycy kalkulowali przede wszystkim ryzyko fizycznej blokady cieśniny – scenariusz zero-jedynkowy: albo jest przepływ, albo go nie ma. System opłat tranzytowych wprowadza trzecią opcję: przepływ istnieje, ale jest dramatycznie droższy. A to oznacza trwale wyższe koszty transportu ropy, trwale wyższe ceny paliw i trwale wyższą inflację – choćby jeżeli wojna skończy się jutro.

Europejski Bank Centralny już podniósł prognozę inflacji na 2026 rok do 2,6 procent (z 1,9 proc.), wskazując wprost na szok energetyczny. Fed utrzymuje stopy na poziomie 3,50–3,75 procent i sygnalizuje co najwyżej jedną obniżkę do końca roku. Rynki terminowe wyceniają za to serie podwyżek stóp procentowych w strefie euro, Wielkiej Brytanii, Japonii i Australii. Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA) określiła obecne zakłócenia w Ormuzie jako „największe zagrożenie dla bezpieczeństwa energetycznego w historii”.

Gdyby irański parlament faktycznie uchwalił ustawę na poziomie 50 dolarów od baryłki, teoretyczny przychód Teheranu sięgnąłby miliarda dolarów dziennie – wielokrotnie więcej niż roczne wpływy z opłat za Kanał Sueski czy Kanał Panamski razem wziętych. Pełne wdrożenie tak wysokich stawek jest mało realne – wypchnęłoby kupujących do alternatywnych źródeł dostaw. Ale sam fakt, iż taka legislacja powstaje, powinien dać do myślenia każdemu, kto ma w portfelu aktywa wrażliwe na ceny energii.

Cieśnina Ormuz – przez dekady traktowana przez rynki jak stała w równaniu – właśnie stała się zmienną. I to zmienną, której wycena dopiero się zaczyna.

Źródło: Anadolu

Idź do oryginalnego materiału