Masowy ubój bydła w Rosji budzi ogromne kontrowersje. Oficjalnie chodzi o walkę z chorobami, ale relacje rolników i ujawnione dokumenty rzucają na sprawę zupełnie inne światło.

W wielu regionach Rosji – zwłaszcza na Syberii i w dorzeczu Wołgi – dochodzi do szeroko zakrojonego uboju bydła i innych zwierząt gospodarskich. Władze tłumaczą działania koniecznością zwalczania chorób zakaźnych, jednak w praktyce skala operacji idzie w dziesiątki tysięcy sztuk. Rolnicy alarmują, iż zabijane są także zwierzęta bez widocznych objawów choroby, często bez wcześniejszych badań czy pełnej dokumentacji. Interwencjom służb weterynaryjnych towarzyszą policja i oddziały prewencji, a decyzje mają być podejmowane błyskawicznie – nierzadko bez możliwości odwołania.
Rolnicy bezradni: straty i symboliczne odszkodowania
Największe emocje budzi fakt, iż rekompensaty za ubite zwierzęta są znacznie niższe niż ceny rynkowe. Stawki oferowane przez państwo nie pokrywają realnych kosztów produkcji, co dla wielu gospodarstw oznacza poważne problemy finansowe, a choćby bankructwo.
W sieci pojawiają się nagrania pokazujące dramatyczne sceny – stosy martwych zwierząt czy brutalne metody ich likwidacji. Hodowcy coraz częściej wychodzą na drogi, organizują protesty i oskarżają władze o nadużycia oraz działania wymierzone w małe gospodarstwa.
Pryszczyca w tle? Władze unikają jednoznacznych odpowiedzi
Z ujawnionych materiałów wynika, iż przyczyną działań może być próba ukrycia ognisk pryszczycy – jednej z najgroźniejszych chorób zakaźnych zwierząt. To właśnie ona wywołuje największe obawy na rynkach międzynarodowych i zwykle prowadzi do natychmiastowego zamknięcia handlu.
Tymczasem oficjalne komunikaty są niespójne. Władze mówią raz o pasterelozie, raz o wściekliźnie, a temat pryszczycy pojawia się głównie w nieoficjalnych rozmowach. Eksperci podkreślają, iż stosowane metody przypominają klasyczne procedury dla tej właśnie choroby.
Eksport trwa mimo zagrożeń
Najbardziej kontrowersyjny jest fakt, iż rosyjski eksport produktów spożywczych funkcjonuje bez większych zakłóceń. Mięso, nabiał i przetwory trafiają nie tylko na rynek krajowy, ale również za granicę – m.in. do USA, Niemiec, Turcji czy państw Bliskiego Wschodu.
Z dokumentów wynika, iż duże przedsiębiorstwa działają normalnie, choćby w regionach objętych rzekomymi ogniskami chorób. Towary przemieszczają się swobodnie, bez ograniczeń, które standardowo obowiązują przy zagrożeniach epizootycznych.
Duzi gracze zyskują, mali znikają
Sytuacja wyraźnie pokazuje podział rynku. Małe gospodarstwa są likwidowane lub tracą stada, podczas gdy duże firmy utrzymują produkcję i handel. To prowadzi do dalszej koncentracji sektora i osłabienia lokalnych hodowców.
W praktyce oznacza to, iż kryzys może być wykorzystywany do przebudowy rynku rolnego, w której największe podmioty umacniają swoją pozycję kosztem mniejszych producentów.
Mięso trafia także do wojska
Część produktów – potencjalnie pochodzących z obszarów objętych epidemią – trafia do rosyjskich jednostek wojskowych oraz instytucji publicznych. Dokumenty wskazują na dostawy do armii i placówek edukacyjnych.
Eksperci podkreślają, iż w takich kanałach dystrybucji ryzyko reputacyjne jest minimalne, a odbiorca końcowy – jak określają to źródła – „przyjmie każdy produkt”.
Skala problemu może być większa niż się wydaje
Ujawnione przypadki to tylko część obrazu. Według źródeł, rzeczywista skala zjawiska może być znacznie większa, a wiele działań odbywa się poza oficjalnym obiegiem informacji.
Cała sytuacja rodzi poważne pytania o bezpieczeństwo żywności, przejrzystość działań władz i przyszłość rosyjskiego rolnictwa – zwłaszcza w kontekście utrzymania eksportu mimo potencjalnego zagrożenia epidemiologicznego.

5 godzin temu















