Jen pod ścianą, inflacja rośnie, a Bank Japonii czeka na cud. Co dzieje się w trzeciej gospodarce świata

5 godzin temu

Japońska waluta traci piątą sesję z rzędu i zbliża się do poziomu, przy którym władze ostatni raz interweniowały na rynku. Tymczasem opublikowane w piątek rano dane o inflacji pokazują, iż presja cenowa wraca – i to szybciej, niż wielu się spodziewało. W tle widmo wojny o Cieśninę Ormuz, która komplikuje wszystko.

Kurs USD/JPY zbliżył się w piątkowy poranek do 159,77. To piąta z rzędu sesja osłabienia japońskiej waluty i jednocześnie okolice, które dwa lata temu – w kwietniu 2024 roku – skłoniły Ministerstwo Finansów do bezpośredniej interwencji walutowej. Rynek pamięta tę lekcję i uważnie wsłuchuje się w każde słowo z Tokio.

A słowa padają coraz ostrzejsze. Minister finansów Satsuki Katayama w piątek rano powtórzyła, iż władze są gotowe do „zdecydowanych działań” wobec spekulacyjnych ruchów na rynku walutowym. Dzień wcześniej posunęła się jeszcze dalej, wprost stwierdzając, iż Japonia ma „wolne ręce” w kwestii interwencji i iż wcześniejsze działania tego typu „przyniosły efekty”. To klasyczna eskalacja retoryczna – od ogólnych deklaracji, przez coraz konkretniejsze groźby, aż po faktyczne wejście na rynek. Na razie jesteśmy mniej więcej w połowie tej drabiny.

Analitycy oceniają, iż w takim klimacie trudno oczekiwać, by jen gwałtownie przebił barierę 160. Do realnej interwencji potrzebne byłoby przebicie szczytu z 2024 roku, czyli poziomu 161,95. Do tego czasu Tokio będzie najprawdopodobniej ograniczać się do ostrzeżeń słownych.

Tyle iż fundamenty grają przeciwko jenowi. Dolar umacnia się jako bezpieczna przystań w obliczu impasu w rozmowach amerykańsko-irańskich. Cieśnina Ormuz – szlak, którym w normalnych warunkach przepływa piąta część światowego handlu ropą – jest praktycznie zablokowana. W środę przeszło przez nią zaledwie osiem statków handlowych, wobec ponad 120 dziennie sprzed wybuchu konfliktu. Ropa Brent w piątek rano przekroczyła 106 dolarów za baryłkę, WTI zbliża się do 97 dolarów. Dla Japonii, która importuje niemal całą potrzebną ropę naftową, to scenariusz z gatunku tych najgorszych – drożejący surowiec pomnożony przez słabnącą walutę.

Inflacja wraca, ale rząd kupuje sobie czas za miliardowe subsydia

Piątkowe dane z japońskiego urzędu statystycznego potwierdzają to, czego rynek się obawiał: inflacja przyspiesza. Bazowy wskaźnik CPI (z wyłączeniem świeżej żywności) wzrósł w marcu o 1,8 proc. rok do roku. To pierwszy wzrost od pięciu miesięcy i odbicie z poziomu 1,6 proc. w lutym. Inflacja ogółem skoczyła do 1,5 proc. z 1,3 proc.

Oba odczyty wciąż plasują się poniżej dwuprocentowego celu Banku Japonii. Ale to w dużej mierze zasługa interwencji rządu, a nie organicznego hamowania cen. Premier Sanae Takaichi wprowadziła w marcu system subsydiów paliwowych, który sztucznie ogranicza cenę benzyny na stacjach do 170 jenów za litr. Koszt tego mechanizmu jest potężny – minister Katayama szacuje go na około 300 miliardów jenów miesięcznie. Bez tych dopłat obraz inflacyjny wyglądałby zupełnie inaczej.

Jest jeszcze jedno interesujące zjawisko: tak zwany wskaźnik „core-core” (z wyłączeniem zarówno żywności, jak i energii), który bank centralny traktuje jako miernik popytu w gospodarce, lekko spadł – do 2,4 proc. z 2,5 proc. w lutym. Na pierwszy rzut oka to uspokajające. Tyle iż osobny raport, również opublikowany w piątek, pokazuje gwałtowny wzrost cen usług między firmami – o 3,1 proc. rok do roku. Koszty frachtu morskiego podskoczyły aż o 42 proc., co jest bezpośrednim efektem zamknięcia Cieśniny Ormuz. Te koszty – z naturalnym opóźnieniem – przeniosą się na półki sklepowe.

Analitycy stawiają sprawę wprost: jeżeli ceny ropy utrzymają się na obecnych poziomach, a rząd nie rozszerzy programów osłonowych, inflacja bazowa może dobić do 3 proc. przed końcem roku fiskalnego 2026. Byłby to poziom, którego Bank Japonii nie może zignorować.

Bank Japonii staje przed dylematem rodem z podręcznika

We wtorek i środę (27-28 kwietnia) zbierze się rada decyzyjna Banku Japonii i wszyscy są niemal pewni jednego: stopy procentowe nie ruszą się z poziomu 0,75 proc. Ale to wcale nie oznacza, iż posiedzenie będzie nieistotne. Wręcz przeciwnie – może okazać się jednym z najważniejszych w tym roku.

Kluczowe będą dwie rzeczy: nowy raport prognostyczny oraz ton konferencji prasowej gubernatora Kazuo Uedy. Według źródeł Reutersa zbliżonych do BOJ, bank zamierza obciąć prognozę wzrostu PKB na rok fiskalny 2026, a jednocześnie wyraźnie podnieść projekcję inflacji. W styczniowych szacunkach BOJ zakładał wzrost na poziomie 1,0 proc. i inflację bazową 1,9 proc. Teraz oba te parametry będą korygowane – pierwszy w dół, drugi w górę. To klasyczny obraz stagflacyjnego ryzyka, choć nikt w Tokio nie używa jeszcze tego słowa głośno.

Jednocześnie – i tu robi się naprawdę ciekawie – BOJ ma zaakcentować gotowość do podnoszenia stóp w kolejnych miesiącach. Możliwa jest choćby zmiana oficjalnego sformułowania polityki monetarnej, które dotychczas mówiło o podwyżkach „zgodnie z poprawą sytuacji gospodarczej i cenowej”. Nowy język miałby dać bankowi centralnemu większą elastyczność, w tym możliwość reagowania na szoki podażowe, a nie tylko popytowe.

BOJ stoi w miejscu, ale mówi jastrzębim głosem – z myślą o podwyżce w czerwcu lub lipcu. Niemal dwie trzecie ekonomistów ankietowanych przez Reutersa spodziewa się stopy na poziomie 1,0 proc. do końca czerwca.

Rynkowa układanka, która nie chce się złożyć

Sytuacja Japonii to w tej chwili jeden z najciekawszych – i najtrudniejszych – przypadków w globalnych finansach. Z jednej strony inflacja wraca i przybiera coraz trudniejsze do ignorowania formy. Firmy zaczynają przerzucać wyższe koszty energii i frachtu na klientów, oczekiwania inflacyjne gospodarstw domowych utrzymują się na podwyższonym poziomie (ponad 83 proc. Japończyków spodziewa się wzrostu cen w ciągu najbliższego roku), a rynek pracy pozostaje napięty.

Z drugiej strony – gospodarka jest krucha. Japonia ledwo uniknęła technicznej recesji pod koniec 2025 roku (wzrost 0,3 proc. kwartał do kwartału w IV kwartale), a szok energetyczny wywołany zamknięciem Cieśniny Ormuz uderza w nią mocniej niż w większość rozwiniętych krajów. Import energii w słabnącym jenie to prosta droga do pogorszenia terms of trade i dalszego obciążenia konsumentów.

Bank Japonii jest więc zaklinowany między młotem inflacji a kowadłem recesyjnego ryzyka. Podwyższanie stóp w takim otoczeniu może zdusić i tak rachityczny wzrost. Nierobienie niczego grozi natomiast wymknięciem się inflacji spod kontroli i dalszym osłabieniem jena, co nakręca spiralę importowanej drożyzny.

Nawet jeżeli krajowa presja cenowa pozostanie wysoka, BOJ może nie być w stanie podnosić stóp – bo przedłużająca się blokada Ormuz może poważnie zaszkodzić azjatyckim gospodarkom wschodzącym, a to z kolei rykoszetem uderzy w japoński eksport.

Na rynku walutowym rozstrzygnie się to w ciągu najbliższych dni. Posiedzenie BOJ, ewentualna eskalacja w Zatoce Perskiej i to, czy jen przebije magiczną barierę 160 – te trzy zmienne będą definiować nastroje inwestorów w przyszłym tygodniu. Na tokijskiej giełdzie tymczasem Nikkei 225 zyskiwał w piątek rano około 0,6 proc. – po tym, jak dzień wcześniej indeks po raz pierwszy w historii przekroczył 60 000 punktów, by finalnie zamknąć się prawie procent niżej na fali realizacji zysków. Rentowność dziesięcioletnich obligacji skarbowych Japonii wzrosła o 2 punkty bazowe, do 2,447 proc.

Spokojnie nie jest. I raczej spokojniej nie będzie.

Źródła: Reuters, CNBC, Japan Times

Idź do oryginalnego materiału