Na rynkach finansowych w mijającym tygodniu niepodzielnie królował tryb „risk-off”. Początkowo obserwowaliśmy wyraźną korektę na metalach szlachetnych, wokół których narastały spekulacje o bańce cenowej. Negatywne nastroje gwałtownie przelały się na rynek akcji, a ostatecznie uderzyły w kryptowaluty. To właśnie załamanie w sektorze aktywów cyfrowych może stać się katalizatorem głębszego przesilenia globalnego. W takim otoczeniu do łask powrócił dolar amerykański – kapitał wyraźnie reallokuje się w stronę gotówki oraz najbardziej płynnych obligacji skarbowych USA, co oznacza powrót narracji „cash is king”.
Choć rynek kryptowalut, dzięki upowszechnieniu instrumentów finansowych, stał się w dużej mierze pochodną szerokiego rynku, wciąż postrzegany jest jako aktywo ultra-ryzykowne. Bitcoin potrafi zaliczyć gwałtowny odwrót o 50% od historycznych szczytów z 2025 roku, co staje się egzystencjalnym zagrożeniem dla całego ekosystemu. Pod presją znalazły się nie tylko spółki typu MicroStrategy (które mimo działalności w sektorze Business Intelligence są postrzegane głównie jako wehikuły inwestycyjne BTC), ale również fundusze ETF i podmioty typu Treasury. Masowe odpływy kapitału wymuszają zamykanie pozycji również na rynkach akcji i surowców.
Szczególnie boleśnie odczuły to rozgrzane metale – cena srebra osunęła się poniżej 70 USD za uncję, choć jeszcze w ubiegłym tygodniu testowała poziom 120 USD. Drastyczny spadek premii w Chinach sugeruje, iż spekulacyjna bańka mogła już pęknąć, ustępując miejsca bardziej realnym wycenom.
Inwestorzy redukują ekspozycję
Obecne zawirowania potwierdzają, iż w chwilach niepewności priorytetem pozostaje płynność. Podwyższenie depozytów zabezpieczających na giełdzie CME dla kontraktów na złoto i srebro oraz napięcia geopolityczne skłaniają inwestorów do redukcji ekspozycji. Dla wielu funduszy naturalnym odruchem jest zwiększenie udziału gotówki i bonów skarbowych (T-bills), co technicznie napędza popyt na dolara jako globalną walutę rozliczeniową. W tym kontekście „cash is king” odnosi się nie tylko do fizycznego pieniądza, ale do płynnych instrumentów dolarowych o najniższym ryzyku kredytowym.
Niezwykle ciekawym aspektem obecnej fazy jest fakt, iż dolar umacnia się przy jednoczesnym spadku rentowności obligacji. Indeks dolara (DXY) odbił od wieloletnich minimów i ponownie oscyluje w górnych granicach poziomu 90 pkt. To typowy układ dla gwałtownego „risk-off”: świat kupuje amerykański dług nie ze względu na atrakcyjne stopy procentowe, ale ze względu na głębokość i bezpieczeństwo tamtejszego rynku. W efekcie krzywa dochodowości opada (ceny obligacji rosną), a dolar zyskuje status ostatecznej bezpiecznej przystani (safe haven). Popyt na amerykańską walutę wynika dziś zatem bardziej z lęku przed ryzykiem niż z dyferencjału stóp procentowych.
Co ciekawe, cały czas bardzo solidnie na rynku wygląda polski złoty, choć USD/PLN znajduje się już bliżej 3,60 niż 3,50. Chwilę przed godziną 10:00 za dolara płaciliśmy dokładnie 3,5759 zł, za euro 4,2165 zł, za funta 4,8508 zł, za franka 4,5927 zł.
Źródło: Michał Stajniak, CFA, XTB

2 godzin temu







