Lomborg: Ograniczenie emisji w UE do zera się nie wydarzy. Społeczeństwa się zbuntują

2 godzin temu
Nawet gdybyśmy osiągnęli neutralność klimatyczną, to do końca wieku różnica w temperaturze wyniosłaby mniej niż 0,1 stopnia Celsjusza – prawdopodobnie około 0,03 stopnia. To różnica praktycznie niemierzalna. Tymczasem koszty dla Unii liczone będą w dziesiątkach, a być może setkach bilionów euro. Innymi słowy, proponujemy wydać gigantyczne pieniądze, znacząco się zubożyć i osłabić, nie osiągając przy tym istotnego efektu klimatycznego – mówi Bjørn Lomborg, duński politolog, adjunct profesor w Copenhagen Business School, założyciel i dyrektor Konsensusu Kopenhaskiego i były dyrektor Instytutu Badań Środowiska Naturalnego w Kopenhadze.

Marta Roels: Unijna agenda klimatyczna rozpoczęła się na początku lat 90., a jej celem jest osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2050 roku. Coraz więcej ekspertów uważa jednak, iż to strzał w stopę, bo sama Europa nie uratuje planety, ale za to zniszczy własną gospodarkę. Jak pan wyjaśnia to, iż UE z uporem maniaka trzyma się tego kursu?

Bjørn Lomborg: To nie jest tak, iż wszystko zakończyło się porażką. Unii Europejskiej rzeczywiście udało się znacząco ograniczyć emisje CO₂, a to było celem. jeżeli odpowiednio podniesie się ceny paliw kopalnych, emisje spadną. Problem polega na tym, iż większość ludzi zaczyna odczuwać, jak bardzo jest to kosztowne i uciążliwe. Co więcej, uderza to w konkurencyjność Europy na świecie i sprawia, iż stajemy się mniej zamożni.

Nie ma nic złego w tym, iż chcemy zajmować się klimatem. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, iż obecna polityka jest bardzo droga. Unia Europejska wydaje rocznie około 500 mld dolarów na samą realizację polityk klimatycznych, a to tylko bezpośrednie koszty. jeżeli uwzględnimy utracony wzrost gospodarczy, czyli fakt, iż rozwijamy się wolniej niż na przykład Stany Zjednoczone, to koszty są znacznie większe. Ma to konsekwencje ekonomiczne, ale również militarne. Coraz wyraźniej widzimy, iż jesteśmy mniej zdolni do obrony i odgrywania znaczącej roli na świecie. Coraz częściej inni patrzą na Europę jak na muzeum. To są realne koszty.

Ograniczyliśmy emisje o 30–40 proc. i to jest osiągnięcie, ale teraz zaczyna się najtrudniejszy etap. Chcemy zejść do 90 proc. redukcji do 2040 roku, a do 2050 roku osiągnąć 100 proc. Przy obecnym poziomie technologii to się po prostu nie wydarzy. W pewnym momencie społeczeństwa się zbuntują i powiedzą „nie chcemy tego”. jeżeli Unia będzie kontynuować politykę „więcej i szybciej”, to Europa może w końcu wybrać swój odpowiednik Donalda Trumpa. Sugerowałbym, iż lepiej zatrzymać się wcześniej i zacząć działać rozsądniej.

W wielu aspektach UE powiela bezrefleksyjnie nieudane polityki Niemiec. Czy uważa pan, iż w przyszłości w niemieckich podręcznikach historii pojawi się rozdział „chybiona polityka klimatyczna”, czy raczej nikt nie przyzna, iż to był błąd?

Chciałbym wierzyć, iż taki rozdział powstanie. Jednak, jeżeli spojrzymy na przeszłość, to politycy rzadko przyznają się do błędów. Najbardziej oczywistym przykładem jest pandemia Covid-19, gdy zamknięto szkoły. W niektórych państwach dzieci były zamknięte w domach przez pół roku, a choćby dłużej. To oznaczało realne straty edukacyjne. Bank Światowy szacuje, iż w wyniku tych decyzji świat straci kilka bilionów dolarów rocznie przez przewidywalną przyszłość, ponieważ obecne pokolenie uczniów będzie gorzej wykształcone, a więc mniej produktywne. To gigantyczny koszt długoterminowy, ale niezwykle trudno jest skłonić polityków do przyznania, iż popełnili błąd.

Obawiam się, iż podobnie będzie w 2050 r., gdy okaże się, iż Niemcy wydały gigantyczne sumy pieniędzy, osiągając relatywnie niewiele. Jak powiedział kiedyś John Cleese: „nie wspominajcie o wojnie”. Po prostu nie będziemy o tym mówić.

Pewnym sygnałem nadziei jest wypowiedź kanclerza Friedricha Merza, który przyznał, iż Niemcy wybrały najbardziej kosztowną możliwą drogę transformacji. To uczciwe stwierdzenie i może oznaczać początek refleksji, iż niekoniecznie powinniśmy iść tą samą ścieżką.

W Europie coraz wyraźniej widać, iż istnieją także inne problemy. Mamy największą wojnę lądową od czasów II wojny światowej. Mamy kwestie bezpieczeństwa, migracji, konkurencyjności gospodarczej. I to częściowo tłumaczy dramatyczny spadek zainteresowania klimatem wśród obywateli UE. W 2019 roku jedna trzecia Europejczyków wskazywała klimat jako jeden z dwóch najważniejszych problemów Unii. Jesienią ubiegłego roku było to już tylko 9 proc. To ogromna zmiana. Po raz pierwszy w historii podczas forum w Davos Ursula von der Leyen w ogóle nie wspomniała o klimacie. Widać wyraźne przesunięcie akcentów.

Problem w tym, iż choć retoryka się zmienia, kurs polityczny pozostaje ten sam. Dlatego potrzebujemy zmiany strategii – odejścia od polityki skrajnej koncentracji na klimacie, która czyni nas uboższymi i wcale nie rozwiązuje problemu.

Politycy wolą po prostu zacząć mówić o czymś innym?

Tak, jeszcze w latach 80. w wielu krajach ogromne emocje budziły kwaśne deszcze. Był to pewien problem, ale nie aż tak wielki, jak wtedy sądzono. Dziś nikt już o nim nie wspomina. W latach 70. obawialiśmy się przeludnienia, dziś martwimy się depopulacją. Te fale lęków przychodzą i odchodzą. I samo w sobie nie jest złe to, iż się martwimy, bo dzięki temu podejmujemy środki ostrożności. Problem zaczyna się wtedy, gdy martwimy się nadmiernie i bezkrytycznie podążamy za najbardziej modną katastroficzną narracją.

Czy w pana opinii istnieje ryzyko, iż polityka klimatyczna w Europie podkopie konkurencyjność przemysłową, nie mając przy tym realnego wpływu na globalne emisje?

Jest to bardzo oczywiste. Unia Europejska odpowiada za około 4 proc. globalnych emisji w XXI w. jeżeli osiągniemy pełną zerową emisję netto, nasz udział spadnie do około 2 proc. całkowitych emisji w tym stuleciu, a to całkowite emisje mają znaczenie dla temperatury.

Nie jest to ani skuteczny sposób wpływania na klimat, ani na inne kraje. Argument Niemiec był taki: może nasz udział w emisjach nie jest ogromny, ale zainspirujemy świat. To samo mówi dziś Unia Europejska. Tyle iż nie inspiruje się świata, oferując najdroższą energię, najbardziej restrykcyjne regulacje i spadającą produkcję przemysłową. Większość państw patrzy na Niemcy i Europę raczej jak na przykład tego, czego nie robić. jeżeli chcemy inspirować innych i rzeczywiście rozwiązywać problem klimatu, musimy znaleźć rozwiązania znacznie tańsze i skuteczniejsze.

Jeszcze kilka lat temu osoby prezentujące takie stanowisko bywały określane jako „denialiści klimatyczni”. Czy uważa pan, iż opinia publiczna jest dziś gotowa na bardziej pragmatyczną i mniej alarmistyczną debatę o klimacie?

Tak, wyraźnie to widać. Każdy chce być dobrym człowiekiem. jeżeli zapytamy, „czy chcesz pomóc dzieciom bez dostępu do edukacji?”, to niemal każdy odpowie „tak”. „Czy chcesz walczyć ze zmianami klimatu?” „Tak”. „Czy chcesz więcej paneli słonecznych?” „Tak”.

Problem pojawia się wtedy, gdy nadchodzi rachunek. Wszyscy chcemy dobrych rzeczy, dopóki nie ma ograniczeń budżetowych. Polityka klimatyczna w Europie zaczynała się od symbolicznych, relatywnie tanich działań. Dziś mówimy ludziom „to będzie was dużo kosztować. Nie będziecie mogli kupić samochodu spalinowego. Nie będziecie mogli swobodnie chłodzić domu latem. Będziecie musieli mieszkać w mniejszych mieszkaniach, konsumować mniej, godzić się na niższy wzrost gospodarczy”.

W pewnym momencie ludzie przestają mieć podejście: „chcę być dobry, bo to nic mnie nie kosztuje”, a zaczynają: „nie chcę płacić tak wysokiej ceny”. Dlatego sądzę, iż otwartość na bardziej racjonalną debatę będzie rosła – ludzie w swoich prywatnych budżetach coraz wyraźniej widzą też koszty i to zmieni debatę.

W książce „Fałszywy Alarm” podkreśla pan, iż zmiany klimatu są realne i spowodowane przez człowieka, ale reakcje polityczne są często irracjonalne. Na czym polega to rozminięcie między nauką a polityką?

Zmiany klimatu są rzeczywistym problemem. jeżeli zapytamy ekonomistów klimatycznych o najlepsze szacunki, otrzymamy odpowiedź, iż do końca XXI w. całkowity koszt netto zmian klimatu – po uwzględnieniu zarówno strat, jak i pewnych korzyści, na przykład mniejszej liczby fal zimna – wyniesie około 2-3 proc. globalnego PKB. To realny koszt, ale daleki od apokalipsy.

To jest najważniejsze rozróżnienie. jeżeli coś jest końcem świata, powinniśmy rzucić na to wszystkie zasoby, ale jeżeli mówimy o problemie rzędu 2–3 proc. PKB, musimy działać proporcjonalnie. Gdybyśmy mogli ograniczyć większość tego kosztu za cenę 1 proc. PKB, byłby to dobry interes. Tymczasem coraz częściej proponowane polityki kosztują 10 czy 15 proc. PKB, przynosząc relatywnie niewielkie korzyści.

To właśnie tutaj pojawia się rozminięcie między nauką a polityką. Nauka mówi „to poważny, ale umiarkowany problem”. Polityka reaguje tak, jakby chodziło o egzystencjalną katastrofę, uzasadniając tym skrajnie kosztowne i mało efektywne działania.

(…)

W „Naprawie świata w 12 krokach” twierdzi pan, iż świat ma ograniczone zasoby i musi priorytetyzować. Co najbardziej pana zaskoczyło w analizach takich polityk?

W Copenhagen Consensus stosujemy prostą analizę kosztów i korzyści. Pytamy, ile dane rozwiązanie kosztuje i ile dobra przynosi? Stosunek tych dwóch wartości daje wskaźnik efektywności. W życiu prywatnym robimy to nieustannie – wybieramy, na co wydać ograniczone środki. Firmy robią to samo. Dlaczego rządy miałyby tego nie robić? Analiza pokazuje, iż większość działań klimatycznych ma bardzo niski stosunek korzyści do kosztów. W przypadku strategii „net zero” często jest on poniżej jedności, czyli za każde wydane euro otrzymujemy mniej niż euro korzyści. To bardzo słaby wynik. I właśnie dlatego potrzebujemy powrotu do racjonalnej rozmowy o priorytetach.

To po prostu nierozsądne. Zamiast wydawać euro na politykę, która przynosi 17 centów korzyści, można by je przeznaczyć na coś, co przyniesie siedem, osiem czy kilkadziesiąt razy więcej dobra. Zapytała mnie pani, co najbardziej mnie zaskoczyło.

Na przykład około 700 tysięcy noworodków rocznie umiera, ponieważ po urodzeniu nie zaczyna oddychać. Około 20 proc. dzieci nie oddycha od razu, ale większość z nich zaczyna po prostym bodźcu. Ostatnie 5 proc. potrzebuje jednak natychmiastowego podania dodatniego ciśnienia powietrza do płuc. Wystarczy proste urządzenie resuscytacyjne kosztujące około 65 dolarów, które może służyć przez kilka lat i w przeciętnym szpitalu uratować około 20 dzieci.

To tylko część pakietu: czysta woda, środki dezynfekcyjne, kontakt „skóra do skóry” z matką, czyli tzw. opieka kangurza. Wszystko to są bardzo proste, tanie interwencje. Szacujemy, iż kompleksowy program kosztowałby około 3 mld dolarów rocznie. Dla porównania unijna polityka klimatyczna to około 500 mld dolarów rocznie. Efekt? Uratowanie 166 tys. matek rocznie i około 1,2 mln dzieci. Szacujemy, iż każde wydane euro przynosiłoby około 87 euro wartości społecznej. To spektakularny stosunek korzyści do kosztów.

(…)

Cały wywiad dostępny jest TUTAJ.

Idź do oryginalnego materiału