Martin Schwartz – koniecznie oddziel ego od portfela

1 dzień temu

W Czarny Poniedziałek zamknął pozycję ze stratą 315 tys. USD. Dziś uważa ten ruch za jedną ze swoich najlepszych transakcji w życiu. Gdyby zawahał się i trzymał pozycję, po prostu zbankrutowałby jako trader. Oto Martin Schwartz, jego twarde zasady i niezwykłe przyzwyczajenia.

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Czemu trader nie może się upierać, iż ma rację?
  • Czym mówi średnia 10-dniowa EMA?
  • Czego może nauczyć tradera służba w armii?
  • Dlaczego warto rysować manualnie wykresy?
  • Kim jest Martin „Buzzy” Schwartz?

Transformacja z teoretyka w bezwzględnie skutecznego praktyka. O tym marzy wielu. I ta sztuka udała się legendzie jaką jest wciąż jeszcze żyjący Martin „Buzzy” Schwartz. Znany był on również pod przydomkiem „Pit Bull”. Zdominował parkiety giełdowe lat 80. i 90. XX wieku. Stworzył rygorystyczny paradygmat handlu, który do dziś stanowi fundament dla profesjonalnych day-traderów.

Zaczynał od pasma porażek. Stał się jednak multimilionerem (jego majątek jest szacowany na około 80 mln USD, a dorobił się go od zera) z rocznymi stopami zwrotu sięgającymi blisko 800%! Jest jednym z najbardziej fascynujących studiów przypadku w psychologii behawioralnej finansów. Poznajcie Marty’ego Schwartza i jego podejście.

Trzeba oddzielić ego od portfela

Zanim stał się legendą tradingu i zarobił setki milionów dolarów, Schwartz spędził niemal dekadę pracując jako analityk papierów wartościowych w firmach takich jak Kuhn Loeb oraz E.F. Hutton. Specjalizował się w sektorze opieki zdrowotnej. Co jednak ciekawe, mimo iż posiadał insiderskie informacje, to systematycznie tracił pieniądze (nawet 40 tys. USD w skali roku, co było na tamten czas małym majątkiem).

Przełom w inwestowaniu Schwartza nastąpił wtedy, gdy zdał sobie sprawę, iż ma problem z własnym ego, a dokładniej z „potrzebą posiadania racji”. Jako analityk fundamentalny czuł się emocjonalnie przywiązany do swoich prognoz. Gdy rynek poruszał się w kierunku przeciwnym do jego założeń, nie zamykał pozycji, ale szukał argumentów potwierdzających jego pierwotną tezę. Wierzył, iż to rynek się myli, a nie on. To dlatego przez 10 lat tracił pieniądze. W końcu doszedł do wniosku, iż jeżeli chce się zarabiać na rynkach, należy całkowicie oddzielić własne ego od portfela i wyników transakcji.

Być może nasz bohater spędziłby całe życie na bezpiecznej posadzie analityka, ale wydarzył się pewien incydent, gdy pracował w firmie Kuhn Loeb. Otóż Schwartz napisał raport na temat spółek zarządzających szpitalami, w którym postawił bardzo „niedźwiedzie” tezy. Treść raportu wyciekła do mediów i wywołało to potężne spadki cen akcji tychże spółek. Zmuszono Schwartza do zeznań przed specjalną komisją New York Stock Exchange i pomimo oczyszczenia z zarzutów o nieetyczne postępowanie, incydent ten pozostawił na nim piętno kontrowersyjnego analityka, co utrudniło mu znalezienie pracy i popchnęło go w stronę tradingu.

W połowie 1979 roku, za namową żony Audrey, wykupił za 100 000 dolarów miejsce na giełdzie American Stock Exchange (AMEX). Stał się wtedy pełnoetatowym traderem, przechodząc z analizy fundamentalnej na techniczną. Po latach przyznawał, iż miał szczęście, iż spotkał na swojej drodze Boba Zoellnera, który nauczył go techniki czytania taśmy (tape reading).

Kilka niezwykle przydatnych narzędzi

Fundamentem sukcesu Schwartza jest system oparty na prostocie i rygorystycznej filtracji transakcji. Jego najbardziej znanym narzędziem jest 10-dniowa wykładnicza średnia krocząca (EMA), którą traktuje jako „sygnalizator”. Zasada stosowania EMA-10 jest bardzo prosta: jeżeli cena instrumentu znajduje się powyżej 10-dniowej EMA, mamy „zielone światło” na szukanie pozycji długich (na wzrost). jeżeli cena spada poniżej tej średniej, zapala się „czerwone światło ostrzegawcze”, co oznacza zakaz kupowania i nakaz szukania okazji do krótkiej sprzedaży (pozycje na spadek).

Schwartz uważa, iż walka z trendem wyznaczonym przez tę średnią jest aktem autodestrukcji. 10-dniowa EMA nie jest dla niego jedynie wskaźnikiem matematycznym, ale barierą oddzielającą rynkowy optymizm od pesymizmu.

Kolejnym zaawansowanym elementem strategii Schwartza jest Teoria T (T-Theory), opracowana przez Terry’ego Laundry’ego. Teoria ta opiera się na fascynującym założeniu o symetrii czasu w ruchach rynkowych. Laundry dowodził, iż rynek potrzebuje tyle samo czasu w budowanie bazy (okres odpoczynku), co na wykonanie gwałtownego ruchu wzrostowego lub spadkowego (okres biegu). Schwartz wykorzystuje oscylator „Magic T” do identyfikacji momentów, w których rynek osiąga stan równowagi, po którym następuje faza dynamicznego wzrostu.

Zrozumienie, iż rynki poruszają się w cyklach o określonej strukturze czasowej, pozwoliło Schwartzowi na unikanie pułapek polegających na wchodzeniu na pozycje w momentach wyczerpania trendu. Okresy nadzwyczajnych zwrotów rynkowych muszą być zbalansowane okresami zwrotów subnormalnych, co Schwartz wykorzystuje do precyzyjnego timingu swoich wejść.

Co ciekawe, to co odróżniało Martina Schwartza od rzeszy innych traderów, to było jego niemal religijne podejście do przygotowania do handlu. Mimo dostępu do nowoczesnych systemów komputerowych Schwartz codziennie rysował manualnie wykresy na papierze. Uważał, iż fizyczny akt nanoszenia cen i wskaźników na papier pozwala mu na głębsze „połączenie” z instrumentem finansowym i lepsze zrozumienie dynamiki rynku.

Innym niezwykle ciekawym elementem jego warsztatu była lista kontrolna (checklist), przyklejona w prawym rogu jego biurka. Przed zawarciem jakiejkolwiek transakcji, Schwartz musiał „odhaczyć” wszystkie punkty z tej listy, co miało zapobiegać błędom wynikającym z emocji, poczucia nudy czy chęci „szukania okazji”. Lista ta zawierała rygorystyczne kryteria wejścia na pozycję, parametry ryzyka oraz przypomnienie o oddzieleniu ego od zawieranej transakcji.

Oczywiście, Schwartz ciężko pracował na swój sukces. Podczas wywiadu z dziennikarzem Jackiem Schwagerem, który ukazał się w książce „Czarodzieje rynku”, cały czas coś liczył w trakcie rozmowy. Przyznał, iż zwykle pracuje po 12 godzin dziennie i „źle się czuje, gdy nic nie robi”.

Wnikliwa obserwacja i kontrola ryzyka

Warto pamiętać, iż Schwartz opierał swój sukces nie tylko na analizie technicznej, ale też na wnikliwej obserwacji korelacji międzyrynkowych. Jednym z najbardziej dochodowych odkryć Schwartza był specyficzny arbitraż między rynkiem obligacji a indeksami akcji na początku lat 80. W tamtym okresie giełda obligacji kończyła handel o godzinie 15:00, podczas gdy handel kontraktami na S&P 500 trwał do 16:15. Schwartz zauważył, iż ruchy obligacji na rynku po sesji często wyprzedzały to, co działo się z akcjami następnego dnia.

Czyli gdy rentowności obligacji spadały (ceny rosły) po zamknięciu sesji giełdowej, Schwartz agresywnie kupował kontrakty S&P 500, licząc na lukę wzrostową następnego poranka. Efekt? Dzięki tej obserwacji, w ciągu jednego miesiąca zarobił 1,4 mln dolarów, zawierając serię transakcji o rosnącej skali. Zaczął od zysków rzędu 7 500 USD po spektakularne 217 000 USD na pojedynczym ruchu.

Zresztą, Schwartz wykorzystywał wnikliwą obserwację również w życiu. Wspominał na łamach „Czarodziejów rynku”, iż gdy pracował w biurze maklerskim Edwards & Hanly, w pewnym momencie zauważył, iż szef działu analiz, który nigdy nie chodził na obiad, nagle zaczął to robić. Schwartz wywnioskował, iż to sygnał iż w firmie dzieje się niedobrze i czas poszukać pracy. I rzeczywiście – rok później firma zbankrutowała. Jednak on wtedy dołączał do zespołu firmy Loeb Rhoades.

Najlepsza transakcja w jego karierze wiąże się z wydarzeniami z 19 października 1987 roku, znanymi jako Czarny Poniedziałek. Na początku sesji Schwartz posiadał długą pozycję na 40 kontraktach S&P 500. Gdy jednak notowania otworzyły się gwałtownymi spadkami, stanął przed wyborem: czekać na odbicie czy uciekać? Pamiętając o poradach z wojska, zamknął pozycje ze stratą 315 tys. USD.

Fatalnie, prawda? Jednak Schwartz uważa ten ruch za jedną ze swoich najlepszych transakcji w życiu. Dlaczego? Ponieważ gdyby zawahał się i trzymał pozycję, jego strata wyniosłaby ponad 5 mln USD! To oznaczałoby, iż zostałby wyczyszczony z kapitału i prawdopodobnie zostałby wyeliminowany jako trader z rynku na zawsze. Zgodził się na postrzał, by uniknąć wybuchu bomby – jeżeli zostajemy w terminologii naukowej. Tak wspominał to doświadczenie na łamach „Czarodziejów rynku”:

„Jedną z najbardziej samobójczych rzeczy, jakie można zrobić na giełdzie, to zwiększać przegrywającą pozycję. Gdybym tego próbował, mógłbym stracić tego dnia choćby 5 milionów dolarów. Moja strata była co prawda bolesna, ale twardo trzymałem się założeń co do ryzyka i powstrzymałem krwawienie. W takich chwilach przydawały mi się doświadczenia ze służby w piechocie morskiej. Tam uczą cię, żeby podczas ataku nie poddać się paraliżowi. W podręczniku oficera piszą, by w takich sytuacjach stale się poruszać – albo do przodu, albo do tyłu. Jeśli dostałeś się do piekła, nie siedź tam, bo zostaniesz pokonany. Tak samo jest na rynku. Najważniejsza rzecz to utrzymać na tyle dużo kapitału, żeby można było wrócić. Po 19 października to się udało i 1987 był rokiem, w którym miałem największe zyski.”

Dla Schwartza zarządzanie ryzykiem nie było więc jedynie suchą formułą, ale kwestią przetrwania. Jego żelazną zasadą było nigdy nie ryzykować więcej niż 2–3% całkowitego kapitału w ramach pojedynczej transakcji.

Schwartz miał interesujące podejście psychologiczne do serii strat. Uważał, iż po takim przykrym okresie należy na jakiś czas „przejść na bieg jałowy” (shift to neutral) – przestać handlować, wycofać się i pozwolić emocjom ostygnąć. Czas jest sojusznikiem tradera tylko wtedy, gdy potrafi on zachować kapitał intelektualny i finansowy do momentu, gdy rynek stanie się ponownie czytelny. Z drugiej strony rekomendował, by po serii zysków brać dzień wolnego (odkrył na sobie, iż nie udaje mu się utrzymywać dobrych wyników dłużej niż dwa tygodnie z rzędu).

Jeśli chodzi o psychologię, to Schwartz doskonale zdawał sobie sprawę ze swoich słabości, na przykład w zakresie zbyt szybkiego zgarniania zysków. W rozmowie ze Schwagerem przyznawał, iż wciąż pracuje nad „puszczaniem zysków”, czyli nad utrzymywaniem zyskownych pozycji. Przyznawał, iż uwielbia zgarniać zysk (słyszę wtedy wesołą muzykę – mówił) i często bierze tylko 200 pkt. zysku z ruchu który mógł dać mu 1 000 pkt.

11 złotych zasad tradingu wedle Martina Schwartza

Na podstawie analizy licznych wypowiedzi Schwartza można sformułować 11 złotych zasad jakich się trzymał:

Martin „Buzzy” Schwartz – czyli twardziel po Marines

Martin Schwartz urodził się 23 marca 1945 roku w dość biednej wielkomiejskiej rodzinie. Jednak udało mu się ukończyć Amherst College w 1967 r., a trzy lata później uzyskał dyplom MBA na Columbia Business School, jednej z najbardziej prestiżowych uczelni biznesowych na świecie.

Jednak to nie sala wykładowa, ale służba w rezerwach Korpusu Piechoty Morskiej USA (U.S. Marine Corps) w latach 1968–1973 ukształtowała fundamenty jego przyszłego sukcesu na rynkach. To bowiem w wojsku „Buzzy” przyswoił prawdziwą dyscyplinę i nauczył się panować nad emocjami. To w wojsku nauczono go, iż bierność w obliczu zagrożenia to śmierć, iż trzeba iść do przodu lub wykonać odwrót. Metafora pola walki towarzyszyła mu przez całą karierę na giełdzie.

Schwartz brał w swojej karierze udział w 9 edycjach mistrzostw inwestycyjnych U.S. Investing Championship w latach 1983–1987. Jego wyniki są fantastyczne, bowiem osiągnął średni roczny zwrot 210%, a w najlepszym roku miał stopę zwrotu na poziomie 781%. Zarobił w tych konkursach więcej pieniędzy niż wszyscy pozostali uczestnicy razem wzięci!

W latach 90-tych Schwartz przeszedł na częściową emeryturę. Zaczął odpoczywać od rynków prowadząc… stajnię koni wyścigowych. I odniósł sukcesy. Jego konie, trenowane przez najlepszych specjalistów, takich jak Chad Brown czy William Mott, wygrały ponad 140 gonitw, generując ponad 17,5 mln USD przychodu (dane do 2018 roku). Wiadomo, iż Schwartz traktuje wyścigi konne z taką samą powagą jak trading: analizuje rodowody, statystyki torów i warunki pogodowe.

Źródło: archive.org

Legenda tradingu znalazła na emeryturze czas na pisanie. Książka Schwartza „Pit Bull: Lessons from Wall Street’s Champion Day Trader”, wydana w 1998 roku, jest uważana za jedną z najbardziej autentycznych i brutalnie szczerych autobiografii w świecie finansów. „Pit Bull” opisuje w niej ból po stratach, i efekty uboczne handlu, takie jak… nocne poty.

Martin Schwartz od dekad prowadzi uporządkowane życie prywatne. Od 1973 roku jest żonaty z Audrey. Małżeństwo mieszka w Boca Raton na Florydzie i ma dwoje dzieci (oczywiście już dorosłych). Schwartz jest znany ze swojej filantropii, gdyż regularnie wspiera swoją macierzystą uczelnię Amherst College.

Postać Martina Schwartza jest dowodem na to, iż w tradingu sukces nie jest dziełem przypadku ani wybitnego ilorazu inteligencji, ale produktem rygorystycznej samodyscypliny i umiejętności ciągłej adaptacji. Schwartz udowodnił, iż trading może być rentownym rzemiosłem, jeżeli traktuje się go z taką samą powagą jak prowadzenie firmy czy operację wojskową.

Idź do oryginalnego materiału