Jeszcze kilka miesięcy temu Microsoft miał być jednym z największych zwycięzców rewolucji AI. Dziś jest najsłabszym Big Techem na rynku.
Akcje spadły o około 30% od szczytu i to nie dlatego, iż biznes się załamał.
Problem jest znacznie poważniejszy. Rynek przestał wierzyć w jakość jego wzrostu.
Nagle pojawiły się pytania, które jeszcze niedawno brzmiały absurdalnie.
Czy Microsoft naprawdę zarobi na AI czy tylko finansuje całą infrastrukturę tej rewolucji? Czy partnerstwo z OpenAI to przewaga czy rosnące uzależnienie?
Czy Azure to przez cały czas silnik zysków, czy coraz droższy biznes, który będzie ciągnął marże w dół?
Jeśli odpowiedzi na te pytania są inne, niż rynek zakładał jeszcze rok temu, to zmienia się cała historia tej spółki. Dziś rozłożymy to sobie na czynniki i poszukamy odpowiedzi na pytanie o problemy i przyszłość tej spółki.
Microsoft przegrał wyścig AI? Akcje są już 30% niżej. Okazja czy pułapka?
Pęknięcie mitu bezpiecznego giganta
Od kilku miesięcy zadyszkę złapał praktycznie cały amerykański sektor technologiczny. Big Tech przestał być jednokierunkową autostradą w górę i niemal cała paczka zaliczyła korektę. Nvidia i Apple cofnęły się relatywnie niewiele, Amazon stracił ponad 10%, Tesla ponad 15%, a Meta ponad 20%. Na tym tle wyróżnia się adekwatnie tylko Google, ale tam część siły to po prostu efekt wcześniejszego, mocnego zdołowania i późniejszego odreagowania.

W tym otoczeniu to właśnie Microsoft wypada najsłabiej. Zaskakujące o tyle, iż mówimy o spółce, która przez lata była dla rynku synonimem stabilności, przewidywalności i „bezpiecznego” Big Techu. To nie Tesla, gdzie zmienność jest wpisana w DNA. To nie cykliczna Nvidia, Meta czy Google, które regularnie wpadają z jednej narracyjnej skrajności w drugą.
Microsoft miał być tym najbardziej uporządkowanym, najbardziej defensywnym i najmniej kontrowersyjnym gigantem z całej paczki, no może obok Apple. Tymczasem w ostatnich sześciu miesiącach stracił około jedną czwartą kapitalizacji i stał się najsłabszym ogniwem w tej grupie.
Rynek próbuje coś tym powiedzieć. Gdyby chodziło tylko o sentyment, to Microsfot by spadał, ale nie byłby na dole tej tabeli katastrofy.
Przez lata dobrze działała prosta strategia: kupować tego Big Techa, który chwilowo radzi sobie najgorzej, bo prędzej czy później wracał do łask, ale każda strategia kiedyś się wywraca.
Dobre liczby, gorsza jakość
Zacznijmy od wyników, które ostatnio zapoczątowały fale wyprzedaży akcji Microsoftu. Na poziomie raportu naprawdę trudno się do nich przyczepić. W ostatnim kwartale spółka pokazała 81,3 mld USD przychodów, czyli wzrost o 17% rok do roku, zysk na akcję urósł o 60%, a sam Azure zwiększył przychody o 38%.
Na pierwszy rzut oka, to klasyczny obraz firmy, w której nic się generalnie nie psuje i która wciąż bardzo pewnie dowozi. To czyni całą historię bardziej podstępną. Problem Microsoftu nie polega dziś na tym, iż liczby są słabe. Polega na tym, iż rynek coraz mniej ufa temu, co za tymi liczbami naprawdę stoi i iż ich jakość pod powierzchnią się pogarsza.
Szczególnie po stronie zysków trzeba uważać z zachwytem, bo istotna część efektu wow wynika ze zmiany wyceny inwestycji w OpenAI. Niby „zarobili”, bo OpenAI zyskało na wartości na rynku prywatnym, tylko iż z perspektywy akcjonariusza to w dużej mierze księgowe pitu-pitu.
Tego udziału nie sprzedają, żaden cash flow z tego nie wpada, a zakładanie, iż prywatna wycena będzie rosła w takim tempie bez końca, byłoby zwyczajnie naiwne. To poprawia wynik księgowy, ale kilka mówi o bieżącej jakości operacyjnej biznesu.
Tu jest istotny szczegół, który łatwo przeoczyć. Udział w OpenAI wygląda jak aktywo, które zawyża optykę zysków, a jednocześnie jest potencjalnym źródłem przyszłych problemów, bo rodzi się naturalne pytanie: jak można mieć tak bliską relację z najważniejszym graczem AI na świecie i jednocześnie tak słabo wypadać we własnej egzekucji produktowej? Do tego jeszcze dojdziemy.
Patrząc szerzej, Microsoft przez cały czas wygląda jak wzór uporządkowanego rozwoju. Przychody rosną niemal jak po sznurku, a od 2016 roku, z nielicznymi wyjątkami, firma utrzymuje dynamikę na poziomie kilkunastu procent rocznie. W ujęciu ostatnich dwunastu miesięcy generuje już ponad 300 mld USD sprzedaży. To nie jest obraz firmy w kryzysie. To raczej obraz biznesu, który przez lata działał tak dobrze i tak przewidywalnie, iż rynek przestał zadawać trudniejsze pytania, a teraz zaczął.


Fundamenty imperium
Jeśli chodzi o zysk operacyjny, sytuacja wygląda równie dobrze. Microsoft od lat systematycznie zwiększa zarówno jego wartość, jak i marżę. Kluczową rolę odgrywa tutaj największy segment, czyli przede wszystkim sprzedaż systemu Microsoft 365. To właśnie on odpowiada za ponad połowę całkowitego zysku operacyjnego firmy, a jego marża przekracza 60%, co czyni go najbardziej dochodową częścią całego biznesu.

Na tle innych dużych firm technologicznych Microsoft wyróżnia się pod tym względem. Poziom rentowności całej grupy pozostaje istotnie wyższy niż w przypadku Google, Mety czy Amazona.
Zanim teraz przejdziemy do tego, co naprawdę martwi rynek, zerknijmy na trzy główne segmenty spółki, żeby mieć pełny obraz tego, co będziemy poruszać.
Pierwszy filar to Productivity and Business Processes, czyli przede wszystkim Microsoft 365. Tu mówimy o narzędziach, które na pewno każdy kojarzy: Excel, Word, PowerPoint, Outlook czy Teams – plus LinkedIn i Dynamics. To najbardziej stabilna, najbardziej „codzienna”, defensywna i najmniej zastępowalna część całej układanki – oparta na subskrypcjach, wysokich marżach i ogromnych kosztach zmiany po stronie klienta. To jest ten fragment Microsoftu, który przez lata generował najwięcej jakościowych pieniędzy i budował reputację „bezpiecznej” spółki.
Drugi filar to Intelligent Cloud, czyli Azure i usługi serwerowe. I to właśnie tutaj koncentruje się dziś najwięcej emocji, bo jest to jednocześnie główny motor wzrostu i obszar o najwyższej kapitałochłonności, największej konkurencji i największym ryzyku rozczarowania marżami.
Trzeci filar to More Personal Computing – Windows, gaming, Xbox, reklamy w Bingu, Surface. To segment bardziej konsumencki i najbardziej cykliczny, silnie uzależniony od kondycji rynku PC i wydatków konsumentów. Odpowiada za około 18% przychodów i rośnie najwolniej, w tempie nieco powyżej 8% rocznie. Nie jest dziś głównym motorem wzrostu, ale uzupełnia ekosystem.

Azure jako droższy silnik wzrostu
Teraz dochodzimy do sedna. Z perspektywy całej tezy inwestycyjnej najważniejszy jest oczywiście Intelligent Cloud. To dziś najważniejszy segment Microsoftu z punktu widzenia wzrostu i całej narracji wokół AI. Odpowiada za około 40% przychodów i rośnie zdecydowanie najszybciej.
Tu jest właśnie fundamentalny problem, na który chcę zwrócić uwagę. Około 60% wzrostu przychodów Microsoftu w roku kalendarzowym pochodzi właśnie z Azure, czyli z segmentu o coraz gorszej jakości wzrostu i o tym opowiemy dziś więcej.
Jeden dolar z subskrypcji Office nie jest równy jednemu dolarowi z biznesu chmurowego – Bardziej kapitałochłonnego, wymagającego permanentnych inwestycji w capex i coraz mniej przypominającego dawny model. Azure już coraz częściej jest postrzegany jako historia o wzroście, który jest droższy, mniej jakościowy i bardziej zależny od zewnętrznych partnerów, niż rynek jeszcze niedawno zakładał. I to jest moment, który zmienia kalkulację.
Specyficzna relacja z OpenAI
Główną kwestią budzącą wątpliwości inwestorów w ostatnim jest specyficzna relacja z OpenAI. Żeby ją dobrze zrozumieć, trzeba cofnąć się do początku.
Relacja Microsoftu z OpenAI zaczęła się stosunkowo wcześnie, jeszcze zanim sztuczna inteligencja stała się główną narracją rynkową. Już w 2019 roku Microsoft wszedł jako strategiczny inwestor i partner technologiczny, dostarczając kapitał, a co ważniejsze – infrastrukturę obliczeniową. W kolejnych latach kooperacja była stopniowo pogłębiana, a Microsoft stał się kluczowym zapleczem dla rozwoju modeli OpenAI, udostępniając swoje centra danych i platformę Azure. Powstał układ, w którym OpenAI rozwija technologię, a Microsoft zapewnia jej skalę i kanał komercjalizacji.
Z czasem ta relacja przybrała bardzo konkretny wymiar finansowy. Szacuje się, iż Microsoft posiada około 25–30% ekonomicznego udziału w OpenAI. Jednocześnie jest ich głównym dostawcą chmurowym. To nie jest klasyczna inwestycja jak w przypadku notowanej spółki, a raczej hybrydowy układ, w którym Microsoft ma prawa do części przychodów OpenAI, dostęp do technologii i możliwość integrowania jej w swoich produktach.
ChatGPT i modele GPT są integrowane z Azure jako Azure OpenAI Service, a także z produktami takimi jak Copilot, Office czy GitHub. Teraz dochodzimy do pierwszego problemu. Pojawiają się coraz poważniejsze pytania o samą ekonomikę OpenAI. Modele takie jak GPT wymagają potężnej mocy obliczeniowej nie tylko do trenowania, ale przede wszystkim do codziennego wnioskowania, czyli odpowiadania na zapytania użytkowników. Każde wygenerowane słowo kosztuje realne pieniądze: energia, amortyzacja chipów, chłodzenie serwerowni. W tradycyjnym oprogramowaniu koszt obsłużenia dodatkowego klienta jest bliski zeru – raz stworzony program zarabia na kolejnych użytkownikach niemal przy stałej bazie kosztów. W przypadku dużych modeli językowych koszt jest znaczący i rośnie wraz z liczbą użytkowników. To zupełnie inna ekonomika.
Drugi problem pozostało ciekawszy. Relacja między firmami przestała być tak jednoznaczna jak na początku. OpenAI stopniowo zwiększa swoją niezależność i szuka większej elastyczności, co może oznaczać współpracę z innymi dostawcami chmury. choćby ostatnio było głośno o tym, iż OpenAI szuka luk prawnych w umowie z Microsoftem, żeby móc korzystać z chmury od Amazonu, a jeżeli OpenAI zacznie mocniej naciskać na warunki albo szerzej szukać alternatyw infrastrukturalnych, to nagle okazuje się, iż kawałek historii Azure nie był tak bezpieczny, jak jeszcze niedawno wydawało się rynkowi.
Koncentracja ryzyka i kryzys przewagi
Tu dochodzimy do miejsca, gdzie cała narracja o Azure naprawdę zaczyna się komplikować. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda świetnie: wysoki wzrost, gigantyczny popyt i backlog, który robi wrażenie. Tylko iż rynek przestał już patrzeć na ten segment jak na prostą historię o pięknej ekspansji chmury. Coraz więcej inwestorów patrzy na niego jak na biznes, którego wzrost jest w coraz większym stopniu skoncentrowany wokół jednego partnera – OpenAI.
Skala tej koncentracji nie jest mała. Microsoft sam wskazywał, iż około 45% backlogu, czyli RPO, jest powiązane z OpenAI. Backlog brzmi pięknie tylko do chwili, gdy zadasz sobie proste pytanie: jakiej jakości jest ten backlog? jeżeli tak duża część przyszłych, zakontraktowanych przychodów opiera się na jednym kliencie, który sam działa w modelu o bardzo niepewnej ekonomice, to przestaje to być wyłącznie historia o sile popytu i zaczyna to być bardziej historia o koncentracji ryzyka u jednego klienta i pytaniu o marże. Szczególnie przy rosnącym capexie i spowalniającym wolnym przepływie pieniężnym.

Do tego dochodzi konkurencja. Wyścig na skalę, jakiej rynek technologiczny dawno nie widział. Nakłady inwestycyjne największych graczy rosną wykładniczo. Jeszcze kilka lat temu mówiliśmy o dziesiątkach miliardów dolarów rocznie, dziś już o poziomach, które łącznie zbliżają się do kilkuset miliardów.
To, iż Microsoft nie inwestuje w próżni. Każdy z tych graczy buduje własną infrastrukturę pod AI i każdy próbuje zabezpieczyć swoją pozycję na przyszłość. W takim otoczeniu sama skala wydatków przestaje być przewagą konkurencyjną, a staje się warunkiem koniecznym, żeby w ogóle pozostać w grze.
O tym rynek mówi coraz głośniej. Microsoft wygląda dziś coraz bardziej jak biznes, którego słabości przykrywa skala, a nie realna przewaga konkurencyjna.
Microsoft drugim największym dostawcą usług chmurowych na świecie, z udziałem na poziomie około 20%. W ostatnich latach Azure systematycznie zwiększał swój udział, odbierając część przestrzeni zarówno mniejszym graczom, jak i częściowo liderowi, czyli Amazonowi. To pokazuje, iż Microsoft nie tylko uczestniczy w tym rynku, ale realnie go współkształtuje.

Jednak ta przewaga nie jest ani stabilna, ani zagwarantowana. Amazon wciąż pozostaje numerem jeden z udziałem blisko 30%, a Google, choć startował z niższego poziomu, konsekwentnie rośnie. W ostatnich kwartałach to właśnie Google przyspieszył najmocniej, co widać nie tylko w dynamice przychodów, ale też w rosnącej obecności na rynku.
Co gorsza, Microsoft nie imponuje choćby po stronie wdrażania mocy obliczeniowej. Rollout capacity idzie opornie, a projekty infrastrukturalne realizowane są dłużej niż u bardziej zwinnych rywali. To tylko pogłębia obawy.

Nikt tak naprawdę nie wie, jak dobry jest biznes z OpenAI dla Microsoftu od strony rentowności. OpenAI pochłania absurdalne ilości mocy obliczeniowej. Trening modeli jest drogi, ale jeszcze ważniejsza jest inferencja, czyli codzienne odpowiadanie użytkownikom. Każde zapytanie to realny koszt – energia, chłodzenie, amortyzacja GPU, kolejne centra danych.
To nie wygląda jak klasyczny software, gdzie kolejny użytkownik prawie nic nie kosztuje. To wygląda raczej jak biznes, który może pompować przychody, ale jednocześnie dużo słabiej przekładać się na marże, niż rynek przez lata przywykł zakładać w przypadku Microsoftu.
Nawet więc jeżeli Microsoft zacznie w końcu szerzej monetyzować AI, to bardzo możliwe, iż będzie się to odbywać przy wyraźnie niższych marżach niż w klasycznych, historycznie mocnych liniach produktowych, a to zmienia matematykę wyceny.
Spora część finansowego sukcesu Microsoftu jest więc dziś de facto w rękach Sama Altmana. To ryzyko, gdzie Microsoft nie ma kontroli.
Jasne, Microsoft nie buduje dziś infrastruktury wyłącznie pod Azure. Spółka przesuwa część zasobów pod własne produkty jak Copilot, czy GitHub, ale to też ciągnięcie kilku srok za ogon. CFO wskazywała wprost, iż gdyby cała nowa moc obliczeniowa trafiła wyłącznie do Azure, dynamika wzrostu tego segmentu byłaby wyższa.
Zwłaszcza, iż Copilot jest obiektywnie postrzegany jako jedna wielka porażka produktowa I śmierdząca kupa… każdy kto używał ten wie.
Wygląda to tak, jakby Microsoft próbował nadrobić coś, co przez długi czas próbował kupić partnerstwem z OpenAI, zamiast zbudować samodzielnie. Teraz najwyraźniej zrozumiał, iż samo „posiadanie dostępu” do cudzej technologii to za mało.
Niestety na razie nie pokazał jeszcze niczego, co zamykałoby usta sceptykom w kwestii jego organicznych zdolności w AI. Copilot to klapa, a GitHub mimo iż wartościowy, to za mało, żeby powiedzieć, iż Microsoft zbudował własną, mocną i niezależną przewagę w świecie AI.
Microsoft próbuje się więc uniezależniać od OpenAI, ale robi to pokracznie. Do czasu, aż nie udowodni, iż potragi, to każda kolejna miliardowa inwestycja w infrastrukturę w ich wypadku będzie dla rynku bardziej ciężarem niż argumentem za wyższą wyceną.
Pęknięcie komfortu w software
Na tym nie koniec problemów dostrzeganych przez rynek, bo Microsoft to przede wszystkim jeden z najlepszych biznesów software’owych na świecie. Jego najbardziej rentowny rdzeń siedzi w segmentach opartych na subskrypcjach, wysokich switching costs i bardzo wysokich marżach. Microsoft 365 i szerzej Productivity and Business Processes odpowiadają za ponad połowę zysku operacyjnego całej grupy, a marże w tym obszarze przekraczają 60%.
Tu zaczyna się drugie dno problemów. W ostatnich miesiącach rynek zaczął coraz agresywniej wyceniać scenariusz, w którym klasyczny software przestaje być aż tak komfortowym biznesem jak wcześniej. Agentowa AI, automatyzacja i cały ten software’owy sell-off sprawiły, iż inwestorzy zaczęli zadawać sobie pytanie, czy część funkcji, za które firmy dziś płacą w modelu SaaS, nie zostanie z czasem uproszczona, zautomatyzowana albo zjedzona przez nową warstwę AI.
I nie chodzi choćby o to, iż ten scenariusz już się materializuje. Sam wzrost niepewności wystarczył, by rynek zaczął obniżać mnożniki dla całego sektora software, a Microsoft to największa firma software na świecie, z wysoką wagą w funduszu ETF IGV, który agreguje koszykowo firmy SaaS z USA.

Gdy inwestor przestaje rozumieć, jak będzie wyglądać przyszła ekonomika sektora, naturalnie podnosi premię za ryzyko, a gdy rośnie premia za ryzyko, to spadają mnożniki. Szczególnie boleśnie uderza to w biznesy software’owe, których duża część wartości leży w przyszłych przepływach pieniężnych.
Microsoft wpada w wyjątkowo niewygodne miejsce. Z jednej strony rynek nie chce już płacić dawnej premii za chmurę, która staje się coraz bardziej kapitałochłonna i mniej przejrzysta. Z drugiej strony zaczyna też mniej chętnie płacić za software, bo boi się, iż AI może z czasem osłabić część przewag klasycznego SaaS. Innymi słowy, Microsoft jest dziś karany jednocześnie za tę część biznesu, która ma napędzać przyszłość, i za tę część biznesu, która przez lata była jego najbezpieczniejszym i najbardziej dochodowym fundamentem. Podwójna kara.
Dlatego ten sell-off jest tak ciekawy. Rynek zachowuje się dziś trochę tak, jakby wrzucał Microsoft do jednego worka z szerokim software’em zagrożonym przez AI, a to troche interpretacja na wyrost. Microsoft 365 nie jest przecież przypadkowym SaaS-em sprzedawanym na abonament. To infrastruktura pracy dla firm, administracji i instytucji. Word, Excel, Outlook czy Teams są dużo bliżej systemu operacyjnego dla pracy biurowej niż jakiegoś łatwego do zastąpienia narzędzia.
Jednak coraz częściej pojawiają się też komentarze, iż choćby bardzo duże i ostrożne fundusze czy instytucje zaczynają wdrażać produkty bezpośrednio od labów AI, jak Claude Enterprise od Anthropic, a to już jest niewygodny sygnał dla Microsoftu. jeżeli produkty samych labów zaczynają zdobywać klientów także w branżach regulowanych I trudnych do ruszenia, to Microsoft ma problem.
Przez lata największą przewagą firmy była dystrybucja, relacje z enterprise i bezpieczeństwo. jeżeli przedsiębiorstwa zaczynają akceptować produkty AI labów bezpośrednio, to rynek ma prawo zadawać pytanie, czy przewaga dystrybucyjna Microsoftu nie staje się trochę mniej imponująca, niż była wcześniej.
Z drugiej strony, może to po prostu efekt słabości Copilota? jeżeli masz product nieniespójny i za mało dopracowany, to klienci migrują.
Dlatego Microsoft jest dziś wyceniany tak nerwowo. Rynek nie wie jeszcze, czy spółka będzie właścicielem tej nowej warstwy AI, czy tylko jej gorzej marżowym pośrednikiem, a to robi różnicę.
Znajdziesz tam więcej wartościowych treści o inwestowani, giełdzie i rynkach.
DNA Rynków – merytorycznie o giełdach i gospodarkach
Rozsądna wycena i nierozstrzygnięta przyszłość
Okej, to skoro znamy już główne bolączki rynku, to sprawdźmy teraz, jak dzisiejsza wycena spółki wypada na tle historycznym, bo problem problemami, ale może po prostu rynek przesadził. Wrzucanie Microsoftu do jednego worka z całą resztą sektora może być już zbyt mechanicznym uproszczeniem. To jest ten klasyczny mechanizm, o którym mówię regularnie.
Algorytmy i inwestorzy krótkoterminowi wrzucają spółkę do niekorzystnego koszyka, obniżają mnożnik i nie analizują, na ile to konkretne story jest faktycznie zagrożone.

Patrząc na wskaźnik ceny do sprzedaży, widać wyraźnie, iż wycena Microsoftu zeszła do poziomów niższych niż choćby w okresie napięć związanych z taryfami celnymi Trumpa z kwietnia 2025. Ostatni raz tak niskie poziomy widzieliśmy w trakcie bessy z lat 2022–2023.
Z kolei wskaźnik P/E jest choćby niżej, niż w 2022 roku! Choć przypominam, iż ostatnie zyski zostały troche zawyżone wspomnianą rewaluacją inwestycji w OpenAI.

Na tle porównawczym trudno już bronić tezy, iż Microsoft powinien być wyceniany na premiowym mnożniku, skoro rynek potrafił okresowo wyceniać Google, Amazona czy Metę na podobnych, a choćby niższych poziomach. jeżeli te spółki potrafiły handlować się tak tanio, to dlaczego Microsoft miałby zasługiwać na premię, skoro pod kątem organicznych zdolności w AI wypada gorzej?
Akcje Microsoftu nie spadły dlatego, iż biznes nagle się załamał. Spadły dlatego, iż rynek przeszedł od bezwarunkowego zachwytu nad AI do dużo bardziej brutalnego pytania: kto na tej rewolucji zarobi, a kto tylko sfinansuje jej infrastrukturę. Na razie Microsfot wpada do drugiego worka.
To oczywiście nie znaczy, iż przyszłość firmy jest przesądzona. To przez cały czas jedna z najlepszych jakościowo firm na świecie. Generuje ogromne przychody, wysokie marże, potężne przepływy pieniężne i działa w modelu, który pozostaje wyjątkowo stabilny. Ma też coś, czego większość firm AI może mu tylko zazdrościć: gigantyczną dystrybucję i relacje z sektor korporacyjnym.
Microsoft nie przestał być świetną firmą. Zmienił się jednak sposób, w jaki rynek patrzy na jego biznes. Jeszcze niedawno wystarczyło powiedzieć „AI” i mnożniki rosły same. Dziś rynek zadaje dużo bardziej niewygodne pytanie: kto na tej rewolucji naprawdę zarabia, a kto tylko finansuje jej rozwój. Na razie Microsoft nie daje na to jednoznacznej odpowiedzi.
Z jednej strony masz fenomenalny software, ogromną skalę i dystrybucję, której konkurencja może tylko pozazdrościć. Z drugiej coraz droższy wzrost w chmurze, zależność od OpenAI i brak przekonujących własnych produktów AI.
To właśnie to napięcie tworzy dzisiejszą wycenę.
Jeśli jednak Microsoft udowodni, iż potrafi tę technologię realnie monetyzować na swoich warunkach, to ta historia bardzo gwałtownie się odwróci.
Historia lubi się przecież powtarzać. Jeszcze niedawno to Google był uznawany za przegranego w wyścigu AI. Dziś role się odwróciły i to Microsoft zaczyna być traktowany jako ten, który przegapił moment.
Takie narracje rynkowe bardzo często zmieniają się szybciej niż fundamenty biznesu. Niewykluczone więc, iż za kilka kwartałów to właśnie Microsoft znowu będzie tym, który wróci do gry z większym impetem.
Tak, spadek akcji Microsoftu był w dużym stopniu uzasadniony, ale w tej chwili spółka jest wyceniona bardzo rozsądnie. To nie jest moja ulubiona firma z Big Tech do kupowania, przynajmniej dopóki Microsoft wyraźniej nie pokaże, iż potrafi rozwijać własne produkty AI, ale nie miałbym też mentalnego problemu ze zbudowaniem w niej pozycji po obecnych cenach.
Do zarobienia,
Piotr Cymcyk

1 dzień temu
Obserwuj 






