Japonia sięga po rynek ropy, by ratować jena. To desperacja czy sprytna strategia?

4 godzin temu

Tokio rozważa bezprecedensowy krok – interwencję na rynku kontraktów terminowych na ropę naftową, by pośrednio wesprzeć słabnącego jena. To sygnał, iż tradycyjne narzędzia polityki walutowej przestają wystarczać w obliczu eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie i trwale wysokich cen surowców energetycznych.

Kurs dolara do jena oscyluje w okolicach 159,4 – niebezpiecznie blisko psychologicznej bariery 160 jenów za dolara, poziomu, który w przeszłości wielokrotnie prowokował bezpośrednie interwencje japońskiego Ministerstwa Finansów. Problem polega na tym, iż obecna słabość japońskiej waluty ma inne źródło niż typowa spekulacja na rynku walutowym. Kluczowym czynnikiem napędzającym deprecjację jena jest gwałtowny wzrost cen ropy naftowej, wywołany konfliktem zbrojnym z udziałem Iranu i zagrożeniem dla żeglugi przez Cieśninę Ormuz.

Japonia jest krajem w sposób wyjątkowy narażonym na szok naftowy. Około 95 proc. importowanej przez nią ropy pochodzi z Bliskiego Wschodu, a mniej więcej 70 proc. tych dostaw przechodzi właśnie przez Cieśninę Ormuz. Gdy ceny Brent utrzymują się powyżej 100 dolarów za baryłkę (w środę 26 marca oscylowały wokół 103 USD), a WTI kosztuje ponad 91 dolarów, japońscy importerzy muszą kupować coraz więcej dolarów, by opłacić rachunki za surowiec. To naturalnie pogłębia presję na osłabienie jena.

Niekonwencjonalny pomysł

W tej sytuacji w japońskim rządzie narodził się pomysł, który jeszcze kilka miesięcy temu brzmiałby jak scenariusz z politycznej fikcji. Jak podały agencje Reuters i Bloomberg, Ministerstwo Finansów sonduje uczestników rynku w sprawie możliwej interwencji na rynku kontraktów terminowych na ropę naftową. Mechanizm miałby wyglądać następująco: Japonia, korzystając ze swoich rezerw walutowych (na koniec lutego 2026 roku wynoszących rekordowe 1,41 biliona dolarów, głównie ulokowanych w amerykańskich obligacjach skarbowych), otwierałaby krótkie pozycje na kontraktach futures na ropę – czyli stawiałaby na spadek jej cen. Celem nie byłoby zarabianie na spekulacji surowcowej, ale zbicie cen ropy, co przełożyłoby się na mniejszy popyt na dolary ze strony japońskich importerów, a w efekcie – zmniejszenie presji na osłabienie jena.

Japońskie prawo dopuszcza wykorzystanie rezerw walutowych do zajmowania pozycji na rynkach terminowych, o ile celem takiego działania jest stabilizacja kursu rodzimej waluty. To istotna furtka prawna, bez której cała koncepcja nie mogłaby w ogóle powstać.

Minister finansów zmienia retorykę

Zmiana tonu ze strony japońskiego rządu jest widoczna gołym okiem. Minister finansów Satsuki Katayama, która do niedawna w swoich komentarzach koncentrowała się na jedynie ostrzeganiu przed spekulacją na rynku forex, we wtorek 25 marca wyraźnie przesunęła uwagę na rynek surowcowy. Wskazała, iż ruchy spekulacyjne na rynku kontraktów futures na ropę naftową mają bezpośredni wpływ na rynek walutowy. Zapowiedziała, iż japoński rząd jest zdeterminowany, by podjąć „kompleksowe działania w każdym czasie i na wszystkich frontach” w celu zapewnienia stabilności gospodarczej. To język daleko wykraczający poza standardowe „uważnie obserwujemy rynek”, do którego przyzwyczaili się inwestorzy.

Sceptycy mają swoje racje

Pomysł budzi jednak poważne wątpliwości wśród analityków. Przede wszystkim skala globalnego rynku ropy jest ogromna – dzienne obroty kontraktami futures na Brent i WTI liczone są w setkach miliardów dolarów. Nawet dysponując rezerwami rzędu 1,4 biliona dolarów, Japonia działająca w pojedynkę mogłaby co najwyżej wywołać krótkotrwałą korektę, a nie trwałe odwrócenie trendu cenowego. Aby efekt interwencji był w ogóle zauważalny, Tokio musiałoby zaangażować kwoty rzędu 10–20 miliardów dolarów – podobne do tych, jakie Japonia wydawała na pojedyncze rundy bezpośredniej interwencji walutowej w 2024 roku (łącznie około 62 miliardów dolarów w okresie od końca kwietnia do końca lipca tamtego roku).

Istnieje też oczywiste ryzyko: gdyby ceny ropy dalej rosły – co przy trwającym konflikcie zbrojnym jest scenariuszem jak najbardziej realnym – krótkie pozycje przyniosłyby Japonii dotkliwe straty finansowe.

Co więcej, fundamentalnym problemem jest fizyczny niedobór ropy na rynku, a nie wyłącznie spekulacja. Jak zauważają eksperci, nie da się dzięki inżynierii finansowej zastąpić realnych baryłek surowca. Aby interwencja mogła odnieść trwalszy skutek, musiałaby być zsynchronizowana z faktycznym zwiększeniem podaży ropy – a to wymaga koordynacji międzynarodowej, przede wszystkim z Międzynarodową Agencją Energetyczną (IEA) i Stanami Zjednoczonymi.

Kupowanie czasu

Jest jednak perspektywa, z której pomysł Tokio nabiera sensu – choćby jeżeli nie jest to rozwiązanie systemowe. Interwencja na rynku ropy mogłaby być traktowana jako narzędzie kupowania czasu. jeżeli japońskiemu rządowi uda się choćby na kilka tygodni zahamować impet wzrostu cen surowca (lub przynajmniej zwiększyć niepewność spekulantów grających na zwyżkę), to da Bankowi Japonii przestrzeń do działania w zakresie polityki stóp procentowych. BOJ na posiedzeniu 19 marca utrzymał główną stopę na poziomie 0,75 proc. – najwyższym od września 1995 roku – ale wyraźnie dał do zrozumienia, iż eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie może napędzić inflację i skomplikować perspektywy gospodarcze. Kolejne posiedzenie zaplanowane jest na 27 kwietnia.

Warto dodać, iż Stany Zjednoczone – najważniejszy sojusznik Japonii – same rozważały na początku marca możliwość podjęcia działań na rynku kontraktów futures na ropę, choć ostatecznie nie podjęto wówczas wiążącej decyzji.

Co to oznacza dla rynków

Sama debata o interwencji na rynku ropy mówi wiele o sytuacji, w jakiej znalazła się trzecia gospodarka świata. Japonia stoi w obliczu kumulacji niekorzystnych czynników: rekordowo wysokiej zależności od bliskowschodniej ropy, konfliktu zbrojnego zagrażającego kluczowemu szlakowi transportowemu, ograniczonej skuteczności klasycznych interwencji walutowych i wciąż znaczącej różnicy stóp procentowych wobec USA. Niekonwencjonalny pomysł z rynkiem futures na ropę jest w gruncie rzeczy przyznaniem, iż standardowy arsenał narzędzi polityki gospodarczej nie wystarcza.

Dla globalnych inwestorów jest to sygnał ostrzegawczy: gdy trzecia gospodarka świata zaczyna szukać rozwiązań na rynku surowcowym zamiast walutowym, oznacza to, iż powiązania między wojną, ropą a kursami walut stały się tak silne, iż tradycyjne podziały między polityką monetarną, fiskalną i energetyczną po prostu przestają obowiązywać.

Źródła: Reuters, Bloomberg

Idź do oryginalnego materiału