Polska zbroi się za własne, ale czy pod obcym dyktandem? Pułapki unijnej koordynacji

5 dni temu

Wydajemy na obronność więcej niż Izrael, jednak Bruksela coraz śmielej sięga po kompetencje państw członkowskich w sferze militariów. Czy ceną za unijne fundusze będzie utrata wpływu na to, co kupujemy dla własnej armii? – mówił Tomasz Wróblewski, prezes WEI w programie Punkt widzenia Jankowskiego w Polsat News.

W Polsce debata o zbrojeniach kręci się głównie wokół pozyskiwania funduszy. Choć potrzeby są ogromne, warto zauważyć, iż Polska już teraz wydaje na obronność więcej niż regionalne potęgi, takie jak Turcja czy Izrael. Nie jesteśmy u kresu możliwości finansowych, jednak projekt unijnego wsparcia (np. programy EDIP czy DEF) ma drugie dno, które nie dotyczy wyłącznie militariów.

Z perspektywy Brukseli to kolejny mechanizm przejmowania kompetencji państw narodowych. Scenariusz jest podobny do tego, który przerabialiśmy w służbie zdrowia: najpierw Unia tworzy niewinną platformę współpracy (jak fundusz 300 mln euro po wybuchu wojny na Ukrainie), by po chwili stać się „koordynatorem” z prawem do decydowania o priorytetach. W nowszych edycjach to Komisja Europejska, a nie polscy generałowie, może mieć ostateczny głos w kwestii tego, czy fundusze pójdą na czołgi, czy amunicję. Istnieje ryzyko, iż biurokraci będą blokować konkretne zakupy (np. miny przeciwpiechotne) ze względów etycznych lub politycznych, używając szantażu finansowego – mówił Tomasz Wróblewski.

Kolejnym zagrożeniem są kwestie techniczne i kary. Polskie firmy, jak Jelcz, już teraz mają problem z terminowością. Unijne kontrakty przewidują kary sięgające 30% wartości zamówienia. Czy nasz przemysł, z PGZ na czele, udźwignie nagły skok produkcji? Finansowo oferta wydaje się atrakcyjna (ok. 3% oprocentowania), ale pamiętajmy, iż Polska potrafiła pożyczać taniej na rynkach. Prawdziwym magnesem dla rządu może być jednak „cicha obietnica” przymknięcia oka na rosnący deficyt budżetowy w zamian za wejście w ten system.

W tle tych procesów pobrzmiewa historia. Unia Europejska nie powstała wyłącznie z miłości do pokoju, ale jako projekt państw, które straciły swoje kolonie (Francja, Wielka Brytania, Belgia) i postanowiły odbudować mocarstwowość wewnątrz kontynentu. W tym modelu „demokracja liberalna” staje się narzędziem, za pomocą którego silne centra (Berlin, Paryż) narzucają reguły peryferiom, tworząc swoisty neokolonializm wewnętrzny – dodał prezes WEI.

(…)

Cała rozmowa dostępna TUTAJ.

Idź do oryginalnego materiału