Marcowa edycja „European Economic Outlook” autorstwa EY trafiła na rynek w momencie, gdy uwaga inwestorów koncentruje się na czymś zupełnie innym – na ropie powyżej 80 dolarów, zamkniętej Cieśninie Ormuz i pytaniu, ile jeszcze potrwa wojna z Iranem. Tymczasem w tym raporcie jest coś, co powinno zainteresować każdego, kto lokuje kapitał w regionie CEE: Polska właśnie stała się niekwestionowanym liderem wzrostu wśród dużych gospodarek europejskich, i to z dość komfortową przewagą.
EY prognozuje wzrost polskiego PKB w 2026 roku na 4,1 proc. Strefa euro? Raptem 1,3 proc. – i to z uwzględnieniem statystycznego „dopingu” w postaci irlandzkiego efektu bazy (tamtejsze PKB podskoczyło w ubiegłym roku o ponad 13 proc. dzięki specyfice sektora farmaceutycznego i taryfowym zakupom wyprzedzającym). Gdyby wyłączyć Irlandię z równania, realny wzrost w strefie euro w 2025 roku oscylował gdzieś w okolicach jednego procenta. Perspektywa na bieżący rok nie jest dużo lepsza.
Ale zanim otworzymy szampana – warto postawić pytanie, które z perspektywy portfela inwestycyjnego jest ważniejsze niż sam headline: skąd ten wzrost się bierze, jak długo potrwa i co go może wykoleić?
Skąd te 4,1 proc.?
EY nie jest jedynym optymistą. Bank Pekao mówi o 4 proc. z ryzykiem wzrostowym. EBRD pod koniec lutego podniósł swoją prognozę do 3,7 proc. choćby tradycyjnie ostrożniejsze instytucje – MFW i Komisja Europejska – wskazują na 3,5 proc. Konsensus przesuwa się w górę, a dane z IV kwartału 2025 roku (PKB +4,0 proc. r/r wg GUS) dostarczają mu solidnego fundamentu.
Raport EY rozkłada ten wzrost na dwa zasadnicze komponenty. Pierwszym jest konsumpcja prywatna – Polacy po prostu więcej wydają, korzystając z tego, iż realne płace rosną, a inflacja spadła do 2,2 proc. w styczniu. To klasyczny mechanizm opóźnionej reakcji: po kilkunastu miesiącach „zaciskania pasa” w epoce dwucyfrowej inflacji gospodarstwa domowe z opóźnieniem dostosowują nawyki wydatkowe do nowej, korzystniejszej rzeczywistości.
Drugi filar jest bardziej jednorazowy, ale potężny: inwestycje, które mają urosnąć o niemal 10 proc. rok do roku. To nie jest organiczny boom kapitałowy wynikający z rosnącej pewności siebie polskiego biznesu. To przede wszystkim efekt zegara, który tyka – dotacyjna część Krajowego Planu Odbudowy musi zostać rozliczona do końca roku, co generuje gwałtowne przyspieszenie wydatkowania środków unijnych. Do tego dochodzą rosnące nakłady zbrojeniowe. Dziś prezes NBP Adam Glapiński zaprezentował koncepcję „SAFE 0 proc.”, która zakłada sprzedaż części rezerw złota na finansowanie obronności – co samo w sobie pokazuje temperaturę dyskusji o wydatkach militarnych.
Europejskie tło: stagnacja z nazwą własną
To, co czyni polski wynik naprawdę uderzającym, najlepiej widać w zestawieniu z resztą kontynentu. Niemcy – według EY – urosną w tym roku o 0,6 proc. Kraj, który jeszcze dekadę temu był lokomotywą europejskiej koniunktury, nie jest w stanie wyrwać się z pułapki deindustrializacji, niekorzystnej demografii i politycznego niezdecydowania w kwestii reform strukturalnych. Francja ma urosnąć o nieco ponad 1 proc. Włochy – poniżej procenta. Jedynym poważnym europejskim rywalem Polski pod względem dynamiki pozostaje Hiszpania z prognozą 2,7 proc., napędzana turystyką i imigracją – ale i ona jest o ponad punkt procentowy z tyłu.
Jak ujmuje to raport EY: europejski wzrost jest nie tylko wolny, ale też strukturalnie chory. Kontynent traci udziały w światowym handlu, przegrywa konkurencję kosztową z Chinami, a w wyścigu o sztuczną inteligencję – technologię, która w ciągu dekady może przedefiniować produktywność – pozostaje daleko za USA. Przy starzejącej się populacji to przepis na trwałą stagnację.
RPP właśnie ścięła stopy. I co dalej?
Wczorajsza obniżka stóp procentowych przez RPP – o 25 punktów bazowych, do 3,75 proc. – wpisuje się w ten optymistyczny obraz makro. Inflacja w celu, wzrost przyspiesza, więc pozornie jest przestrzeń do dalszego luzowania. Problem w tym, iż geopolityka właśnie wjechała na scenę z impetem: ropa Brent handlowana jest dziś w okolicach 83 dolarów za baryłkę, europejskie ceny gazu skoczyły w ciągu tygodnia o kilkadziesiąt procent po irańskim ataku na Katar i faktycznym zamknięciu Cieśniny Ormuz. Złoty dziś słabnie – kurs EUR/PLN oscyluje wokół 4,27 – a rynek obligacji jest pod wyraźną presją.
EY szacuje, iż w scenariuszu trwałego wzrostu cen ropy powyżej 100 dolarów za baryłkę, polska inflacja na początku 2027 roku mogłaby wystrzelić do 7 proc. To by oznaczało nie tylko koniec cyklu obniżek, ale potencjalnie konieczność ponownego zaostrzenia polityki pieniężnej – scenariusz, który dziś wydaje się odległy, ale tydzień temu odległa wydawała się też wojna na Bliskim Wschodzie.
W 2027 roku spadek dynamiki
Nawet bez czarnych scenariuszy geopolitycznych raport EY rysuje wyraźną linię demarkacyjną. Rok 2027 ma przynieść spadek dynamiki PKB do około 2,5 proc. Powód jest prozaiczny: pieniądze z KPO się skończą, a nowego impulsu inwestycyjnego tej skali nie widać na horyzoncie. EBRD prognozuje podobne wyhamowanie – do 3 proc. w przyszłym roku. Do tego dochodzą bariery demograficzne, które z każdym rokiem będą coraz mocniej ciążyć na potencjale wzrostu – kurczenie się populacji w wieku produkcyjnym to nie jest problem, który da się rozwiązać jedną kadencją parlamentarną.
Deficyt budżetowy, który w 2025 roku sięgnął około 7 proc. PKB, to kolejna bomba zegarowa. Wydatki zbrojeniowe i ostatnie transze funduszy unijnych podtrzymają wysoki poziom wydatków publicznych jeszcze przez jakiś czas, ale presja fiskalna po wyborach parlamentarnych może wymusić konsolidację – a to z reguły nie jest środowisko, w którym rynki akcji radośnie rosną.
Co z tego wynika dla portfela?
Polska przeżywa coś, co można by nazwać „złotą chwilą” – zbieg kilku korzystnych okoliczności: realnego wzrostu dochodów, masywnego zastrzyku unijnego, spadającej inflacji i łagodniejszej polityki pieniężnej. WIG20 zyskał wczoraj 2,66 proc. Spółki energetyczne na GPW rosną od początku roku po kilkanaście-kilkadziesiąt procent. Sektor budowlany i infrastrukturalny korzysta z boomu KPO.
Raport EY dostarcza solidnych argumentów za utrzymaniem ekspozycji na polskie aktywa w perspektywie najbliższych kwartałów. Ale jednocześnie jasno sygnalizuje, iż to okno nie jest otwarte w nieskończoność. Rok 2027 to ściana, o której rynek zacznie myśleć dużo wcześniej niż za dwanaście miesięcy – prawdopodobnie już jesienią tego roku zaczniemy widzieć rewizje prognoz i dyskontowanie spowolnienia. A jeżeli do tego dojdzie trwały szok energetyczny z Bliskiego Wschodu, rachunki mogą nie zamknąć się tak elegancko, jak sugerują dzisiejsze nagłówki.
Źródło: EY, EBRD, ING Think, IMF

2 godzin temu








