Klasa średnia. Opowieść o genezie finansowej.

oszczednymilioner.pl 3 tygodni temu

Klasa średnia przedstawiana jest w wielu mediach jako ideał. Umiarkowana, skrupulatna, łatwo przystosowująca się do zmian. Ma jednak skłonność dokonywania wyborów ekonomicznych, nacechowanych wadami dwójki własnych protoplastów: szlachty i chłopstwa. Tylko niewielka część postępuje zgodnie z ideami dawnego, klasycznego mieszczaństwa. A szkoda.

Zastaw się a postaw się. Klasyka polskiej szlachty. Hulaj dusza, piekła nie ma. Dopóki można pożyczyć, jest życie. Wielkie wydarzenia trzeba celebrować z rozmachem itp. ,itd. Co oznaczają te powiedzenia w praktyce? Wieczne życie na kredyt, wydawanie na luzie potężnych sum, a w konsekwencji całkowity brak oszczędności. Jako prenumerator Newsweeka, czytam je stale: specjalista w korporacji wszystko wydaje na podróże i imprezy. Posiada znikomą poduszkę finansową, za to spore długi. 40-latek wynajmujący mieszkanie, bo na swoje nigdy nie potrafił uskładać. Strach przed wzrostem czynszów i rat. Każda z tych bolączek pozostaje w bezpośrednim związku przyczynowo-skutkowym z wyborami:

  • wynajem zamiast zakupu,
  • nowe auto w leasingu – zamiast starszego za gotówkę,
  • wakacje, meble, komputery – na kredyt,
  • drogie ubrania, buty, torebki – zamiast oszczędności,
  • wybielanie części intymnych – zamiast zalążek funduszu na studia dziecka w innym mieście.

I każda wiąże się ze staropolską, szlachecką ideą – zastaw się a postaw się czyli życia na pokaz. Za pożyczone, rzecz jasna.

Obrzydzenie do pieniądza. Tutaj także wychodzi szlachecka tradycja. O pieniądzach nie rozmawia się. Od pieniędzy są Żydzi i łyki (mieszczanie). Wystarczy klasyka literatury szlacheckiej – Trylogia. Ile tam sensownych fraz o finansach? Praktycznie ich nie ma. choćby w „Nad Niemnem”, opowieści w sumie o miłości i pieniądzu (podziałach , jakie tworzą, stylu życia, walce o utrzymaniu majątku), poza wiecznym brakiem kasy u Benedykta Korczyńskiego i niezrozumieniem tego faktu przez jego żonę Emilię, temat pieniężny wprost nie występuje. Kompletne milczenie. Szlachcic oficjalnie brzydził się pieniądzem.

Kasa jako wskaźnik pozycji społecznej. Przetrwała najsilniej, zarówno w tradycji chłopskiej jak i szlacheckiej. Poważanie chłopa w gromadzie mierzyło się w ilości ziemi, którą posiadał. Im więcej, tym ważniejszy i uważniej słuchany. Podobnie w tzw. elicie – Szczęsny Potocki mógł być intelektualnym i moralnym zerem, zdrajcą i „miękiszonem” ale choćby po śmierci Gertrudy Komorowskiej (narzeczonej zabitej z rozkazu rodziców Szczęsnego), cieszył się powodzeniem na rynku matrymonialnym. Arystokracja uważała się za lepszą, bo więcej posiadała. Wartość człowieka mierzyła liczbą poddanych (do końca pańszczyzny) i hektarów/mórg/dziesięcin (po uwolnieniu chłopów).

Analfabetyzm ekonomiczny. Ponownie – chłopsko-szlachecki. Chłop ledwie umiał liczyć, a arystokrata czy szlachcic średni zostawiał niejednokrotnie finanse pracownikom. Sam brał się za rachunki – z konieczności (wspomniany Benedykt Korczyński). Stąd gigantyczne problemy opisywane przez Jana Słomkę, rozrost klasy żydowskich kupców, sprzedawanie „na pniu”, karczowane za bezcen lasy. A dzisiaj? Kredyty, leasingi, wynajmy, wynikają z niezrozumienia idei. Całkiem niedawno prowadziłem negocjacje dotyczące rozwiązania problemów finansowych rozstającej się pary trzydziestolatków. Mąż nie wiedział, ile zarabia żona, nie kupował paliwa do samochodu „bo to jej firmowy”, a ona zapytana „Ile potrzebuje na życie z dziećmi?” absolutnie nie potrafiła udzielić odpowiedzi. Co więcej, oboje absolutnie nie planowali finansów. Nie rozumieli potrzeby posiadania funduszu awaryjnego.

Zero organizacji. W sumie nie chce się wierzyć, ale do końca XIX w. każdy chłop/szlachcic działał w interesach sam przeciw wszystkim. Szczytem współdziałania była rodzina („My z synowcem na przedzie…”). Skutki widzimy do dzisiaj. W korpo prawie nie ma związków zawodowych. Rolnik sprzedaje pośrednikowi i potem płacze, widząc swoje jabłka w sklepie w cenie x 10. Podobnie z tzw. żywcem. Brat mojego kumpla hoduje byki, które odbiera wprost z obory handlarz. Płaci z łaską 14 zł/kg. Cena wołowiny w sklepie – 100 zł (najgorsze mielone 40 zł/kg w markecie). Organizacja, choćby drobna spółdzielczość zmieniłaby obraz gry. Ale jej nie ma.

Te opowieści, wydaje się, iż historyczne determinują dzisiejszy styl postępowania z finansami klasy średniej i przez cały czas stanowią element „mentalu” w wielu szacownych zawodach.

Idź do oryginalnego materiału