Najsłynniejsze chybione prognozy technologiczne. Czego uczą inwestora?

1 godzina temu

Ludzie, o których mowa w tym tekście, nie byli ignorantami. Byli wśród nich główny inżynier brytyjskiej poczty, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, współtwórca technologii Ethernet, prezesi Microsoftu i Blockbustera oraz jeden z najwybitniejszych ekonomistów XX wieku. Wszyscy publicznie i z pełnym przekonaniem przewidywali przyszłość. Wszyscy się pomylili, a ich słowa zostały udokumentowane w gazetach, protokołach i wywiadach.

Te historie są dobrym materiałem edukacyjnym, ale nie wtedy, gdy czyta się je jak listę głupstw. Ciekawsze jest pytanie, dlaczego tak kompetentni ludzie tak bardzo się mylili.

„Mamy nadmiar posłańców”

W 1879 roku brytyjska Izba Gmin zapytała Williama Preece’a, głównego inżyniera poczty, czy wynaleziony trzy lata wcześniej telefon przyda się w Wielkiej Brytanii. Preece odpowiedział komisji parlamentarnej tak:

„Sądzę, iż opisy jego zastosowań w Ameryce są nieco przesadzone, choć w Ameryce istnieją warunki, które wymagają takich urządzeń bardziej niż tutaj. My mamy nadmiar posłańców, chłopców na posyłki i tym podobnych”.

Logika Preece’a była spójna. Telefon w jego oczach rozwiązywał problem, którego Londyn nie miał, bo tania siła robocza dostarczała wiadomości gwałtownie i sprawnie. Preece nie docenił jednak, iż nowa technologia nie tylko zastępuje stare rozwiązania, ale tworzy zupełnie nowe potrzeby. Nikt nie wysyłał posłańca, żeby zapytać o drobiazg, a telefon to umożliwił.

Podobny mechanizm widać w historii z 1903 roku. Horace Rackham, prawnik Henry’ego Forda, zastanawiał się wtedy, czy zainwestować w jego raczkującą firmę. Według biografii Forda wydanej w 1922 roku, bankier, do którego Rackham poszedł po radę, wskazał na ulicę, gdzie jeździło coraz mniej rowerzystów, i powiedział:

„Koń jest tu na stałe, ale automobil to tylko nowinka, moda”.

Bankier założył, iż samochody podzielą los rowerowej gorączki. Rackham ostatecznie go nie posłuchał. Kupił akcje Forda za 5 tys. USD, a kilkanaście lat później sprzedał je za 12,5 mln USD.

Internet, który miał się zawalić

Lata 90. przyniosły serię wyjątkowo wyrazistych pomyłek. W lutym 1995 roku astronom i specjalista od bezpieczeństwa komputerowego Clifford Stoll opublikował w „Newsweeku” tekst „The Internet? Bah!”. Napisał w nim:

„Prawda jest taka, iż żadna internetowa baza danych nie zastąpi codziennej gazety, żaden CD-ROM nie zajmie miejsca kompetentnego nauczyciela, a żadna sieć komputerowa nie zmieni sposobu, w jaki działa rząd”.

Stoll nie był laikiem. Kilka lat wcześniej wytropił w sieci szpiega pracującego dla KGB, co opisał w bestsellerowej książce. Znał więc internet z bliska, ale w jego ówczesnej, powolnej i chaotycznej wersji. Lata później sam publicznie przyznał, iż to była jedna z jego największych wpadek.

W grudniu tego samego roku Robert Metcalfe, współtwórca Ethernetu i założyciel 3Com, przewidział na łamach „InfoWorld”, iż internet niedługo „spektakularnie eksploduje jak supernowa i w 1996 roku katastrofalnie się zawali”. Obiecał, iż jeżeli się pomyli, zje swoje słowa. Dotrzymał obietnicy: w 1997 roku na scenie konferencji branżowej zmiksował wydruk felietonu z wodą i zjadł go.

W czerwcu 1998 roku Paul Krugman, późniejszy noblista, napisał w magazynie „Red Herring”:

„Do około 2005 roku stanie się jasne, iż wpływ internetu na gospodarkę nie był większy niż faksu”.

Krugman później tłumaczył, iż tekst miał być prowokacyjny. Jego rozumowanie było jednak typowe dla ekonomisty tamtych lat. Wcześniejsze rewolucje informatyczne długo nie przekładały się na statystyki produktywności, więc trudno było uwierzyć, iż tym razem będzie inaczej.

Prezesi broniący własnej twierdzy

Najciekawsza grupa pomyłek dotyczy liderów rynku, którzy oceniali technologię zagrażającą ich własnemu biznesowi. W kwietniu 2007 roku Steve Ballmer, ówczesny prezes Microsoftu, mówił w wywiadzie dla „USA Today”:

„Nie ma szans, żeby iPhone zdobył jakikolwiek znaczący udział w rynku. Żadnych szans. To produkt za 500 dolarów z dopłatą operatora. Mogą na nim dużo zarobić. Ale jeżeli spojrzeć na 1,3 mld sprzedawanych telefonów, wolałbym mieć nasze oprogramowanie w 60, 70 czy 80 proc. z nich niż w 2 czy 3 proc., które może zdobyć Apple„.

Pełny cytat pokazuje coś ciekawego. Ballmer trafnie przewidział model biznesowy rynku: system jednego producenta zainstalowany na większości telefonów świata. Pomylił się co do tego, kto go zrealizuje. Tę rolę przejął Android Google’a, a Windows Phone przegrał. Prognoza może mieć poprawną logikę i jednocześnie całkowicie mylić się w sprawie, która jest najważniejsza dla inwestora.

Jeszcze bardziej pouczający jest przypadek Jima Keyesa, prezesa Blockbustera. W grudniu 2008 roku powiedział serwisowi Motley Fool:

„Ani Redbox, ani Netflix nie są choćby na naszym radarze, jeżeli chodzi o konkurencję”.

Niecałe dwa lata później, we wrześniu 2010 roku, Blockbuster złożył wniosek o upadłość. Keyes miał na swoje słowa twarde argumenty: tysiące sklepów, rozpoznawalną markę i miliardowe przychody. Właśnie dlatego skala obecnego biznesu przeszkadzała mu dostrzec zagrożenie.

Do tej grupy należy też Bill Gates, który w styczniu 2004 roku w Davos zapowiadał: „Za dwa lata spam zostanie rozwiązany”. To przykład innego błędu, czyli nadmiernej wiary we własne narzędzia i w to, iż problem technologiczny da się po prostu zamknąć. Spamerzy dostosowywali się szybciej, niż powstawały filtry.

Gdy pomylił się optymista

Byłoby jednak błędem uznać, iż w historii prognoz mylą się wyłącznie sceptycy. Najdroższa pomyłka na tej liście należy do optymisty. 15 października 1929 roku Irving Fisher, ekonomista z Yale, stwierdził:

„Ceny akcji osiągnęły coś, co wygląda na trwale wysoki płaskowyż”.

Dziewięć dni później zaczął się krach. Jak przypomina Rezerwa Federalna, indeks Dow Jones spadł do 1932 roku o 89% od szczytu. Do poziomów z 1929 roku wrócił dopiero w listopadzie 1954 roku. Fisher stracił w krachu majątek, a przy okazji także sporą część reputacji, choć jego wkład w teorię pieniądza pozostaje w ekonomii fundamentalny.

Ten przykład zmienia wymowę całej historii. Lata 20. były dekadą prawdziwej rewolucji technologicznej: samochodów, radia, elektryfikacji i telefonów. Fisher trafnie ocenił, iż te technologie zmieniają gospodarkę. Pomylił się co do ceny, jaką warto było za tę zmianę zapłacić.

Dlaczego mądrzy ludzie się mylą

W tych historiach powtarza się kilka mechanizmów, które dobrze zna psychologia inwestowania.

Pierwszy z nich to ocenianie nowej technologii w jej najwcześniejszej, najsłabszej wersji. Stoll pisał o internecie z modemów 14,4 kb/s, Preece o telefonie, który z trudem przenosił głos. Obaj trafnie opisali teraźniejszość, ale założyli, iż technologia się nie rozwinie. Futurolog Roy Amara ujął to w znanej regule: przeceniamy krótkoterminowy wpływ technologii, a nie doceniamy długoterminowego.

Drugi mechanizm to perspektywa obecnego lidera. Ballmer i Keyes oceniali nowych konkurentów kryteriami własnego modelu biznesowego. Ekonomista Clayton Christensen nazwał to dylematem innowatora: firma postępuje racjonalnie, broniąc obecnych klientów i marż, i właśnie przez to przegrywa z kimś, kto zaczyna od taniego i gorszego produktu.

Trzeci mechanizm to ekstrapolacja przeszłości. Bankier Rackhama widział, iż moda na rowery minęła, a Krugman pamiętał, iż komputery długo nie podnosiły produktywności. Obaj zakładali, iż przyszłość powtórzy przeszłość. Fisher popełnił ten sam błąd w drugą stronę: uznał, iż skoro ceny akcji rosły przez całą dekadę, przez cały czas będą wysoko. O tych i innych mechanizmach szerzej piszemy w tekście o pułapkach poznawczych w inwestowaniu na giełdzie.

Pomyłki w czasach sztucznej inteligencji

Dziś te cytaty często wracają w dyskusjach o sztucznej inteligencji, zwykle jako ostrzeżenie dla sceptyków. Uczciwa lekcja z historii jest jednak bardziej złożona. Krugman, Stoll i Metcalfe mylili się co do internetu. Jednocześnie inwestorzy, którzy na przełomie wieków przepłacili za spółki internetowe, stracili fortuny, mimo iż w ocenie samej technologii mieli rację. Podobnie było z Fisherem, który dobrze ocenił technologię, ale źle wycenił akcje.

Dla inwestora z tych historii płyną trzy praktyczne wnioski. Ocena technologii i ocena inwestycji to dwa różne pytania, a trafna odpowiedź na pierwsze nie gwarantuje zysku z drugiego. Pewność siebie eksperta, choćby wybitnego, nie zastąpi weryfikacji jego założeń. Dotyczy to zarówno prezesa, który lekceważy konkurencję, jak i ekonomisty, który wieszczy trwały płaskowyż. Wreszcie, największe błędy wynikają zwykle z przenoszenia wczorajszych warunków na przyszłość, a nie z braku wiedzy. Część z nich opisujemy w zestawieniu najczęstszych błędów inwestorów.

Najbardziej wymowna wydaje się historia Rackhama. Najlepszą decyzję inwestycyjną swojego życia podjął dlatego, iż wysłuchał eksperta, przemyślał jego argumenty i uznał, iż nie musi się z nimi zgadzać.

Idź do oryginalnego materiału