Różnicę pomiędzy obydwoma rodzajami wydatków, prawie każdy z nas rozumie intuicyjnie.
Koszty życia ponosimy, aby zaspokoić podstawowe potrzeby, w stopniu minimalnym.
Koszty stylu życia – odnoszą się nie do potrzeb, ale naszych zachcianek. Do tego, co „chcę”, a nie „muszę” lub „powinienem”. Co więcej, wiele wydatków zachciankowych, realnie nam szkodzi, a dokonujemy ich pod wpływem chwili, kompulsywnie, dokonując uruchomienia ośrodka nagrody w mózgu.
Koszty życia, czyli ile człowiekowi potrzeba. Każdy z nas potrzebuje:
- braku poczucia głodu,
- dachu nad głową,
- ubrania,
- kontaktu z innymi ludźmi,
- szeroko pojętej kultury,
- wypoczynku.
To dziwne, jak wielu o tym zapomina. Tylko tyle, i aż tyle. W dawnych czasach ludzie walczyli o te trzy pierwsze podstawowe potrzeby. Pełny żołądek, jakieś schronienie i łach na grzbiet i wystarczy.
Dzisiaj prawie każdy z obywateli naszego państwa we wschodniej Europie ma takie podstawy na wyciągniecie ręki.
Jedzenie dla jednej osoby – spokojnie da się ogarnąć za 500 zł. W ogóle produkty spożywcze są dzisiaj rekordowo tanie. Mleko za 2 zł/litr, masło za 3 zł/kostka (15 zł/kg), mąka – niecałe 2 zł/kg, jajka po 1 zł/szt., tanie mięso po 12-14 zł/kg na tej bazie, plus własne owoce i warzywa da się nigdy nie czuć głodu. Ba, kupimy choćby nieco towarów, które jeszcze 30 lat temu uchodziły za dobro „prezentowe” czyli kawę, herbatę, alkohol.
Podobnie ubranie. Wchodząc w okresie promocji do „sieciówki”, albo dyskontu i kupisz normalne buty za 80 zł/para, majtki za 5 zł, koszulę za 30 zł, a choćby kurtkę za niecałe 200 zł. Nie ma problemu, by ubrać się za 100 zł/m-c.
Najwięcej kontrowersji wywoła „dach nad głową”, bo właśnie on zatrze różnicę pomiędzy „zachcianką”, a „potrzebą”. Dom na wsi, w którym nie leje się nam na głowę, da się kupić za 200k i dostaniemy jeszcze (niewielki) kawałek ziemi. Mieszkanie w mieście, adekwatne dla pary (kawalerka) trafimy za podobną cenę. Niby oczywiste, tylko wchodzi nasza „inflacja stylu życia”. Utrzymamy je paląc drewnem za ok. 600-700 zł/m-c. Dom ma być nowy i stylowy. Do tego położony w „dobrej dzielnicy” i „dużym mieście”. W rzeczywistości zbliżamy się do oczekiwania „dobra rzadkiego dla wszystkich” i „dom w Warszawie prawem nie towarem”. Nierealne. Jeszcze 30 lat temu, dom, który posiadam na wsi, uchodziłby za ponadprzeciętny, a dziś jest tylko wystarczający, a choćby dla wielu „przestarzały”. 5 pokoi, łazienka, dwa odrębne WC, szybki internet. Nowy człowiek, budowany z zachcianek powie:
- brak nowoczesnego źródła ogrzewania,
- stare płytki,
- gdzie gładzie?,
- łazienkę i kuchnię trzeba urządzić od nowa,
- nie przy samej drodze,
- stare okna,
- szambo,
- kto dzisiaj robi kamienne podłogi?
- daleko od miasta (30 km).
Pewnie sporo jeszcze znalazłoby się wad. Natomiast patrząc realnie – jeszcze w latach 90-tych, niezły standard. Dzisiaj wielu potrzebuje nowego (wybudowanego maksymalnie 10 lat temu), wykończonego zgodnie z aktualną modą, zlokalizowanego w mieście – ogólnie – czegoś na poziomie „segmentu” lub „apartamentu”. Nie trzeba nikomu powtarzać – to zachcianka, próba dołączenia do elity, kilkunastu procent zamieszkałych najlepiej. Za 200k da się na terytorium Polski kupić nieruchomość komfortową dla 3- osobowej rodziny. Utrzymamy takie miejsce za 800 zł/m-c. W sumie za 3 podstawowe potrzeby (jedzenie, ubranie, dach nad głową) – 2600 zł plus 200k na start.
Teraz idziemy dalej. Wiadomo, trzy osoby, w tym dziecko, oznaczają potrzebę kultury, nauki, wypoczynku i kontaktu z innymi. Wszystkie pokryjemy z 800+ i zasiłku na dziecko. Dokładnie za 800 zł, damy radę opłacić szkołę, pojechać na jakiś koncert (jeżeli nie będzie darmowy), jak to kiedyś mówiono „zmienić klimat”. To już 3500 zł.
Na koniec jeszcze małe auto – 250 zł/m-c i ubezpieczenie (KRUS 2 x 250 zł). W sumie 4250 zł. Za taką sumę tj. minimalne wynagrodzenie i świadczenie od państwa, trzy osoby dadzą radę normalnie funkcjonować.
I wtedy wchodzą „koszty stylu życia”, które podbijają nam te wydatki x 2, albo x 3. Zaczynamy.
Najpierw jedzenie. Spokojnie do 2500 zł, a jak ktoś lubi wychodzić, to i 5000 zł może okazać się niewiele. Ubrania mnożymy x 3. Dach nad głową: rata, bezobsługowe ogrzewanie, sieci miejskie i spokojnie damy radę dojść do 4000 zł. W sumie te trzy „podstawowe potrzeby” kosztują już 11.500 zł. Doliczmy festiwal w stylu Open’era, urlopy (narty w zimie, ciepło all inclusive w lecie), 2 auta w leasingu. No i nagle 20k/m-c na te same trzy osoby okażą się „zbyt mało”.
Warto temat przemyśleć. Jak to się stało, iż jeszcze niedawno, nasze życie w bloku/na wsi wydawało się nam wystarczające, a teraz już nie. Dlaczego stale podnosimy sobie (i swoim bliskim) poprzeczkę. Czym różni się obiad za 150 zł/osoba (normalna cena za zupę i drugie danie+napój) w centrum Warszawy od domowego dania za kilkanaście zł, albo i kilka zł, o ile gotujemy z ołówkiem w ręku?
Koszty stylu życia można stale pompować. Od lepszego domu (studnia bez dna), do auta, wakacji (już nie starcza pojechać „do babci na wieś”, ani choćby nad pobliskie jezioro). Telefon przestaje dzwonić, a choćby dostarczać rozrywki, a staje się narzędziem statusu. Moja Motorola Edge 50 Fusion za 800 zł nie robi na nikim wrażenia, w świecie szklanych cudeniek za 6000 zł. Warto o tym pomyśleć.
Efekt pompowania? Wydatki rosną drastycznie, ponad racjonalny poziom. Ktoś, kto dostał podwyżkę o 100%, nagle wydaje 100% więcej. Masz do dyspozycji +200%, wydasz wszystko. Co gorsza, dyplom ekonomii, co pokazuje przypadek dra Thomasa Stanleya (słynna opowieść o płatkach śniadaniowych), ani świadomość zjawiska, nie chroni przed problemami.
Ja osobiście, wyleczyłem się w znacznej części z choroby statusu. Używany, 9-letni Hyundai Ioniq wiezie mnie równie pewnie, jak parę lat młodszy Mercedes, a kosztuje ułamek jego ceny. Mokasyny z Lidla niosą podobnie jak markowe obuwie za 500 zł/para.
I teraz najważniejsze. Co zyskałem? Spokój. Nigdzie nie muszę gonić. W razie problemów dam radę utrzymać rodzinę z jednej pensji (a ponieważ oszczędzałem wiele lat, choćby bez pensji).









