Nauczyli nas regułek i dat – śpiewa zespół Turbo w hicie „Dorosłe dzieci”. Nauczyli nas też, iż im więcej różnorodności, tym lepiej. O ile jednak wyuczone regułki i daty bywają prawdziwe, o tyle to drugie nie – pisze Sebastian Stodolak, wiceprezes WEI w artykule dla Dziennika Gazety Prawnej.
Pamiętacie, co jest oficjalnym mottem Unii Europejskiej? „In varietate concordia”, z łaciny: „Zjednoczona w różnorodności”. Oczywiście, iż pamiętacie. UE przypomina o tym wyjątkowo często, próbując w niewystarczająco różnorodnych dziedzinach różnorodność zaprowadzić. By było wszędzie tak samo różnorodnie, rzecz jasna.
Mają w tym pomóc akty prawne, takie jak dyrektywa o kobietach w zarządach spółek giełdowych, bankowa dyrektywa CRD IV, dyrektywa o raportowaniu w zakresie zrównoważonego rozwoju CSRD czy program Horyzont Europa.
Jednakże, gdy się w te akty wczytać, okazuje się, iż w większości są łagodne i wręcz – w porównaniu z szumnymi deklaracjami eurokratów – mało ambitne. Czyżby w Unii nie wierzono we własne deklaracje i różnorodność nie była aż tak wielkim błogosławieństwem?
Debata o różnorodności coraz częściej przenosi się z poziomu deklaracji na poziom mierzalnych efektów.
Hipoteza różnorodności
Jest jeszcze jedna możliwość: do eurokratów w końcu dociera to, co o różnorodności mówi nauka. Co prawda, trzymają się jeszcze starej narracji, ale w swoich działaniach korygują kurs. Nie – nie chodzi o to, iż heterogeniczność polityczna, społeczna czy gospodarcza nagle okazała się w świetle badań czymś niepożądanym. Przeciwnie – jest wskazana i korzystna. Ale czasami korzyści z niej są albo przecenianie, albo ujawniają się tylko do momentu przekroczenia pewnego progu, albo nie ujawniają się wcale, jeżeli różnorodność rozumie się zbyt arbitralnie i poza kontekstem.
Ten ostatni przypadek ma miejsce w samej nauce. „W ostatnich dziesięcioleciach mnożyły się twierdzenia dotyczące wartości i korzyści płynących z różnorodności, stając się współczesnym świeckim credo, które ożywia ducha niemal wszystkich elitarnych instytucji świata anglojęzycznego. Weźmy na przykład oświadczenie prezydenta Billa Clintona wygłoszone podczas orędzia o stanie państwa, iż «nigdy, przenigdy nie wolno nam wierzyć, iż nasza różnorodność jest słabością. Jest ona naszą największą siłą». w tej chwili takie twierdzenia dotyczące wartości i korzyści płynących z różnorodności, co nazywamy «hipotezą różnorodności», są powszechne, a choćby aksjomatyczne” – piszą Jordan P. Beck, Zachary Patterson i Samuel Wilson w opublikowanym we wrześniu 2026 r. przeglądzie literatury.
Czy różnorodność poprawia wyniki naukowe?
Dokonują w nim analizy badań dotyczących wpływu różnorodności na wyniki w naukach przyrodniczych i społecznych. Przegląd obejmuje 104 prace z lat 1982–2025, które przeszły rygorystyczną selekcję. Konkluzje są zdumiewające. Okazało się, iż jedynie od 15 proc. do 28 proc. wyników uwzględnionych badań jest spójnych z hipotezą różnorodności. „(….) Istnieje kilka dowodów empirycznych na to, iż różnorodność poprawia wyniki naukowe lub ich oddziaływanie. W rzeczywistości […] większość dowodów wydaje się wskazywać na coś zupełnie przeciwnego” – podsumowują naukowcy.
I tu ciekawostka: dowody wspierające hipotezę różnorodności pojawiały się w pracach skoncentrowanych na różnorodności w zakresie tego, jakie dyscypliny reprezentowali członkowie zespołów badawczych. Tyle iż akurat tego rodzaju różnorodność brało pod lupę zaledwie 18 analizowanych prac. Najczęściej stosowanym wskaźnikiem różnorodności, który wykorzystywano, badając różnorodność w nauce, były płeć i rasa, czyli kryteria demograficzne i etniczne, które zderzano z liczbą publikacji, czyli najczęściej stosowanym wskaźnikiem naukowej płodności.
Z pracy Becka, Pattersona i Wilsona można tymczasem wnioskować, iż korzystna dla nauki jest różnorodność interdyscyplinarna w zespołach badawczych, bo umożliwia spojrzenie na jeden problem z wielu często rozbieżnych perspektyw, które łączy metoda naukowa. Pozwala ludziom posługującym się tym samym językiem, językiem nauki, na głębsze zrozumienie problemu. Różnorodność w nauce może być zatem korzystna tam, gdzie chodzi o różne światopoglądy, a nie płeć czy tożsamość narodową.
Wspomniany na wstępie program Horyzont Europa promuje różnorodność w nauce rozumianą przede wszystkim jako równowagę płci. jeżeli moja optymistyczna hipoteza jest słuszna i eurokraci faktycznie słuchają tejże nauki, program prędzej czy później zreformują.
Kluczowe pytanie nie brzmi już tylko „czy różnorodność pomaga?”, ale także „jaka różnorodność, w jakim środowisku i przy jakich zadaniach?”.
Zbyt różnorodni, by ufać
Choć unijne hasło „Zjednoczona w różnorodności” ma bardzo szerokie zastosowanie, to oryginalnie dotyczyło przecież przede wszystkim kwestii ustrojowych i społeczno-kulturowych. Miało opisywać unikatowość europejskiego eksperymentu. W 2000 r., gdy motto przyjęto, Unia Europejska liczyła 15 państw zamieszkiwanych przez ok. 60–100 grup narodowościowych. Dzisiaj, w 2026 r., do UE należy 27 krajów, przy czym na jej terenie mieszkają przedstawiciele adekwatnie wszystkich oficjalnie uznawanych państw świata (ponad 190). Ta różnorodność jest wynikiem otwartości migracyjnej i faktu, iż Stary Kontynent oferował gościom z całego świata „European Dream”.
W odniesieniu do tej różnorodności przyjęto – niemal aksjomatyczne – założenie, iż jest ona czymś jednoznacznie pozytywnym. Założenie to wyrosło z ideologii multikulturalizmu – poglądu, iż należy nie tylko pozwalać na imigrację, ale także robić wszystko, by imigranci mogli w pełni zachować odrębność kulturową. Wybrzmiewała w tym liberalna wiara w to, iż istnieje pewien rdzeń wartości, co do których wszyscy mogą się zgodzić i iż możliwe jest zaprojektowanie instytucji, które na straży tych wartości staną. Efektem miało być zróżnicowane, ale żyjące ze sobą w harmonii społeczeństwo. Jednym z wielkich teoretyków takiego podejścia był niemiecki filozof Jürgen Habermas. Uważał, iż społeczeństwo nie potrzebuje jednolitej kultury narodowej, a co za tym idzie, praktyk asymilacyjnych – wystarczy, iż jego członkowie akceptują demokratyczne fundamenty.
Czy różnorodność etniczna wpływa na zaufanie społeczne?
Czy to stanowisko pozbawione jest racji? Cóż, z jednej strony wiemy, do czego prowadzi brak otwartości: do implozji i upadku. Jak pokazuje Johan Norberg w książce „Apogeum ludzkości”, każdy historyczny szczyt cywilizacyjny skorelowany był z pluralizmem wartości, wolnością i otwartością na to, co obce i nowe, a każdy cywilizacyjny zmierzch przeciwnie: z zamykaniem się, okopywaniem się i nieufnością wobec tego, co nieznane. Z drugiej strony, nauczeni doświadczeniem, wiemy już, iż pewne systemy światopoglądowe zaimportowane do Europy wraz z imigrantami są nie do pogodzenia z ideą demokracji liberalnej. Z chęcią – korzystając z jej narzędzi – zdominowałyby Europę, by potem ją zastąpić np. teokracją. To wielkie ostrzeżenie formułowane w pisarstwie Francuza Michela Houellebecqa.
Choć politycy mają usta pełne frazesów o pełnej otwartości dla mniejszościowych grup etnicznych czy religijnych i ich praktyk, to coraz częściej prowadzą politykę o przeciwnym wektorze. W Szwecji dzisiaj adekwatnie dopłaca się imigrantom do powrotu do kraju pochodzenia, znacząco podnosząc od 2026 r. granty repatriacyjne dla legalnie przebywających cudzoziemców, którzy zrobią to dobrowolnie, a we Francji ustawowo zakazuje się noszenia burek w miejscach publicznych. Wszystko to dzieje się tak, jakby zorientowano się, iż jednak po przekroczeniu pewnego poziomu różnorodność szkodzi.
A to znów zjawisko potwierdzone badaniami. Peter Thisted Dinesen, Merlin Schaeffer i Kim Mannemar Sønderskov w przeglądzie „Ethnic Diversity and Social Trust” z 2020 r. zebrali 1001 oszacowań z 87 badań prowadzonych głównie w krajach rozwiniętych i poddali je metaanalizie. Wynik? Im bardziej zróżnicowane etnicznie otoczenie, tym niższe zaufanie społeczne. Zależność ta utrzymuje się po uwzględnieniu ubóstwa, przestępczości, statusu społeczno-ekonomicznego i pochodzenia samych badanych. Najsilniej cierpi zaufanie do sąsiadów i najmocniej widać to na poziomie osiedla, tam, gdzie z obcymi styka się człowiek na co dzień. Można powiedzieć, iż ludzie w zbyt różnorodnym otoczeniu „zamykają się w sobie”, tracąc zaufanie także do własnej grupy. Zanika wspólnota, także wspólnota wartości, co w rezultacie podkopuje demokrację, czyniąc ją podatną na różnego typu ekstremizm.
Społeczne skutki różnorodności zależą nie tylko od jej skali, ale również od zdolności wspólnoty do utrzymania wspólnych norm i zaufania.
Efektownie, ale nie efektywnie
Różnorodność w nauce jest dobra, o ile jest adekwatnie rozumiana. Różnorodność w społeczeństwie jest dobra, o ile nie przekracza pewnego poziomu. A co z różnorodnością w gospodarce?
Tu, wydawać by się mogło, im więcej różnorodności, tym lepiej, prawda? Prowadzi ona do uzupełniania się talentów, co zwiększa produktywność, innowacyjność i zyskowność. Takim przekonaniem podszyta jest unijna legislacja mająca zagwarantować co najmniej 40-proc. udział „płci niedoreprezentowanej” wśród członków niewykonawczych, czyli w radach nadzorczych, albo co najmniej 33-proc. we wszystkich organach spółki łącznie. W kontekście tego typu legislacji szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen podkreślała publicznie, iż „mocno wierzy w siłę różnorodności”. Hadja Lahbib, komisarz ds. równości, podkreśla, iż „różnorodność nie jest kosztem czy kompromisem”, a jej poprzedniczka Helena Dalli wskazywała na płynące z różnorodności „korzyści w postaci innowacji i wzrostu”. Czy te przekonania mają uzasadnienie w faktach? Mają, ale – znów – jest ono ograniczone. Prawda ponownie domaga się tu niuansowania.
Czy większa różnorodność w zarządach poprawia wyniki firm?
Weźmy taką Norwegię, która w 2003 r. nakazała, by 40 proc. członków rad nadzorczych stanowiły kobiety. Ambitnie, bo poziom wyjściowy stanowił 9 proc. Poziom ten udało się osiągnąć po czterech–pięciu latach. Czy związany był z istotnym polepszeniem wyników spółek? Nie. Akcjonariusze na tym nie skorzystali. Oczekiwanie, iż w UE będzie inaczej, nie ma podstaw. Zwłaszcza iż gdy przyjmowano dyrektywę Women on Boards w 2022 r., średnio w UE kobiety stanowiły już niemal 35 proc. członków rad niewykonawczych (choć z dużymi różnicami między poszczególnymi krajami).
Unijna mitologia o zbawiennym wpływie różnorodności płciowej w zarządach na zyskowność spółek była budowana m.in. na podstawie czterech raportów firmy konsultingowej McKinsey publikowanych w latach 2015–2023. Dame Vivian Hunt, będąca współautorką wszystkich czterech, w wywiadzie dla telewizji Bloomberg przekonywała: „Z naszych danych wynika, iż firmy posiadające bardziej zróżnicowane zespoły kierownicze odnoszą większe sukcesy. Przodujące firmy z naszych zbiorów danych dążą do różnorodności, ponieważ jest to biznesowa konieczność i przynosi realne wyniki biznesowe”.
Amerykańscy ekonomiści Jeremiah Green i John R.M. Hand postanowili te twierdzenia zweryfikować, „stosując podejście oparte na testach empirycznych firmy McKinsey w odniesieniu do przedsiębiorstw wchodzących w skład indeksu S&P 500”, jak tłumaczą w pracy „McKinsey’s Diversity Matters/Delivers/Wins Results Revisited” z 2024 r. Efekty dla hipotezy różnorodności były rozczarowujące. „Stwierdziliśmy brak statystycznie istotnych powiązań między miarami różnorodności rasowej i etnicznej kadry kierowniczej opracowanymi przez firmę McKinsey, a nie tylko marżą EBIT skorygowaną o uwarunkowania branżowe, ale także skorygowanym o uwarunkowania branżowe wzrostem sprzedaży, marżą brutto, rentownością aktywów, rentownością kapitału własnego oraz całkowitą stopą zwrotu dla akcjonariuszy” – konkludują badacze.
Ich wyniki okazały się nieodległe od tych zaprezentowanych również w 2024 r. w „The Relationship Between Team Diversity and Team Performance”, największej i najstaranniejszej metaanalizie przedmiotu, jaką dotychczas przeprowadzono. Wzięto w niej pod uwagę aż 615 raportów badawczych. Okazało się, iż – owszem – istnieje pozytywny i statystycznie istotny związek wyników ekonomicznych osiąganych przez zespoły pracownicze z różnorodnością, ale jest on tak mały, iż w praktyce pomijalny. Tłumaczy on poniżej 1 proc. różnic między wynikami zespołów. Reszta różnic to pochodna kompetencji, zarządzania, zasobów, a choćby czystego szczęścia. Autorzy pracy wskazują na znaczenie kontekstu dla oddziaływania różnorodności: „Korelacje były bardziej pozytywne, gdy zadania charakteryzowały się większą złożonością lub wymagały kreatywności i innowacyjności, a także, gdy zespoły działały w środowiskach o niższym poziomie kolektywizmu i dystansu władzy” – zauważają
(…)
Cały tekst dostępny jest TUTAJ.

4 godzin temu






