Najbardziej niedoceniana giełda w Europie? Włochy to spółki premium w niskiej cenie.

1 dzień temu

Włochy większości inwestorów kojarzą się z wakacjami, pizzą i politycznym chaosem. I właśnie przez te skojarzenia włoska giełda od lat trafia do jednej szufladki z napisem „niepoważne i nudne”.

Problem w tym, iż pod tą warstwą stereotypów kryje się jeden z najbardziej niedocenianych rynków w Europie.

Bo Włochy to nie tylko kraj sjesty, ale też fabryka globalnych marek, które sprzedają produkty z marżami, o jakich większość spółek może tylko pomarzyć. Marki, które w Stanach byłyby wyceniane trzy razy lepiej w Dolinie Krzemowej, a u siebie wyglądają jakby ktoś zapomniał zmienić metkę.

To rynek, gdzie luksus spotyka przemysł, technologia spotyka rzemiosło, a wyceny często wyglądają jak promocja, której nikt nie zauważył.

W tym materiale pokażę wam pięć ciekawych włoskich spółek, które pokażą wam, dlaczego ignorowanie Włoch może być dla inwestora kosztownym błędem.

Najbardziej niedoceniana giełda w Europie? Włochy to spółki premium w niskiej cenie.

Zyskaj podwójnie z Saxo!

Załóż konto w Saxo Banku z tego linku https://bit.ly/saxo-dna-bonus i odbierz:

– 250 euro bonusu na start
– najnowsze wydanie Stockscan – zupełnie za darmo!

Niedoceniany rynek, realna jakość

Włochy mają jedną z najbardziej niedocenianych giełd w Europie. I to nie dlatego, iż brakuje tam jakości. Raczej dlatego, iż świat przyzwyczaił się patrzeć na włoską gospodarkę przez pryzmat różnych kryzysów. Tymczasem tamtejsze spółki robią coś o wiele prostszego. Działają, rosną i zarabiają, jakby wszystkie polityczne burze były tylko hałasem w tle.

Najważniejszy fakt na start? Wiele włoskich firm notowanych na tamtejszej giełdzie ma wyceny wyraźnie niższe niż ich odpowiedniki w USA czy choćby w Niemczech. To rynek, gdzie inwestor często dostaje jakość premium w cenie dyskontowej. w tej chwili wskaźnik C/Z dla szerokiego Włoskiego rynku to nieco ponad 13, tymczasem choćby Polski WIG20 jest dziś wyceniany w okolicach 15.

Made in Italy jako fosa ekonomiczna

I nie mówimy tu o jakichś lokalnych manufakturach. Mówimy o globalnych markach, które potrafią sprzedawać produkty z marżą, o jakiej większość firm może tylko marzyć. Klucz do tej przewagi to marka Made in Italy. Dla konsumentów na całym świecie to nie jest naklejka, tylko obietnica, iż dostają produkt dopracowany w każdym detalu. Taki efekt nie tworzy się z dnia na dzień. To lata rzemiosła, projektowania i budowania reputacji. I to właśnie działa jak fosa ekonomiczna. Kiedy konkurenci walczą ceną, włoskie firmy często po prostu dyktują warunki.

Do tego trzeba dodać jeszcze jedną, często pomijaną rzecz. Włochy są drugą największą potęgą przemysłową Unii Europejskiej. Zaraz po Niemczech. Tylko iż robią to po cichu, bez hałasu, bez fanfarów. A jednak to przemysł jest fundamentem wielu największych włoskich spółek, niezależnie od tego, czy mówimy o luksusie, farmacji, technologii czy obronności.

Dopiero kiedy widzimy cały ten obrazek, to zaczyna być jasne, dlaczego rynek włoski jest warty uwagi. Niskie wyceny, silne marki i sektor przemysłowy, który nie boi się globalnej konkurencji. Okej, to teraz przejdziemy do konkretnych spółek, które najlepiej pokazują, jak działa ta włoska przewaga w praktyce. W każdym z tych biznesów znajdziemy inny kawałek układanki.

Ferrari – luksus przebrany za motoryzację

Ferrari – to jedna z tych firm, które całkowicie wymykają się prostej klasyfikacji. Oficjalnie producent samochodów, a w praktyce spółka luksusowa, która sprzedaje emocje, status i przynależność do elitarnego klubu. To dlatego Ferrari od lat utrzymuje marże, które dla większości branży motoryzacyjnej brzmią jak żart. Kiedy

BMW, czy Volkswagen znajdują się pod presją chińskich elektryków i ich marże kurczą się od kilku lat, to Ferrari na luzie sobie swoje marże podnosi i to w sytuacji, gdzie i tak są one diametralnie większe od klasycznych producentów samochodów. Ostatnio marża operacyjna przekracza tam choćby 28%. Dla porównania Volkswagen ma marże w okolicy 6%. Dlaczego? Ponieważ Ferrari, to realnie NIE jest spółka motoryzacyjna.

Przewaga nie wynika z kosztów czy skali działania. Źródłem przewagi jest marka, czyli aktywo o wartości trudnej do oszacowania, ale bardzo łatwej do zobaczenia w wynikach finansowych.

Model działania Ferrari to mistrzostwo zarządzania popytem. Firma celowo produkuje mniej aut niż wynosi zapotrzebowanie rynku. To utrzymuje kolejki klientów i sprawia, iż każdy model staje się obiektem pożądania. Kiedy inni producenci muszą kusić rabatami, Ferrari zwykle po prostu podnosi ceny i wychodzi na tym lepiej. To jest realna siła cenowa, której mogą zazdrościć choćby topowe luksusowe marki modowe.

Warto też zwrócić uwagę na to, jak Ferrari wchodzi w nowe kategorie. Przykład to model Purosangue. SUV, który według klasycznych zasad powinien rozmyć ekskluzywność marki. Tymczasem Ferrari zrobiło z tego przewagę. Stworzyło model, który nie konkuruje ceną, bo kosztuje więcej niż większość supersamochodów innych producentów. I popyt na niego tylko potwierdził, iż Ferrari potrafi rozszerzać portfolio bez utraty charakteru.

Ferrari na zakręcie: elektryfikacja i oczekiwania rynku

Przed firmą stoi jeszcze jeden duży rozdział. Elektryfikacja. To poważny test, bo duża część magii Ferrari opiera się na dźwięku i charakterze silników spalinowych. W praktyce inwestorzy liczą, iż Ferrari zrobi to po swojemu. Nie będzie gonić trendu, tylko zdefiniuje go tak, aby zachować swoje DNA. Niestety tutaj w ostatnim czasie pojawiły się pierwsze zgrzyty. W październiku notowania tąpnęły o ponad 16% w ciągu dnia, co doprowadziło do chwilowego wstrzymania handlu z powodu zbyt dużej zmienności. Powód?

Ciosem dla akcji były zmienione plany dotyczące elektryfikacji. Ferrari pochwaliło się pierwszym modelem EV, Elettrica, który ma zadebiutować w 2026 roku, ale równocześnie obniżyło ambicje w tym segmencie. Według nowej strategii, auta w pełni elektryczne mają stanowić tylko 20% gamy w 2030 roku, zamiast 40%, jak zapowiadano jeszcze w 2022 roku.

Ta decyzja została odebrana jako sygnał, iż Ferrari nie jest gotowe w pełni wejść w wyścig elektryfikacyjny, co zaniepokoiło inwestorów.

Dodatkowym rozczarowaniem, okazały się prognozy finansowe i ostrożny ton zarządu. Ferrari zaprezentowało nowy plan rozwoju do 2030 roku, w którym przewiduje wzrost skorygowanego zysku operacyjnego w kolejnych 5 latach ledwo o 5,8% rocznie. To zdecydowanie gorzej niż zapowiadano trzy lata temu.

Rynek oczekiwał, iż firma pokaże ambitniejszą ścieżkę rozwoju. W efekcie mamy spółkę, która ma za sobą imponującą historię rozwoju i wzrostu, ale aktualnie znalazła się na zakręcie. Takie sytuacje zawsze obniżają tymczasowo wyceny.

Zwłaszcza, gdy jesteś wyceniany jak marka luksusowa. Wyprzedzający wskaźnik Cena do Zysku to okolice 34 i to jeden z niższych odczytów od 2020 roku.

Ferrari jako element portfela defensywnego

Ferrari to jednak dalej generator marż oparty na najcenniejszym aktywie, jakie może mieć firma. Elektryfikacja sektora jest tu wyzwaniem, ale nie jest niczym, co realnie zagraża marży w długim terminie. Ferrari regularnie udowadniało, iż potrafi rozszerzać portfolio bez jej utraty, a skoro tak, to ja o swoje inwestycje w Ferrari jestem spokojny.

Ferrari jest od pewnego czasu obecne w portfelu spółek defensywnych, który prowadzę dla was w Saxo Banku. Do tego portfela co miesiąc wpłacam nowe 2500 złotych. To poziom, który dla wielu gospodarstw domowych powinien być akceptowalny. Celem jest pobicie indeksów, ale w zachowaniem odpowiedniego ryzyka. Siłą rzeczy pobijemy je więc mniej niż w przypadku portfela agresywnego, ale zmienność również będzie o wiele mniejsza. Na teraz w portfelu poza Ferrari są m.in. spółki takie jak Novo Nordisk, Taiwan Semiconductor, Eventim, czy Brookfield Corporation.

Ferrari naprawdę idealnie pasuje do takiego portfela. Silna fosa, wielka marka i kolosalne marże. Pamiętajcie, iż celem żadnego portfela nie jest pobić rynek w KAŻDYM interwale. Celem portfela jest pobić rynek ogółem. Ostatnio do tego portfela wjechały też mocno akcje Meta i wydrenowały cały budżet. Na nowe zakupy będę musiał poczekać już do Nowego Roku.

Sanlorenzo – luksus szyty na miarę

Ale Ferrari to nie jedyna spółka luksusowa z tego zestawienia. Sanlorenzo to perfekcyjny przykład tego, iż luksus nie kończy się na modzie czy samochodach. Włoscy rzemieślnicy potrafią tworzyć także jachty, które bardziej przypominają dzieła sztuki niż transport. W tym miejscu Sanlorenzo zbudowało swoją przewagę. To producent jachtów i superjachtów, ale działający w zupełnie innym tempie i filozofii niż reszta rynku.

Podstawowa zasada Sanlorenzo jest prosta. Nie produkujemy masowo. Każdy jacht powstaje na zamówienie i ma spełniać niemal wszystkie zachcianki właściciela. To podejście made to measure powoduje, iż firma operuje w segmencie klientów, którzy nie reagują na recesję tak jak reszta rynku. Kiedy globalne nastroje słabną, klasa ultra wealthy zwykle ma wciąż tyle samo kapitału, a często choćby więcej. Dzięki temu popyt na superjachty jest znacznie bardziej stabilny niż mogłoby się wydawać.

Warto zwrócić uwagę na to, jak Sanlorenzo buduje marże. Firma nie musi ścigać się ceną, bo jej produkt nie jest porównywalny z masowymi jednostkami. Każdy jacht to kombinacja włoskiego designu, manualnego wykonania i zaawansowanej inżynierii. I co ważne, to nie jest nisza, która działa zrywami. Ultra zamożni klienci są jedną z najtrwalszych grup konsumentów, a ich wydatki w segmencie dóbr unikalnych rosną od lat niezależnie od cykli gospodarczych.

Sanlorenzo korzysta też na jeszcze jednym trendzie. Superjacht stał się dziś nie tylko symbolem statusu, ale też prywatną przestrzenią, gdzie właściciel ma pełną kontrolę nad otoczeniem. W świecie pełnym globalnych zawirowań ta potrzeba autonomii tylko rośnie, a skoro rośnie, przybywa klientów gotowych zapłacić za produkt, który daje im swobodę i prywatność.

To wszystko sprawia, iż Sanlorenzo działa jak luksusowa marka premium, a nie jak część tradycyjnego przemysłu stoczniowego. I podobnie jak w przypadku Ferrari, fundamentem biznesu jest umiejętność powiedzenia klientowi bardzo ważnego słowa. „Nie.” Ograniczona podaż tworzy nadpopyt, a ten z kolei utrzymuje ceny i prestiż marki. jeżeli po jachty trzeba ustawiać się w kolejce i na nie czekać, niezależnie od tego, ile masz pieniędzy, to ich ekskluzywność rośnie, a klienci wręcz chcą zapłacić więcej, bo to tylko podbija emocjonalną wartość całej transakcji.

Na tym jednak historia się nie kończy. Jacht to dopiero początek relacji z klientem. Prawdziwym źródłem stabilności biznesu jest serwis. Sanlorenzo nie kończy pracy w momencie wodowania jednostki. Właściciel potrzebuje stałego wsparcia technicznego, części zamiennych i regularnych przeglądów. Jacht tej klasy to pływająca rezydencja, której utrzymanie wymaga zespołu ekspertów.

Tu wchodzi w grę model, który generuje powtarzalne przychody i cementuje związek klienta z marką na lata. Sanlorenzo staje się nie tylko producentem, ale opiekunem całego cyklu życia jachtu. W ten sposób zapewnia sobie stałego klienta, który regularnie musi wracać i nie ma na rynku realnej alternatywy, bo to nie jest seryjny model jachtu, tylko spersonalizowany produkt.

I co ważne z perspektywy inwestora, spółka jest notowana z wyprzedzającym wskaźnikiem cena na zysk w okolicy 10, a nie 34, jak Ferrari.

Mówimy o spółce, której zysk operacyjny rośnie za ostatnie 8 lat w tempie ok 29% średniorocznie i wycenie zbliżonej do czegoś, co od dawna wpadło w stagnację. Włoski rynek w praktyce…

Polub nas na Facebook!

Znajdziesz tam więcej wartościowych treści o inwestowani, giełdzie i rynkach.

DNA Rynków – merytorycznie o giełdach i gospodarkach

Stevanato i Moltiply – niewidoczni beneficjenci globalnych trendów

Idźmy dalej. Tym razem coś innego. Stevanato Group. Jedna z tych firm, które działają w cieniu wielkich marek farmaceutycznych, ale bez nich cała branża mogłaby się zatrzymać. To klasyczny producent kilofów i łopat. Zamiast ryzykować miliardy na badania leków, Stevanato sprzedaje narzędzia, bez których żadna szczepionka ani żaden zastrzyk nie trafi do pacjenta. W fiolkach i strzykawkach nie ma fajerwerków. Jest za to coś znacznie bardziej wartościowego. Stabilny, przewidywalny popyt.

Firma zaczynała jako rodzinny biznes produkujący szklane opakowania. Dziś jest globalnym liderem w precyzyjnym formowaniu szkła i tworzeniu gotowych systemów iniekcyjnych, które spełniają rygorystyczne normy branży farmaceutycznej. Każdy nowy lek, każda terapia, każda dawka szczepionki potrzebuje wysokiej jakości opakowania. I dopiero tutaj zaczyna się prawdziwa przewaga Stevanato.

Największym turbozasileniem wzrostu są dziś leki z grupy GLP1 stosowane w leczeniu otyłości. To one tworzą nowy, gigantyczny popyt na strzykawki i kartridże dozujące, które muszą być niezawodne, sterylne i idealnie powtarzalne. Kiedy producenci leków walczą o moce produkcyjne i udziały w rynku, Stevanato stoi w pozycji dostawcy, który może dyktować warunki, bo w farmacji nie ma miejsca na błędy.

Strzykawka to nie jest zwykły kawałek plastiku. To element całego systemu prowadzenia terapii. Dlatego zmiana dostawcy jest trudna, kosztowna i trwa miesiącami. I to właśnie buduje fosę tej firmy. Raz pozyskany klient nie ma motywacji, żeby szukać nowego dostawcy.

Warto też zwrócić uwagę na skalowalność tego modelu. Popyt rośnie wraz z liczbą pacjentów na świecie, a nie wraz z kaprysami rynku. Zdrowie jest jedną z ostatnich kategorii, których nie obejmuje typowa rotacja. Nikt nie przestaje brać leków, bo pogorszył się sentyment rynkowy. To sprawia, iż Stevanato jest jedną z bardziej przewidywalnych spółek w całym ekosystemie farmaceutycznym.

Efekt? Umiarkowany, ale bardzo powtarzalny wzrost biznesu z silną fosą, która utrudnia klientom ucieczkę do konkurencji. Niestety w tym wypadku za stabilność trzeba zapłacić. Mnożniki wyceny są tu całkiem wysokie, jak na rynek włoski.

Mamy jednak firmę, która nie goni za medialną uwagą, ale codziennie stoi w centrum globalnego łańcucha dostaw leków bez względu na jego kondycję, a to rzadki przypadek, gdzie rzemiosło, technologia i gigantyczny popyt tworzą mieszankę idealną do długoterminowego wzrostu.

A skoro już mówimy o firmach, które potrafią skalować biznes w skali międzynarodowej, to kolejnym do wspomnienia będzie włoski digitalowy compounder, który wyrósł z porównywarek internetowych, a dziś działa jak mini konglomerat technologiczny.

Moltiply Group. Chyba jeden z najbardziej niedocenionych europejskich compounderów. To jedna z tych spółek, które wyglądają niepozornie, dopóki nie zaczniesz rozbierać na czynniki pierwsze ich modelu biznesowego. Dynamiczny ekosystem usług finansowych i technologicznych, który działa w dwóch pozornie odległych światach. Z jednej strony są porównywarki dla konsumentów. Z drugiej BPO czyli outsourcing procesów dla banków i instytucji finansowych. I to właśnie połączenie tworzy coś, co rynek często nie doszacowuje. Maszynę do compoundingu, czyli mechanizmu, który nawzajem się nakręca.

Zacznijmy od segmentu B2C. Moltiply prowadzi internetowe porównywarki kredytów, ubezpieczeń i innych usług finansowych. Konsument dostaje przejrzystość ofert i realną oszczędność czasu. Banki z kolei zyskują klientów i zainteresowanie, którego nie muszą zdobywać kosztowną reklamą. To prosty, skalowalny model, który rośnie razem z digitalizacją usług finansowych. Kiedy klienci coraz rzadziej chodzą do oddziałów, a coraz częściej robią wszystko online, rola takich platform tylko rośnie.

Druga noga to BPO, czyli outsourcing procesów zaplecza bankowego. W praktyce wygląda to tak, iż bank przekazuje Moltiply część operacji, które wcześniej robił sam. Analiza dokumentów, obsługa wniosków, procesy hipoteczne. Dużo pracy, duże koszty, mało prestiżu. Moltiply przejmuje to na siebie i robi taniej, szybciej i bardziej elastycznie, a banki chętnie na to przechodzą, bo pozwala im to skupić się na tym, co dla nich istotniejsze.

Tu pojawia się synergia, której nie widać na pierwszy rzut oka. Obie nogi biznesu karmią się nawzajem. Porównywarki generują stały dopływ klientów dla banków, a banki które przechodzą na outsourcing procesów, często pogłębiają współpracę z Moltiply w całym łańcuchu kontaktu z klientem. Z perspektywy firmy wygląda to tak, iż każdy nowy klient z porównywarki może wylądować w procesach BPO, który również obsługuje spółka. Więc teoretycznie porównywarka zarabia tylko na prowizjach od zdobywania klientów dla banków, ale w praktyce bardzo pośrednio zdobywa tych klientów też dla siebie, bo pracuje nad ich obsługą dla banków.

Czyli porównywarka jest po pierwsze samodzielnym produktem, ale po drugie narzędziem marketingowym dla drugiej nogi biznesu. Zresztą na tym synergie się nie kończą.

Jeśli Moltiply jest dla banku kluczowym dostawcą klientów (generuje im np. 20% sprzedaży kredytów hipotecznych przez porównywarkę), to realnie zarząd Moltiply ma bezpośredni dostęp do kreowania kondycji banku.

Wtedy o wiele łatwiej jest im sprzedać usługi BPO (outsourcingu). Mogą powiedzieć: „Słuchajcie, wysyłamy wam mnóstwo klientów, ale widzimy, iż macie zatory w ich obsłudze (procesowanie trwa 2 miesiące). Dajcie nam tę obsługę, my to zrobimy w 2 tygodnie, a wy sprzedacie więcej kredytów”. Jedna noga biznesu buduje zaufanie i otwiera drzwi dla drugiej. Co więcej, dzięki porównywarkom Moltiply wie, czego szukają klienci, a dzięki BPO spółka wie, jak banki oceniają ryzyko i jakie mają procedury, czyli zna ich biznes „od kuchni”. Efekt? mogą budować lepsze produkty technologiczne niż konkurencja, która zna tylko jedną stronę rynku.

Rynek wciąż patrzy na Moltiply przez pryzmat dawnej porównywarki. Tymczasem dziś to jest dużo bardziej złożony organizm. Połączenie skalowalnej technologii, stabilnych umów BPO i dodatkowo strategii przejęć, która systematycznie powiększa pole gry.

Efekt tego niezrozumienia? Taniość. Biznes jest wyceniony na Forward P/E na poziomie 14. Na rynku USA byłoby to nie do pomyślenia.

Leonardo i włoska głębia rynku

Tak dotarliśmy, do ostatniej firmy, gdzie tempo wzrostu napędza geopolityka, a kluczową zmienną jest bezpieczeństwo Europy – Leonardo. To zupełnie inny świat niż luksus czy technologie konsumenckie. Spółka, której produkt nie trafia do sklepów, tylko na biurka ministrów obrony. I właśnie dlatego jej znaczenie rośnie z każdym rokiem. W czasach, gdy Europa budzi się z geopolitycznej drzemki i zaczyna inwestować realne pieniądze w bezpieczeństwo, Leonardo wyrasta na jednego z kluczowych beneficjentów tego zwrotu.

To nie jest firma jednowymiarowa. Leonardo działa w kilku obszarach, ale dwa z nich są fundamentem jej pozycji. Pierwszy to śmigłowce, gdzie spółka należy do światowej czołówki. Włoskie konstrukcje latają zarówno w wojsku, jak i w cywilnych służbach ratowniczych, co daje firmie stabilny i zdywersyfikowany portfel klientów. Drugi filar to elektronika wojskowa. Radary, systemy kierowania ogniem, sensory. Wiele armii europejskich modernizuje swoje systemy i coraz częściej wybiera rozwiązania Leonarda, bo są kompatybilne z natowskimi standardami i rozwijane we współpracy z sojusznikami.

Leonardo jest jednym z partnerów w programach nowej generacji samolotów bojowych, gdzie decyduje się przyszłość europejskiej obronności. Takie projekty nie tylko generują przychody, ale też gwarantują długoterminową obecność spółki w krytycznych segmentach technologii militarnych. To rodzaj kontraktu, który umacnia pozycję na dekady, nie na kwartały.

Rosnące wydatki obronne w Europie działają jak wiatr w plecy. Po latach niedoinwestowania wiele państw wraca do poziomu, który realnie wzmacnia ich armie. A ponieważ Włochy od lat budują kompetencje w sektorze obronnym, Leonardo znajduje się idealnie na linii tego kapitałowego przepływu. Część przychodów pochodzi z eksportu, co daje dodatkową stabilność niezależną od budżetu jednego państwa.

Leonardo to nie jest firma, która błyszczy marketingiem. To przedsiębiorstwo, które działa w sektorze, gdzie liczy się technologia, niezawodność i wieloletnie relacje instytucjonalne, a w świecie, który staje się coraz bardziej nieprzewidywalny, takie firmy stają się fundamentem bezpieczeństwa. Dlatego w zestawieniu włoskich perełek Leonardo pełni rolę kontrastu. Nie luksusowego symbolu, tylko stalowej infrastruktury Europy.

Pięć włoskich spółek, które działają w zupełnie innych branżach, ale wszystkie łączy jedno. Każda z jest liderem swojej niszy i każda pokazuje, iż Włochy to rynek dużo głębszy i ciekawszy, niż wynika to ze stereotypów.

Ferrari pokazuje, jak wygląda firma, której marka jest najcenniejszym aktywem. Sanlorenzo udowadnia, iż włoska tradycja rzemieślnicza potrafi wygenerować marże, o których klasyczny przemysł może tylko pomarzyć. Stevanato to filar farmacji, bez którego żaden lek nie trafia na rynek. Moltiply to compounder, który udowadnia, iż Włosi potrafią też skalować technologię, a Leonardo, to dowód na to, iż Włosi potrafią tworzyć gigantów w najbardziej zaawansowanych sektorach. Włoski rynek ma naprawdę sporo do zaoferowania.

Zyskaj podwójnie z Saxo!

Załóż konto w Saxo Banku z tego linku https://bit.ly/saxo-dna-bonus i odbierz:

– 250 euro bonusu na start
– najnowsze wydanie Stockscan – zupełnie za darmo!

Do zarobienia,
Piotr Cymcyk

Porcja informacji o rynku prosto na Twoją skrzynkę w każdą niedzielę o 19:00
1
Idź do oryginalnego materiału