W ostatniej dekadzie Polska znacząco zwiększyła nakłady na badania i rozwój, jednak nie przełożyło się to na poprawę pozycji kraju w europejskim systemie innowacji – wynika z raportu Instytutu Sobieskiego „Innowacje albo dryf. Polska mapa wzrostu 2026–2035”. Autorzy opracowania wskazują, iż wynik Polski w European Innovation Scoreboard w 2025 roku odpowiada ok. 66 proc. średniej unijnej. Choć oznacza to poprawę w porównaniu z poziomem z 2015 roku, Polska przez cały czas pozostaje w kategorii „wschodzący innowator”.
Z raportu IS wynika, iż nakłady na badania i rozwój wzrosły z ok. 1 proc. PKB w 2015 roku do 1,56 proc. PKB w 2023 roku. Całkowite wydatki osiągnęły poziom 53 mld zł. To ponad trzykrotny wzrost w ciągu ośmiu lat. Zasadniczo zmieniła się struktura finansowania systemu innowacji. Udział sektora przedsiębiorstw w finansowaniu działalności badawczo-rozwojowej w Polsce wzrósł do 65 proc., wobec ok. 39 proc. w 2015 roku. Wydatki firm na B+R osiągnęły poziom 34 mld zł, co oznacza niemal pięciokrotny wzrost w ostatniej dekadzie. Jak podkreślono w publikacji, innowacyjność polskich przedsiębiorstw opiera się głównie na adaptacji i usprawnieniach procesowych przy słabej współpracy nauki z biznesem oraz ograniczonym dostępie do prywatnego kapitału.
– Innowacyjne firmy nie mogą się w Polsce rozwijać bardzo szybko. Wskazują kilka podstawowych ograniczeń. Po pierwsze, jest to dostęp do finansowania. Mimo iż środków europejskich na innowacje jest sporo, to jednak czas rozpatrzenia wniosku, jeżeli on trwa 18–24 miesiące, jest za długi dla innowacyjnej firmy. Zatem dostęp do szybkiego, elastycznego kapitału to jest jedno z podstawowych ograniczeń – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Jadwiga Emilewicz, członkini zarządu Instytutu Sobieskiego.
Jak wskazują autorzy publikacji, średni czas oceny projektów B+R w najistotniejszych konkursach publicznych przekracza w Polsce 12 miesięcy. W najlepiej funkcjonujących systemach europejskich proces ten trwa zwykle od dwóch do trzech miesięcy.
– Drugim ograniczeniem jest brak prywatnego kapitału inwestycyjnego, funduszy venture capital, które byłyby skłonne inwestować w pierwszych fazach wzrostu. Dziś w Polsce innowatorzy mówią, iż fundusze venture zachowują się trochę jak banki kredytowe. Czyli kiedy produkt jest niemal gotowy i już przynosi zyski, to wówczas fundusze venture capital są zainteresowane – tłumaczy Jadwiga Emilewicz.
Rynek kapitału wysokiego ryzyka w Polsce pozostaje słabiej rozwinięty niż w najbardziej innowacyjnych gospodarkach UE. Dotyczy to przede wszystkim finansowania wczesnych etapów wzrostu projektów technologicznych.
– Brakuje nam też koordynacji w zakresie instytucji rozwojowych. Mamy bardzo rozproszony ekosystem – Polski Fundusz Rozwoju, Bank Gospodarstwa Krajowego, Agencję Rozwoju Przemysłu, PARP, NCBR, które podlegają pod rozmaitych ministrów. jeżeli chcemy traktować innowacje na poważnie, to muszą zyskać realny priorytet jednego właściciela w obrębie rządu. Brakuje nam realnej agencji na wzór amerykańskiej DARPA, czyli agencji innowacji w sektorze zbrojeniowym. My w raporcie nazwaliśmy ją Orionem i zaproponowaliśmy jej model. Byłaby to agencja, która służyłaby technologiom dual-use: szybka decyzja, szybki pilotaż i szybkie finansowanie – wskazuje współautorka badania.
Instytut Sobieskiego ocenia, iż funkcjonowanie wielu równoległych agend publicznych prowadzi do dublowania instrumentów wsparcia oraz zwiększa złożoność procedur po stronie przedsiębiorstw. Brak jednego ośrodka odpowiedzialnego za koordynację polityki innowacyjnej utrudnia prowadzenie spójnej strategii rozwojowej państwa. Wpływa to zarówno na efektywność wydatkowania środków publicznych, jak i na przewidywalność systemu wsparcia dla firm realizujących projekty technologiczne.
– W naszym raporcie dajemy zestaw rozwiązań organizacyjnych, związanych z koordynacją pracy na poziomie rządu, ale także bardzo wykonawczych. Oprócz agencji Orion mamy także zestaw instrumentów podatkowych – dodaje Jadwiga Emilewicz.
Ulgi podatkowe pozostają jednym z głównych instrumentów wspierania działalności badawczo-rozwojowej przedsiębiorstw. W 2023 roku z ulgi na B+R skorzystało ponad 2,5 tys. podatników, a łączna wartość kosztów kwalifikowanych wyniosła 9,2 mld zł. Mechanizm ten, w przeciwieństwie do systemów grantowych, pozostawia decyzje o kierunku badań po stronie firm.
– Ulga na badania i rozwój dobrze się sprawdziła i możemy ją turbo doładować. Wydaje nam się, iż ulga dająca 200-proc. zwroty z tytułu poniesionych opłat na badania i rozwój daje dużą pewność innowatorom. Mówi o tym, iż opłaca się ryzykować, bo to ryzyko będzie zmitygowane poprzez system podatkowy. Zwiększamy także skalę „estońskiego CIT”, czyli tego innowacyjnego, który sprawi, iż w horyzoncie pięciu lat firma będzie mogła korzystać z odliczeń. Mówimy wreszcie o instrumencie, który istnieje w polskich normach prawnych, czyli przedkomercyjnych zamówieniach publicznych, ale którego wykorzystanie w ubiegłym roku to było niespełna 0,5 proc. wszystkich zamówień – wymienia Jadwiga Emilewicz.
Zdaniem ekspertów tak skonstruowany system premiowałby wdrożenia, a nie „pisanie projektów”, i skracałby drogę od projektu technologii do wdrożenia na rynek.
Jak podkreślają, polityka technologiczna państwa w kolejnej dekadzie powinna się koncentrować na dwóch komplementarnych filarach. Pierwszy miałby objąć sektory, w których Polska ma już silną bazę firm i kompetencji.
– Wskazujemy na obszary związane z agrotechem. Jesteśmy jednym z wiodących producentów żywności w Europie, więc wszystkie innowacje związane z agrotechem wydają się obiecującym rynkiem. Mówimy o innowacjach medycznych – medtechu. I wreszcie trzeci obszar jest związany z nowoczesną mobilnością. Mając takie firmy jak Pesa, Newag, Modertrans, możemy wiele na tym rynku osiągnąć – przekonuje członkini zarządu IS.
Drugi filar z kolei powinien objąć technologie priorytetowe dla bezpieczeństwa i suwerenności, wymagające aktywniejszej roli państwa. To m.in. półprzewodniki, medycyna predykcyjna i długowieczność, nowa energia, technologie kosmiczne oraz fabryki AI i kryptografia kwantowa.
– Staramy się, aby nasze rekomendacje były pewną propozycją dla Rady Przyszłości, aby z jednej strony właśnie wskazać konkretne technologie, z drugiej przygotować rekomendacje zmian legislacyjnych i organizacyjnych. Dwa lata do końca kadencji to trudny czas na podejmowanie gwałtownych reform, ale być może autorytet osób skupionych w Radzie Przyszłości natchnie rząd do tego, aby te zmiany wdrożyć. Zróbmy wszystko, aby nie była to tylko organizacja, na tle której dobrze wychodzi się na zdjęciach – podkreśla Jadwiga Emilewicz.
Rada Przyszłości – powołana 10 lutego przez premiera Donalda Tuska – ma pełnić funkcję ciała doradczego. Ma przygotowywać propozycje działań dotyczących długofalowych kierunków rozwoju państwa, w tym polityki gospodarczej, technologicznej oraz innowacyjnej. W skład gremium weszli przedstawiciele środowiska naukowego, eksperci oraz menedżerowie związani z sektorem nowych technologii i przemysłu.
– Rada Przyszłości powstała po to, żeby zawalczyć o to, jak wdrażane mogą być innowacje w Polsce, w jaki sposób przyspieszyć drogę, jaką przechodzą innowacyjne pomysły, nowe technologie, od nauki do biznesu – wyjaśnia dr hab. Piotr Sankowski, prof. UW, dyrektor Instytutu Badawczego IDEAS, jeden z członków Rady Przyszłości. – Wsparcie innowacji w Polsce ma ogromne znaczenie dla rozwoju gospodarki. To, co jest ważne, to odniesienie się do standardów europejskich, pokazanie krajów, w których kooperacja nauki z biznesem bardzo dobrze funkcjonuje. W wielu krajach, jak chociażby Dania, odpowiednie mechanizmy współpracy doprowadziły do tego, iż wydatki na badania i rozwój w tych krajach odpowiednio wzrosły.

3 godzin temu




