Porażka Republikanów w wyborach do Kongresu nie była największą klęską urzędującego prezydenta, ale rzadko kiedy w wyborach parlamentarnych prezydent był stawką. Czy wtorkowe wybory przekreślają szanse Republikanów w wyborach za dwa lata? Niekoniecznie. Czy Trump odejdzie w niesławie? Prawdopodobnie, ale rebelia, która wyniosła go do władzy zostanie. Co najwyżej przyspieszy rozpad liberalnego porządku, skazuje świat na lata jeszcze brutalniejszych i bardziej nieprzewidywalnych wstrząsów.
Nie jesteśmy dziś w stanie stwierdzić, czy napięcia osiągną punkt kulminacyjny i – jak przewidywał Peter Turchin – doprowadzą do konfliktu, który można byłoby określić mianem wojny domowej. Pewne jest tylko to, iż ostatnie wybory nie rozwiązują żadnego z problemów, które wyniosły Trumpa do władzy.
W myśleniu o trumpizmie tkwi pokusa, by historię ostatnich kilkunastu lat sprowadzić do wtargnięcia niewłaściwego człowieka do adekwatnie urządzonego świata. W tej interpretacji wystarczyłoby usunąć sprawcę zamieszania, przywrócić powagę instytucjom i powierzyć zarządzanie odpowiednim ludziom. Ta opowieść daje poczucie moralnej jasności i nadzieję na stosunkowo łatwe rozwiązanie skomplikowanej rzeczywistości. Problemem pozostaje chronologia. Rozpad więzi społecznych, utrata zaufania do liberalnych instytucji i ich elit, poprzedzały zwycięstwo Trumpa. To one stworzyły warunki dla rządów MAGA, a nie odwrotnie.
Pytanie o koniec trumpizmu to pytanie, co adekwatnie miałoby teraz nastąpić? Czy możliwy jest powrót do świata sprzed kryzysu finansowego, teraz kiedy dług zachodnich państw rośnie szybciej niż ich gospodarki? Do globalizacji, która miała zliberalizować Chiny i zdemokratyzować Rosję? Czy położy kres deindustrializacji zachodnich potęg gospodarczych? Czy koniec Trumpizmu na powrót przekona Amerykanów do polityki otwartych granic, ideologii woke i wyrzeczeń klimatycznych? To, co Demokraci na pewno mogą i pewnie zrobią w Ameryce, tak jak zrobiła to liberalna koalicja w Polsce, to na nowo obsadzą urzędy i media przedstawicielami dawnego establishmentu. Ale nie łudźmy się, restauracja liberalnego porządku, z jego kluczowymi atrybutami polityki społecznej, ekonomicznej i zagranicznej wymagałaby czegoś, czego nikt już nie jest w stanie zapewnić.
W Rozpadzie opisywałem różnicę między kryzysem a procesem, w którym stare elity tracą zdolności adaptacyjne i zrozumienie wyzwań, jakie kreują przemiany społeczno-technologiczne. Każdy kryzys można przezwyciężyć, pod warunkiem iż państwo wciąż dysponuje funkcjonalnymi instytucjami. Rozpad to stan, w którym instytucje bezpowrotnie utraciły dawną sprawczość. Istnieją, ale tracą zdolność do organizowania życia w ramach wspólnoty. Parlament uchwala ustawy, administracja ogłasza decyzje, sąd najwyższy wydaje postanowienia, eksperci przygotowują strategie, ale obywatele tracą nadzieję, iż wszystkie te działania składają się na poprawę ich życia. Wiele zjawisk, które obserwujemy dziś w Stanach Zjednoczonych, zwykle z opóźnieniem, ale dotykają też kraje europejskie.
Niesprawne państwo może trwać latami, korzystając z nagromadzonego zaufania. Siła przyzwyczajenia jest tu potężna. Partie polityczne dalej mogą wymieniać się władzą. Każda odwołując się do liberalnych wartości, rozpoznawalnych z nazwy, ale nie treści, które głoszą. Tym, co spaja twarde lektoraty, jest już tylko nienawiść do przeciwnej formacji. Wszyscy mówią o demokracji, ale nikt nie stosuje się do istoty jej znaczenia.
Amerykański politolog David Easton odróżniał lojalność partyjną od przywiązania do systemu politycznego. System, czyli demokracja w jej głębokim rozumieniu, gdzie przegrane wybory nie oznaczają utraty zaufania do państwa. Można nie zgadzać się z konkretnymi decyzjami rządu, nie tracąc nadziei na zmianę w przyszłości. Można być po przeciwnej stronie ideologicznego sporu, ale żyć z przekonaniem, iż system mimo wszystko dalej uwzględnia nasze przekonania i prawa. Rozpad ustrojowy to coś więcej niż przegrana naszej partii. To chwila, gdy tracimy wiarę, iż mamy jakikolwiek wpływ na losy kraju, niezależnie od tego, kto nim rządzi.

Po II wojnie światowej kraje zachodnie budowały swoją stabilność ze świadomością ludzkich i politycznych ograniczeń. Doświadczenie wojny, dyktatur i wielkiego kryzysu przypominało, iż rynek potrzebuje niezależnych instytucji, wolność wymaga bezpieczeństwa, a demokracja musi zapewniać szerokim warstwom społecznym udział w dobrobycie. Socjaldemokraci, chadecy i liberałowie różnili się w ocenie adekwatnych proporcji między państwem a gospodarką, ale wszyscy wierzyli, iż prywatna przedsiębiorczość musi iść pod rękę z odpowiedzialnością publiczną, a granicą politycznej rywalizacji jest dobro i bezpieczeństwo narodowej wspólnoty.
Po 1989 roku ostrożność ustąpiła przekonaniu o historycznej nieuchronności liberalnego modelu. Upadek komunizmu odczytano jako ostateczny dowód na to, iż liberalna demokracja jest jedyną formą organizacji życia zbiorowego, gwarantującą postęp. „Koniec historii” oznaczał, iż wszystko, co nam pozostawało, to globalizować rynek, otwierać granice i wzmacniać instytucje stojące na straży demokracji. Konflikty między globalnymi a lokalnymi interesami tłumaczono technikaliami, a sprzeciw wobec liberalnych przemian zacofaniem, niedostosowaniem albo dezinformacją.
Liberalny porządek miał swoje niekwestionowane osiągnięcia. Rozszerzył obszar indywidualnej wolności, zdemokratyzował większość świata, ograniczył ubóstwo, otworzył się na przepływ kapitału i talentu. Wierzono, iż rosnące w siłę globalne korporacje, sprawiedliwie „rozsmarują” swoje bogactwo sprawiedliwie po wszystkich warstwach społecznych. Nowe technologie stworzą nowe miejsca pracy dla rozbitków deindustrializacji. W miarę jak rosły nierówności społeczne, a magiczne przebudzenie gospodarcze nie nadchodziło, elitom pozostawało napominanie sfrustrowane masy, iż alternatywa będzie jeszcze gorsza.
Po wybuchu kryzysu finansowego w 2008 roku, państwo wykazało się nadzwyczajną zdolnością do mobilizacji. Rząd Baraka Obamy odwołującego się do sprawiedliwości społecznej znalazł setki miliardów dolarów na ratowanie instytucji finansowych, zostawiając jednocześnie miliony pracowników, małych firm i właścicieli zadłużonych domów, bez jakiegokolwiek wsparcia. To był pierwszy tak dotkliwy przypadek załamania się liberalnej umowy społecznej w Ameryce.
W reakcji na rosnące poczucie marginalizacji, strach przed kolejnymi falami kryzysu, rosnące zagrożenie ze strony migracji i egzystencjalną niepewność w coraz mocniej zadłużonych Stanach, poparcie zdobywali politycy, którzy obiecywali przywrócić obywatelom wpływ na los własnego kraju. Przez firmament amerykańskiej polityki przemknęła Tea Party. Ponad partyjny bunt wobec niesprawiedliwości głuchego na społeczne oczekiwania państwa. Partia zniknęła jak meteor na niebie, ale resentymenty zostały. Tak jak w Europie, w Ameryce wyborcy zwracali się w stronę polityków odwołujących się do narodu, do wyższości indywidualnych trosk nad ideologią tolerancji, globalizacji i inkluzywności. To wyjaśnia część siły narodowego populizmu. Nie oznacza jednak, iż jego przywódcy potrafią spełnić rozbudzone oczekiwania społeczne. Powoływanie się na wolę narodu w kampanii to jedno, a sprawowanie władzy tak, żeby obywatele rzeczywiście mieli na nią wpływ, to zupełnie co innego.
Trump skutecznie pokierował rebelią i nadał jej formę polityczną. Połączył poczucie krzywdy z obietnicą odzyskania wielkości, a nieufność wobec instytucji z przekonaniem, iż silny przywódca zdoła przełamać ich opór. Jego prowokacje i naruszanie obyczajów, wielu wyborców odczytywało jako dowód niezależności od środowisk, którym dawno przestali ufać. To, co cały liberalny świat uważał za objaw szaleństwa i niezdolność do sprawowania urzędu, dla zwolenników bywało świadectwem, iż skutecznie burzy dotychczasowy porządek.
Można rozumieć, dlaczego wyborcy poparli Trumpa, ale w końcowym rachunku oczekiwali od niego czegoś więcej niż upokorzenia elit, wojen celnych, awantur z przywódcami wolnego świata czy budowy sali balowej na podobieństwo swojego narcystycznego ego. Miarą jego rządów oprócz bezpiecznych granic, miał być powrót miejsc pracy w przemyśle i poprawa warunków życia, dostęp do tanich mieszkań.
Energia potrzebna do zakwestionowania autorytetu elit nie jest tożsama z kompetencją konieczną do rządzenia. Administracja wymaga wiedzy, ciągłości i ludzi zdolnych realizowania celów politycznych, a nie tylko kaprysów przywódcy. Polityka przemysłowa wymaga inwestycji rozłożonych na lata. Odbudowa zaufania wymaga reguł, które obowiązują także zwycięzców. Ruch skupiony na osobistej lojalności wobec lidera może zdobyć władzę, ale równie dobrze może podważyć zdolność państwa do realizacji obietnic wyborczych.
Rozpoznanie strukturalnych źródeł trumpizmu nie zwalnia z odpowiedzialności samego Trumpa. Przywódca może zarówno wykorzystać istniejący kryzys, jak i go pogłębić. Bunt przeciw uprzywilejowanym elitom łatwo może zastąpić przywilejami dla nowych elit. Może niszczyć zaufanie, które obiecał odbudować, wzmacniać arbitralność władzy i pozostawić po sobie instytucje niezdolne do działania.

Przegrana partii MAGA w wyborach do Kongresu jest nade wszystko osądem rządów Trumpa, choć jeszcze nie stanowi o klęsce samego ruchu ani tym bardziej nie daje gwarancji, iż dawny liberalny porządek wróci do łask. Próbę takiego powrotu już obserwowaliśmy. Trump przegrał wybory w 2020 roku, ale w 2024 roku odzyskał władzę. Sama zmiana w Białym Domu nie była odpowiedzią na frustracje i resentymenty społeczne, które pierwotnie wyniosły Trumpa do władzy. Co więcej, administracja Joe Bidena zachowała krytyczne elementy polityki prezydenta Trumpa. Kontynuowała sankcje nałożone na Chiny, ustanawiała nowe formy protekcjonizmu w handlu zagranicznym, redukowała amerykańskie zaangażowanie na świecie. Antyglobalistyczne i populistyczne nastroje były bowiem realnym zjawiskiem społecznym, czymś, czym każdy prezydent musiał zarządzać i je adresować. Można to oczywiście robić lepiej albo gorzej, ale nie sposób ich zlekceważyć. Można próbować odwrócić od nich uwagę, nakręcając spiralę „woke”, wojen rasowych czy klasowych, ale gniew pozostaje gniewem.
Historia oferuje całe mnóstwo przykładów, gdzie upadek przywódcy nie zatrzymywał ruchu społecznego, który on rozpoczął. Po klęsce Napoleona Burbonowie na powrót przejęli rządy, ale nie odtworzyli i choćby nie próbowali odtworzyć Francji sprzed rewolucji. Karta konstytucyjna z 1814 roku zachowywała istotne elementy post rewolucyjnego porządku, między innymi równość wobec prawa i ochronę własności nabytej w okresie rewolucyjnym. Powrót dynastii musiał uwzględnić zmiany społeczne epoki cesarskiej, niezależnie od tego, jak postponowana była postać samego Napoleona. Łatwiej obalić symbol zmiany niż wyjść z rzeczywistości, którą ta zmiana stworzyła.
Z Trumpem może być podobnie. Porażka nie przywróci Ameryki sprzed jego prezydentury, bo niezadowolenie, które go wyniosło, nie zniknie po wyborach. Gniew poszuka ujścia gdzie indziej. Spektakularna wygrana Demokratów to wiatr w skrzydła skrajnej lewicy, Demokratycznych Socjalistów Ameryki, nowej siły politycznej, może wciąż nieznaczącej, ale niezwykle ekspansywnej i łączącej najbardziej sfrustrowane elektoraty. Wykształconej młodzieży oszukanej obietnicami awansu społecznego, migrantami czującymi się obywatelami drugiej kategorii, często choćby w drugim pokoleniu, rosnącej rzeszy muzułmanów dążących do przeobrażenia Ameryki w kraj na miarę swoich religijnych ambicji i wreszcie rosnącej grupy lewicowych ideologów, przekonanych, iż po stu latach prób nadszedł wreszcie czas amerykańskiego postkomunizmu.
W książce wskazywałem na znaczenie Zohrana Mamdaniego i całej socjalistycznej awangardy partii Demokratycznej jako sygnału przemian zachodzących po lewej stronie amerykańskiej polityki. Środowisk na swój sposób usiłujących zagospodarować gniew wszystkich osieroconych przez Trumpa. W ramach obietnicy dostępu do służby zdrowia, tanich mieszkań, godnej pracy, wychodzą z programem antykapitalistycznej krucjaty wobec wielkich spółek technologicznych, wysokich podatków dla bogatych, nacjonalizacji służby zdrowia, przejmowania infrastruktury wielkich platform cyfrowych, likwidacji centrów danych, tworzenie państwowych czy stanowych sklepów z tanią żywnością, likwidacji senatu i zastąpienie policji lokalnymi milicjami. Droga do spełnienia tych z kolei obietnic może być równie kręta i utopijna jak droga MAGA mająca przywrócić świetność Ameryce. Utopia sama w sobie nie jest straszna, bo jak sama nazwa wskazuje, nie da się jej zrealizować, groźna jest natomiast droga do utopii. Uporczywe i brutalne próby zaprowadzenia nowego porządku i eskalowanie działań przeciwko wszystkim, którzy wątpią w nowy idealny świat.
Lewicowa ofensywa nie wyklucza dalszej ewolucji trumpizmu. Nazwa bywa myląca, bo sugeruje istnienie jednej doktryny. Bunt przybiera różne nazwy, wyrasta z odmiennych doświadczeń narodowych i może proponować sprzeczne rozwiązania gospodarcze. Łączy je konflikt z dotychczasowym establishmentem, sposób mobilizowania wyborców i obietnica wywrócenia stołu, zerwania z dotychczasowym sposobem sprawowania władzy i porządkiem społeczno-ekonomicznym. Javier Milei przedstawia swój projekt jako obronę radykalnej wolności gospodarczej, co wyraźnie odróżnia go od protekcjonistycznych elementów programu Trumpa. Demokratyczni Socjaliści, podobnie jak Trump, chcą demontażu NATO i gwarancji bezpieczeństwa dla Europy, tyle iż nie ze względów kosztowych, co z przekonania o imperialistycznym charakterze Paktu Północnoatlantyckiego. Następcy Trumpa mogą uznać, iż należy zachować obietnicę suwerenności, kontroli migracji i odbudowy wspólnoty, a zrezygnować z etosu Trumpa i chaotycznego stylu rządzenia. Mogą stworzyć bardziej zdyscyplinowane organizacje, lepiej przygotowane kadry i trwalsze zaplecze instytucjonalne. W takim scenariuszu upadek najbardziej rozpoznawalnej postaci całego nurtu otwierałby drogę do jego dojrzalszej, a być może także bardziej bezwzględnej postaci. Co więcej, podział na lewicową ofensywę i kolejne odmiany trumpizmu nie musi wyznaczać ostatecznej postaci nowego porządku. Oba bunty wyrastają częściowo z tego samego żądania: państwo ma ponownie zapewniać ochronę przed siłami, na które pojedynczy obywatel nie ma wpływu.
Znaczna część wyborców nie widzi sprzeczności między aktywną polityką gospodarczą a przywiązaniem do narodowej wspólnoty. Sprzeczność dostrzegają przede wszystkim partie przyzwyczajone do dawnych podziałów ideologicznych. Dlatego walka o sukcesję może rozstrzygać się również wokół zdolności połączenia społecznego bezpieczeństwa z poczuciem politycznej przynależności. Po rozpadzie liberalnego konsensusu nowe koalicje mogą powstawać w poprzek granic, które przez dziesięciolecia oddzielały prawicę od lewicy.
Najtrudniejszy okres może zatem dopiero nadejść. Stary porządek utracił dawne zdolności przekonywania, podczas gdy pretendenci do sukcesji nie udowodnili zdolności budowania nowego porządku. Powstaje mechanizm napędzający kolejne przesilenia. Antonio Gramsci w „Zeszytach więziennych” nazwał taki stan bezkrólewiem. „Kryzys polega na tym, iż dawne już umiera, a nowe nie potrafi się narodzić, i w tej szczelinie mnożą się zjawiska chorobliwe”.
Bunt zdobywa władzę dzięki obietnicy głębokiej zmiany. Natrafia na ograniczenia, których wcześniej nie rozumiał albo nie chciał uznać. Rywale odpowiadają coraz bardziej radykalnym programem, składając podobne obietnice, tyle iż proponując bardziej radykalne formy działania. Każde kolejne wybory mają być tym ostatecznym rozstrzygnięciem, mają położyć kres dotychczasowym konfliktom, każda nowa siła polityczna oczekuje od nas wyrozumiałości dla coraz radykalniejszych form dochodzenia do „zbawienia”.
Następca skompromitowanego przywódcy otrzymuje większe pole do działania, ale mniej czasu i bardzo niecierpliwego wyborcę. Profesor Adam Przeworski w „Kryzysach demokracji” pisał, iż przegranym coraz trudniej uznać wynik, a zwycięzcom coraz trudniej sprawować władzę z umiarem. Muszą dowodzić skuteczności od pierwszego dnia rządów, choćby o ile odziedziczone problemy wymagają wieloletniej pracy. gwałtownie rosnące oczekiwania nie zostawiają im miejsca na pracę u podstaw i cierpliwe wyczekiwanie rezultatów. Zwycięzcy, natychmiast po wyborach, stają się zakładnikami gniewu, który pomógł im zdobyć władzę. Stąd też nie traktują instytucji państwa jako narzędzi do poprawy losu swoich obywateli, ale jako broń do osaczenia przeciwników i zabetonowania swojego zwycięstwa. Przykładów nie trzeba szukać daleko. W Rumunii Trybunał Konstytucyjny unieważnił w 2024 roku pierwszą turę wyborów prezydenckich. W Polsce po zmianie władzy w 2023 roku wybuchały kolejne spory, o media publiczne, prokuraturę i teraz najbardziej wymowny przykład brutalnego sporu o Trybunał Konstytucyjny. W Niemczech główne partie wykluczają jakąkolwiek współpracę z AfD, choć ta stała się jedną z najsilniejszych sił w kraju. Wszędzie zwycięża ta sama logika. Liberalne elity, broniąc istniejącego porządku, podnoszą stawkę i odbierają przegranym nadzieję na sprawowanie władzy.
Stany Zjednoczone znacznie wcześniej weszły w tę piekielną spiralę, stąd też rozwiązania wydają nam się bardziej radykalne. Ale trajektoria jest ta sama. Najpierw przeciwnicy Trumpa próbowali usunąć go z polityki dzięki impeachmentów i procesów sądowych. Potem on sam, po powrocie do Białego Domu, większość energii poświecił ściąganiu i niszczeniu odpowiedzialnych za jego upokorzenia. Nie zawahał się użyć do tego Departamentu Sprawiedliwości, Departamentu Bezpieczeństwa, Departamentu Stanu i choćby Departamentu Zdrowia. Gdy obie strony traktują przegraną nie tylko jako utratę władzy, ale egzystencjalne zagrożenie dla własnego obozu, a może i samych siebie, kompromis przestaje być głosem rozsądku. Zmienia się rola instytucji, znaczenie procesu wyborczego, zmienia się choćby język polityki. Joe Biden nazwał w 2022 roku filozofię ruchu MAGA „półfaszyzmem”, a Trump rok później zapowiadał swoim zwolennikom: „Jestem waszą zemstą”. Europa coraz częściej używa podobnego języka. Tuż przed wyborami we Włoszech w 2022 roku Ursula von der Leyen ostrzegała, iż jeżeli sprawy potoczą się w „trudnym kierunku”, Unia ma odpowiednie narzędzia. Donald Tusk w orędziu po starciach wokół Trybunału Konstytucyjnego oświadczył wprost, iż „w pewnych sprawach nie może być kompromisu”. Tych, którzy nawoływali do porozumienia, nazwał symetrystami, gotowymi kazać złodziejowi i ofierze podzielić się po równo zawartością torebki. Kto przedstawia przeciwnika jako zagrożenie dla samej demokracji, nie może już z nim negocjować, bo każde ustępstwo wyglądałoby na kapitulację.
Porażka Republikanów może zamknąć pewien rozdział politycznej historii Zachodu. Nie zakończy jednak chaosu epoki buntu i naporu.

9 godzin temu





