Na Wall Street pogarsza się nie tylko obraz fundamentalny, ale i psychologiczny. Najnowsza ankieta American Association of Individual Investors pokazuje, iż ponad połowa indywidualnych graczy oczekuje dalszych spadków. Tak źle nie było od szoku celnego z maja ubiegłego roku. Dla inwestorów kontrariańskich to jednak sygnał, który historycznie poprzedzał odbicia.
Opublikowane w czwartek 19 marca wyniki cotygodniowej ankiety nastrojów AAII nie pozostawiają wątpliwości: pesymizm wśród drobnych inwestorów w Stanach Zjednoczonych gwałtownie rośnie. Odsetek respondentów deklarujących niedźwiedzie nastawienie wobec rynku akcji na kolejne sześć miesięcy wystrzelił do 52,0 procent z 46,4 procent tydzień wcześniej. To skok o 5,6 punktu procentowego w ciągu zaledwie siedmiu dni i zarazem najwyższy odczyt od 1 maja 2025 roku, kiedy sentyment rynkowy rozkładał szok związany z masowym podwyższeniem ceł przez administrację Donalda Trumpa.
Równolegle udział optymistów skurczył się do 30,4 procent (z 31,9 procent), a odsetek inwestorów neutralnych – tych nieopowiadających się za żadnym kierunkiem – spadł do zaledwie 17,6 procent, najniższej wartości od połowy września ubiegłego roku. Ten ostatni element jest szczególnie wymowny: rynek traci „środek”, a uczestnicy polaryzują się wokół skrajnych oczekiwań, co tradycyjnie sygnalizuje podwyższoną nerwowość i skłonność do gwałtownych ruchów cenowych.
Skąd taki strach?
Trudno szukać jednego winowajcy – raczej mamy do czynienia ze splotem czynników, które w ciągu ostatnich dwóch tygodni uderzyły w rynki jednocześnie. Po pierwsze, eskalacja konfliktu zbrojnego między koalicją amerykańsko-izraelską a Iranem wpłynęła na drastyczny wzrost cen surowców energetycznych. Ropa Brent w czwartek chwilowo sięgnęła 119 dolarów za baryłkę po irańskim ataku rakietowym na katarską megafabrykę LNG Ras Laffan, a europejskie ceny gazu ziemnego wystrzeliły w górę o 35 procent w ciągu jednej sesji. Dla inwestorów to nie jest odległy problem geopolityczny – to bezpośrednie ryzyko inflacyjne, które stawia pod znakiem zapytania całą dotychczasową ścieżkę luzowania polityki pieniężnej.
Po drugie, posiedzenie Rezerwy Federalnej z 18 marca nie przyniosło ulgi. Fed utrzymał stopy procentowe w przedziale 3,50-3,75 procent, co było zgodne z oczekiwaniami. Jednak towarzysząca decyzji retoryka Jerome’a Powella okazała się zdecydowanie bardziej jastrzębia, niż rynki zakładały. Przewodniczący Fed wielokrotnie podkreślał, iż inflacja „nie spada tak szybko, jak byśmy chcieli”, i odmawiał jednoznacznego wykluczenia scenariusza podwyżki stóp w przyszłości. W efekcie rynek kontraktów terminowych niemal całkowicie wyzerował oczekiwania na jakiekolwiek obniżki stóp w 2026 roku. Co więcej, ekonomiści Macquarie wprost stwierdzili, iż następnym ruchem Fed będzie podwyżka – choć ich zdaniem dojdzie do niej dopiero w pierwszej połowie 2027 roku.
Po trzecie, techniczna struktura rynku uległa pogorszeniu w sposób widoczny gołym okiem. S&P 500 w czwartek przełamał w dół swoją 200-dniową średnią kroczącą, co nie zdarzyło się od maja 2025 roku. Dow Jones Industrial Average zrobił to samo dzień wcześniej. Russell 2000, indeks małych spółek, znalazł się na granicy technicznej korekty, tracąc blisko 10 procent od 52-tygodniowego szczytu. Indeks zmienności VIX oscylował wokół 24 punktów – nie jest to jeszcze poziom paniki, ale wyraźnie powyżej długoterminowej normy.
Złoto nie chroni, dolar zaskakuje
W normalnych warunkach tego rodzaju otoczenie – wojna, inflacja, niepewność polityki monetarnej – powinno napędzać popyt na bezpieczne przystanie, z złotem na czele. Tymczasem kruszec zmierza ku najgorszemu tygodniowi od lutego 1983 roku, tracąc około 10 procent w ujęciu tygodniowym. Analitycy wskazują, iż za tą pozornie paradoksalną wyprzedażą stoi konieczność pokrycia strat – fundusze zmuszone do uzupełniania depozytów zabezpieczających na rynkach ropy i akcji likwidują pozycje w złocie, bo jest ono jednym z niewielu aktywów, na których wciąż mają zyski.
Równie nietypowo zachowuje się dolar amerykański, który wbrew podręcznikowej logice wojennej umacnia się. Zdaniem analityków inwestorzy traktują USA jako beneficjenta kryzysu energetycznego – kraj jest eksporterem netto ropy, więc skokowy wzrost cen paradoksalnie poprawia jego bilans handlowy. Ten mechanizm dodatkowo dokłada presji na aktywa rynków wschodzących i surowce wyceniane w dolarze.
Kontrariański sygnał czy pułapka?
Ankieta AAII od dekad jest uważana za wskaźnik kontrariański – ekstremalnie pesymistyczne odczyty historycznie poprzedzały okresy solidnych wzrostów, bo oznaczały, iż większość „słabych rąk” już sprzedała. Badania samego AAII potwierdzają, iż gdy sentyment niedźwiedzi przekraczał trzy odchylenia standardowe powyżej średniej, kolejne sześć miesięcy przynosiło ponadprzeciętne stopy zwrotu na S&P 500. Warto przypomnieć, iż wiosenny szok taryfowy z 2025 roku – kiedy bearish sentiment sięgał choćby 61,9 procent – zakończył się mocnym odbiciem rynku w drugiej połowie tamtego roku.
Nie oznacza to jednak automatycznego sygnału kupna. Obecna sytuacja różni się od poprzednich epizodów pesymizmu jednym kluczowym elementem: trwa gorąca wojna z zaangażowaniem Stanów Zjednoczonych, a Pentagon właśnie poprosił Kongres o ponad 200 miliardów dolarów dodatkowego finansowania operacji wojskowych. Moody’s szacuje prawdopodobieństwo recesji w USA na 49 procent w perspektywie 12 miesięcy, Goldman Sachs podniósł swoje szacunki do 25 procent. To fundamentalnie inna jakość ryzyka niż spór handlowy, który można odwołać jednym dekretem.
Dla polskiego inwestora te nastroje mają bezpośrednie przełożenie. WIG20 stracił w czwartek prawie 2 procent, a odpływ kapitału z rynków wschodzących – napędzany umocnieniem dolara i globalnym risk-off – może utrzymywać presję na krajowy parkiet jeszcze przez dłuższy czas. W takim środowisku warto pamiętać o jednej lekcji, jaką daje ankieta AAII: ekstremalny pesymizm zwykle nie trwa wiecznie, ale droga do odwrócenia nastrojów potrafi być bolesna i dłuższa, niż zakładają choćby najbardziej cierpliwi kontrarianie.
Źródło: AAII, Reuters, Economic Times

2 godzin temu







